tło niebieskie

17. Niedziela zwykła – Rok A

Gdyby Bóg dziś zapytał cię: „proś o jedną rzecz, którą mam ci dać” – co byś odpowiedział? Na czym skupione jest twoje serce, czego najbardziej pragniesz, czego, jak sądzisz, potrzebujesz najbardziej? Czy miałbyś odwagę powiedzieć: „proszę Cię tylko o jedno, o mądrość serca”?

I czytanie: 1 Krl 3, 5. 7-12

II czytanie: Rz 8, 28-30

Ewangelia: Mt 13, 44-52

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Zarówno pierwsze, jak i drugie czytanie skrywają w sobie odpowiedź na fałszywy dylemat, który olbrzymia większość ludzi postrzega jako rzeczywisty. Tym dylematem jest postrzeganie swojego własnego szczęścia jako czegoś konkurencyjnego lub wręcz sprzecznego z wolą Bożą. Błędnie sądzimy, że jeśli zgodzimy się na wolę Bożą, jeśli oddamy się całkowicie Bogu, to utracimy coś cennego, to zaniknie nasza wolność. A jednak jest to dylemat fałszywy: nie musimy wybierać: „albo wola Boża, albo moja wolność”, ale raczej odkryć, że prawdziwa wolność polega na odkryciu woli Bożej dla mojego życia, która daje mi pełnię szczęścia. Prośba Salomona „racz dać Twemu słudze serce rozumne do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra od zła” spodobała się Bogu, bo oznaczała, że Salomon gotowy był szukać obiektywnego dobra i odróżniać je od zła zamiast skupiać się na tym, co wydawało mu się subiektywnie dobre. Mądrość serca to nie chłodna kalkulacja, co mi się najbardziej opłaca, to nie życiowy spryt, to nie umiejętność wyrwania dla siebie z życia jak najwięcej, ale przeciwnie: to rozpoznanie dobra wyższego niż ja sam i pójście za tym dobrem, niezależnie, czy mam wrażenie, że coś na tym zyskuję, czy tracę. Ostatecznie okazuje się, że ten, kto tak wybrał, zyskuje najwięcej. Kolejny werset (pominięty w czytaniu) mówi wyraźnie: „choć nie prosiłeś, daję ci ponadto bogactwo i sławę (…) jeśli zaś będziesz postępować moimi drogami, przedłużę twoje życie”. Ten, kto ma mądre serce, pragnie uzgodnić swój punkt widzenia i swoje pragnienia z punktem widzenia i pragnieniami Boga. I ten też zyskuje wszystko, choć nie od razu, ale stopniowo.

  • O co prosisz Boga na modlitwie? Czy nie skupiasz się zanadto na sprawach bieżących, na troskach, spychając na margines to, co najważniejsze: szukanie woli Bożej i odkrywanie Bożego serca?
  • Czym jest dla ciebie „szczęście”? Jak sądzisz, w jaki sposób możesz je osiągnąć?

2. „Z tymi, którzy Go miłują, Bóg współdziała we wszystkim dla ich dobra”. Miłość jest tym, co łączy nas z Bogiem i pozwala nam uzgodnić naszą wolę z Jego wolą. Podobnie zresztą jest w relacjach ludzkich: miłość sprawia, że moja wola zbliża się do woli drugiej osoby, że przestajemy się postrzegać jako konkurentów, rywali, wrogów, a zaczynamy pragnąć tego samego. Droga do uzgodnienia mojej woli z wolą Boga nie jest łatwa ani krótka; po grzechu pierworodnym każdy człowiek ma skłonność postrzegać swoje szczęście jako coś, na co Bóg czyha i co chciałby mi zabrać. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie: Bóg pragnie mojego szczęścia, mojego dobra, a moje „prywatne szczęście” to ułuda, za którą płacę rozczarowaniem i zgorzknieniem. Każdego człowieka Bóg zna osobiście: jesteśmy stworzeni na wzór obrazu Jego Syna, a jednocześnie każdy z nas jest inny i każdy jest cenny w oczach Boga. Nasze szczęście jest w relacji z Bogiem, a nie – w oderwaniu od Niego. Paweł pisze: „…tych też przeznaczył…” Słowo „przeznaczenie” można rozumieć w sensie deterministycznym – odbierającym nam wolność, ale tutaj jego sens jest dokładnie przeciwny: naszym przeznaczeniem jest odkryć prawdziwą wolność, wolność, którą mam jako dziecko Boże, włączone w relację Ojca i Syna. W oczach Boga jestem „usprawiedliwiony”, to znaczy – nie patrzy on na mój grzech i nie poczytuje mi tego grzechu, ale patrzy na Swojego Syna, w którym ten grzech został odkupiony.

  • Pomyśl o swoich grzechach, słabościach, z którymi trudno ci sobie poradzić. Czy w swoich własnych oczach nie jesteś kimś mniej niż tym, kim jesteś w oczach Boga: Jego ukochanym dzieckiem?
  • Dlaczego w relacji do Boga tak ważna jest miłość (por. Mt 22,37)? Dlaczego nie wystarczy po prostu wypełniać przepisy prawa, które On nadał?

3. Jezus wyjaśniając, na czym polega Królestwo Boże, odwołuje się do trzech obrazów. Pierwszy to skarb ukryty w roli. Sensem tej analogii jest umiejętność wyboru tego, co najcenniejsze, tego, co jest prawdziwym skarbem, co może się wiązać z koniecznością rezygnacji z tego, co ma tylko względną wartość. Tym czymś najcenniejszym jest właśnie Królestwo Boże, a wartościami względnymi są wszystkie wartości doczesne: zdrowie, bogactwo, bezpieczeństwo. „Względne” nie znaczy „bezwartościowe”, ale – mające wartość w odniesieniu do tego, co bezwzględne, co jest naszym ostatecznym celem i ostatecznym szczęściem. Druga analogia to sieć: w doczesności żyjemy wśród ludzi prawych oraz nieprawych, przy końcu czasów zaś jedni zostaną oddzieleni od drugich. Prawi to ci, którzy szukają prawdziwego, obiektywnego dobra i są w stanie zrezygnować z własnej korzyści, aby to dobro realizować; nieprawi to ci, którzy dla własnego zysku, wygody czy przyjemności poświęcają wyższe wartości. Trzeci obraz to ojciec rodziny, wydobywający ze skarbca „rzeczy nowe i stare”. Jak słusznie zauważył George Weigel w „Katolicyzmie ewangelicznym”, dzielenie Kościoła na „tradycjonalistów” i „progresistów” jest destruktywne. Bóg buduje „nowe” na tym, co „stare”. Uczeń Królestwa niebieskiego nie może być po prostu „konserwatystą” ani „liberałem”, bo te terminy nie opisują adekwatnie rzeczywistości królestwa niebieskiego, tylko rzeczywistość doczesną, a pomieszanie rzeczywistości wiecznej z doczesną zawsze prowadzi do zamętu. Uczeń Chrystusa ma zawsze przede wszystkim kierować się Ewangelią, mieć na oku cel wieczny, a na wszelkie programy polityczne, społeczne czy jakiekolwiek inne patrzeć z dystansem, mając świadomość, że mądrość Boża jest czymś nieskończenie większym niż ludzkie koncepcje.

  • W jakich konkretnych decyzjach i wyborach przejawia się twoje „sprzedawanie tego, co masz”, aby zdobyć królestwo niebieskie? Jakich rzeczy, jakich zwyczajów, jakich sposobów spędzania czasu powinieneś się wyzbyć, aby nie były przeszkodą w drodze do tego królestwa?
  • Jak podchodzisz do tradycji? W jaki sposób można korzystać z niej w sposób mądry, wydobywając z niej cenne rzeczy i dostosowując je do potrzeb obecnych czasów?

15. Niedziela zwykła – Rok A

Jaki jest grunt twojego serca? To pytanie trzeba sobie zadawać ciągle na nowo, czytając przypowieść o siewcy. Tak jak rolnik musi co roku dokonywać wielu prac, aby utrzymać glebę w dobrym stanie, tak samo i my – nie możemy sobie powiedzieć „przecież mam żyzną glebę”, ale musimy stale dbać o tę glebę, aby ziarno Słowa Bożego przynosiło plon w naszym życiu.

I czytanie: Iz 55, 10-11

II czytanie: Rz 8, 18-23

Ewangelia: Mt 13, 1-23

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Słowo Boże ma moc. Ludzkie słowa są ulotne, rzucane w różnym nastroju, czasem w żartach, czasem w gniewie, czasem bezmyślnie. Jesteśmy stworzeni na obraz Boży, więc nasze słowa również mają pewną moc, ale nie da się jej porównać do mocy Słowa samego Boga. To, co Bóg mówi, to jest. Jego słowo stwarza rzeczywistość i nie może być inaczej. My jednak nie umiemy odebrać tego Słowa wprost, nie rozumiemy Bożego języka, dlatego dostosowuje On swój sposób mówienia do naszych możliwości, tak jak rodzic mówi do dziecka w prosty sposób, odwołując się do tego, co dziecko rozumie. Nie ma żadnego prywatnego objawienia ani proroctwa, które byłoby wypowiedziane czystym językiem Boga – zawsze jest ono splecione z naszym ludzkim językiem. Nawet Biblia napisana jest językiem ludzkim i nie da się tego języka oddzielić od Bożego natchnienia, tak jak nie da się oddzielić dwóch różnych włókien wplecionych w tę samą tkaninę, bez jej zniszczenia. Aby Słowo Boże rzeczywiście mogło przynieść plon w naszym życiu, aby był to plon urodzajny, nie musimy dokonywać drobiazgowej analizy, ale raczej pozwolić, aby moc tego słowa – poprzez Ducha Świętego – dotykała naszego serca.

  • Jak czytasz Słowo Boże? W jaki sposób to, co czytasz, odnosisz do swojego życia? Czy przekłada się to na konkretne decyzje, na zmianę twojej życiowej postawy?
  • Skąd możesz mieć pewność, że to, co głosi ktoś jako Słowo Boże jest faktycznie Słowem Bożym, a nie jakąś zniekształconą interpretacją? Czy masz zwyczaj sprawdzać w samym Słowie Bożym to, co słyszysz od innych, pozwalając, aby Duch Święty pokazywał ci, co jest naprawdę ważne, a co być może nie dotyczy ciebie?

2. Oczekiwanie związane jest z poczuciem niepewności, ale jednocześnie z nadzieją. Choć nie widzimy jeszcze efektów, na które czekamy, możemy wierzyć, że się pojawią, ponieważ mamy zaufanie do Tego, który ma moc to sprawić. Całe stworzenie – nie tylko człowiek – oczekuje na „objawienie się synów Bożych” – czyli ludzi, którzy zaufali Bogu, poszli za Jego Synem i pozwolili Mu się prowadzić w życiu. Świat stworzony przez Boga był harmonijny, grzech zburzył tę harmonię. Dlatego też doświadczamy „niewoli zepsucia” – nic nie działa w pełni tak, jak zostało zaplanowane przez Boga. W każdej dziedzinie doświadczamy trudu, boleści, zawodu. W pracy, w relacjach, w zmaganiu się z samym sobą – wszędzie coś jest popsute. Naszą sytuację (i sytuację całego stworzenia) Paweł porównuje do oczekiwania na poród: jest on pewny, ale zanim nastąpi, doświadczamy bólów. To, co pozwala je znieść, to właśnie nadzieja: mamy nadzieję, że efektem tych bólów będzie życie. W tym przypadku nie chodzi tylko o życie jednego małego dziecka, ale o pełnię życia, którego doświadczymy. Nie szukajmy więc dróg na skróty, nie próbujmy robić „cesarskiego cięcia” w sprawach dotyczących ducha. Pozwólmy, aby ten ból życia przemieniał nas ku coraz większej dojrzałości, aż doświadczymy, co znaczy, że będziemy „przybrani za synów” Bożych.

  • Jak rozumiesz to, że jesteś „dzieckiem Bożym” Do czego masz prawo jako dziecko? Jakie są twoje obowiązki jako dziecka?
  • Pomyśl o dziedzinie, w której doświadczasz teraz najbardziej boleśnie dysharmonii. W jaki sposób możesz oddawać Bogu ten ból, aby nie był on dla ciebie nieznośnym ciężarem, ale okazją do wzrastania w ufności Bogu?

3. Czytając przypowieść o siewcy prawdopodobnie bardzo często pocieszamy się: „nawet jeśli nie przynoszę plonu stukrotnego, to na pewno przynajmniej jakiś przynoszę”. Czy aby na pewno? Czy nie patrzysz przypadkiem na plon zeszłoroczny? Czy nie zaniedbałeś w tym roku gleby swojego serca? Czy nie pozwoliłeś, aby natłok życiowych trosk i spraw przygłuszył twoją wrażliwość na Słowo Boże? Czy gleba twojego serca jest wystarczająco głęboka, aby Słowo mogło zapuścić korzeń? To znaczy, czy pozwalasz, aby to Słowo, które czytasz lub którego słuchasz, trwało w tobie, w twoich myślach i uczuciach nie tylko przez chwilę, ale tak długo, jak potrzeba, aby twoje zarozumiałe „ego” zmiękło, abyś pozwolił Bogu przemieniać twoje życie aż do najgłębszej warstwy? Czy twoje serce nie jest jak droga, po której przechodzą wszyscy, na której siadają ptaki i wyjadają Słowo Boże? Pomyśl, jak dużo treści trafia codziennie do twojego umysłu, jak wiele przewija się przed twoimi oczami i jak wiele wpada do twoich uszu? Czy to wszystko nie zagłusza Słowa Bożego? A może szatan przylatuje i żeruje na twoich słabościach, wzmacniając negatywne myśli, zniechęcając do wysiłku, rozwalając twoje relacje z innymi? Pomyśl uczciwie: czym naprawdę żyjesz na co dzień: czy jest to Słowo Boże, czy słowa płynące z tego świata?

  • Na czym polega „ucisk” oraz „prześladowanie” z powodu Słowa Bożego? Czy doświadczasz tego, gdy starasz się iść za tym Słowem? Co możesz zrobić, aby nie zniechęcać się w przypadku pierwszych, drugich, trzecich, n-tych trudności?
  • Jak rozumiesz słowa „kto ma, temu będzie dodane, a kto nie ma, temu zabiorą i to, co ma”? Spróbuj odnieść te słowa do całości tekstu: gdy mamy tylko okazjonalny kontakt ze Słowem Bożym, wtedy „zabiorą nam to, co mamy” – taki kontakt nie wystarczy, aby nas przemienić. Gdy zaś mamy codzienny, realny kontakt z tym Słowem, wtedy zaczynamy doświadczać obfitości Słowa, Bóg może przemawiać do nas w różny sposób, tak że przynosimy obfity owoc w Jego królestwie.

14. Niedziela zwykła – Rok A

Dlaczego olbrzymia większość ludzi pragnie pokoju, a jednak tak trudno o pokój – zarówno w skali światowej, jak i w skali „mikro”? Skąd tyle niepokoju, tyle wzajemnej wrogości, oskarżeń, podziałów? Przyczyna leży w naszym sercu. Dopóki panuje w nim postawa „wsobna”, dopóty nie będzie pokoju ani wewnątrz serca, ani między ludźmi. Jest tylko jeden sposób, aby osiągnąć pokój – pozwolić, aby Duch Święty kierował nami i leczył z tej „wsobności”.

I czytanie: Za 9, 9-10

II czytanie: Rz 8, 9. 11-13

Ewangelia: Mt 11, 25-30

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Już pierwsze czytanie mówi jasno: pokój przynosi sam Bóg i nie dzieje się to „na siłę”, ale siłą pokory. To jedyna droga do pokoju: dopóki w naszych sercach będzie mieszkać poczucie, że to ja mam rację, a wszyscy się mylą, że to ja wiem najlepiej, że to mi się należy sprawiedliwość, dopóty będziemy stawiać jeden w opozycji do drugiego i na nic nie zdadzą się wszelkie plany i traktaty pokojowe. Pokój bierze się z postawy pokory, otwarcia serca na obiektywne dobro, obiektywną prawdę i wzajemną służbę, zamiast na „moje dobro”, „moją rację” i „mój zysk”. Bóg teoretycznie miałby prawo wprowadzić pokój na siłę, łamiąc nasz opór, ale tego nie zrobi. Bóg jest Miłością, a nie „prawem”, dlatego nawet gdyby miał do czegoś „prawo”, nie zrobi tego, jeśli byłoby to sprzeczne z miłością. Warto pomyśleć, czy my również tak podchodzimy do innych: czy domaganie się swoich praw nie jest sprzeczne z miłością bliźniego? Czy nie stąd biorą się konflikty, zarówno w rodzinie, jak i w społeczeństwie, a także – między całymi narodami?

  • Jeśli pragniesz sprawiedliwości, to jak sobie ją wyobrażasz? Pomyśl o konkretnej sytuacji, w której zagrożone są twoje prawa – czy jesteś gotów ustąpić ze swoich praw, jeśli byłoby to ze szkodą dla innej osoby?
  • Wyobraź sobie, że podróżujesz na małym osiołku: jak szybko będziesz się przemieszczał? Dlaczego pokoju nie powinno się zaprowadzać pospiesznie, na siłę, łamiąc opór innych? Jak trwały będzie taki pokój?

2. Życie według ciała to nie to samo, co zaspokajanie potrzeb cielesnych. To drugie jest wręcz niezbędne, abyśmy mogli przetrwać. Chodzi jednak o to, co kieruje naszym życiem i dokąd to życie zmierza. Jeśli żyjemy „według ciała”, to jesteśmy skupieni na tym, co uważamy za własny zysk, własną przyjemność, własną wygodę. Jeśli zaś żyjemy „według Ducha”, to uznajemy, że nasze potrzeby, nasze odczucia, nasze przekonania nie są nadrzędne, ale możemy je poddać Komuś, kto wie lepiej, jak to wszystko uporządkować i jak tym pokierować, aby nasze życie nie kręciło się wokół nas samych, ale zmierzało do celu – ku naszemu ostatecznemu szczęściu. Jest w tym paradoks: gdy skupiamy się na potrzebach i dążeniach ciała, ciągle będziemy mieli poczucie niedosytu, będziemy doświadczać lęku o to, że możemy utracić to, co mamy. A ostatecznie – faktycznie wszystko utracimy i czeka nas śmierć. Gdy zaś powierzamy swoje potrzeby Bogu, On sam troszczy się o nas, my zaś zyskujemy dużo więcej niż to, co pozornie tracimy. A ostatecznie zyskujemy życie wieczne. Nie chodzi tu tylko o „uznanie” istnienia Boga i intelektualne przyznanie: „tak, On opiekuje się mną”, ale o coś znacznie więcej: o przeżywanie każdego dnia w taki sposób, aby faktycznie był powierzony Bogu. Bóg nie zabierze nam nic na siłę, czeka, aż sami Mu oddamy to, co dla nas ważne i cenne, aby mógł się tym zająć.

  • Co konkretnie możesz zrobić, aby Duch Boży w rzeczywisty sposób kierował twoim życiem każdego dnia?
  • Pomyśl o wyborach, których dokonujesz, zarówno tych większych, jak i tych codziennych: co kieruje tobą, gdy ich dokonujesz? Czy starasz się wsłuchać w głos Boga w twoim sercu, czy pozwalasz Mu, aby je przemieniał? Czy raczej pozwalasz, aby te wybory podyktowane były twoimi nieuporządkowanymi pragnieniami?

3. W słowach Jezusa mówiącego, że Bóg „zakrył te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawił je prostaczkom” jest swoista ironia. Nie chodzi bowiem o to, że Bóg nie szanuje mądrości i roztropności i woli prostactwo, ale o to, że ci, którzy we własnym mniemaniu są „mądrzy i roztropni”, w rzeczywistości są zarozumiali, przekonani, że pozjadali wszystkie rozumy i nie muszą słuchać nikogo, a zwłaszcza, że nie muszą słuchać Boga. Prawdziwa mądrość i roztropność pochodzi od Boga, a nie z własnego serca człowieka. W sercu bowiem mieszkają nieuporządkowane pragnienia, lęki i nie da się tego bałaganu posprzątać własnymi siłami. Jeśli szczerze popatrzymy na to, co dzieje się w naszym wnętrzu, dostrzeżemy zapewne ten chaos, sprzeczne myśli i pragnienia. Przyznamy też, że jesteśmy umęczeni zarówno tym, co dzieje się wokół nas – mnóstwem spraw, którymi musimy się zajmować, trudnymi relacjami – jak i tym, co dzieje się wewnątrz nas samych. Jezus nie każe nam tego bałaganu i nieporządku sprzątać samemu, ale zachęca: „przyjdźcie do Mnie, a Ja was pokrzepię”. Przyjąć Jego „jarzmo” oznacza nałożyć na siebie coś, co z pozoru nas ogranicza, ale w rzeczywistości – tak jak jarzmo – sprawia, że nie biegniemy na boki, ale idziemy we właściwym kierunku, prowadzeni przez naszego Przewodnika. To wymaga pokory, ale właśnie pokora jest tym, czego najbardziej nam brakuje, aby uwolnić się od ciężaru życia. Nic tak nie ciąży, jak nadęte „ego”. Jeśli uwierzymy Jezusowi i pozwolimy, aby Jego Duch pokierował naszym życiem, nasze ego będzie się kurczyć i doświadczymy, że słowa „Moje jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie” to nie żadna przenośnia, ale bardzo realna obietnica.

  • Jak się rozmawia z osobą, która jest przekonana o własnej nieomylności? Jakie szanse ma Bóg, aby przekonać cię o swojej racji, jeśli uważasz, że to ty masz rację?
  • W jakich sytuacjach powinieneś się uczyć od Jezusa „cichości” zamiast usiłować postawić na swoim?

13. Niedziela zwykła – Rok A

Etyka to nie tylko pytanie o to, co „dobre”, a co „złe”. Istnieje pewna hierarchia wartości, a te, które są wyższe, nadają sens niższym. Ktoś może zapytać: „co w tym złego, że jem, piję i śpię”. W zasadzie nic złego, ale jeśli tylko na tym polega twoje życie, to twoje życie jest bardzo ubogie i właściwie pozbawione celu. Zamiast więc pytać: „co w tym złego, że…” może warto zapytać: „czy wiem, po co żyję?”

I czytanie: 2 Krl 4, 8-12. 14-16

II czytanie: Rz 6, 3-4. 8-11

Ewangelia: Mt 10, 37-42

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Dlaczego bogata kobieta, której pozornie nic nie brakowało w życiu, za każdym razem zapraszała Elizeusza? Dlaczego tak jej zależało na tym, aby go dobrze ugościć – do tego stopnia, że specjalnie dla niego przygotowała osobny pokój? Odpowiedź znajdujemy w jej własnych słowach: „jestem przekonana, że jest świętym mężem Bożym”. Bogactwo nie przysłoniło jej duchowej wrażliwości. Można powiedzieć, że jej hierarchia wartości była właściwie uporządkowana: rzeczy materialne (będące wartością niższego rzędu) służyły wyższemu dobru. Nie chodzi o to, że nasze potrzeby materialne i związane z nimi wartości są kompletnie nieistotne, ale o uporządkowanie, o hierarchię wartości. Gdy potrafimy zachować tę hierarchię, nasze życie nabiera sensu. Max Scheler opisuje tę hierarchię na 5 poziomach: najniższy to wartości hedonistyczne, czyli to, co sprawia nam przyjemność; drugi – to utylitarne, czyli to, co jest przydatne; trzeci – wartości witalne, czyli to, co służy podtrzymaniu naszego życia; czwarty – to wartości duchowe, a ściślej – związane z kulturą i życiem społecznym (mądrość, piękno, sprawiedliwość itp.); piąty, najwyższy – to wartości religijne. Jeśli potrafimy uporządkować swoje życie w ten sposób, że niższe wartości służą wyższym, otrzymujemy nagrodę – której znakiem jest obietnica Elizeusza: Bóg dopełni to, czego nam w życiu najbardziej brakuje. Nasze wysiłki ku zachowaniu dobra spotkają się z łaską i nasze życie zyska sens (por. Ps 85, 11-13).

  • Co o twojej hierarchii wartości mówią twoje codzienne wybory, twój plan dnia i podejmowane przez ciebie aktywności? Czy to, co przyjemne, przydatne, witalne nie zdominowało tego, co duchowe i religijne?
  • Czego najbardziej brakuje ci w życiu? Czy jesteś w stanie zarezerwować w swoim życiu, w planie każdego dnia „pokoik”, który przeznaczysz dla Boga, aby mógł ci udzielić tego, czego naprawdę potrzebujesz?

2. Chrzest to śmierć zadana grzechowi. Nie powinniśmy jednak poprzestać na stwierdzeniu faktu na poziomie teologii, ale ważne jest, aby stało się to faktem w naszym życiu. Jako uczniowie Chrystusa, którzy otrzymali chrzest w Jego imię, powinniśmy każdego dnia zadawać śmierć grzechowi. Nie jest to jednak możliwe w oparciu o nasze własne dobre chęci. To za mało. Potrzebujemy silnego przeświadczenia, że własnymi siłami niewiele możemy, że potrzebujemy ciągle wracać do naszej relacji z Chrystusem, którą zyskaliśmy na chrzcie – zwracać się do Niego z naszymi sprawami, słuchać Jego słowa i oddawać mu całe nasze życie, każdą chwilę i każdą sprawę. „Jeśli umarliśmy razem z Chrystusem, z Nim również żyć będziemy” – skoro tak, to musimy ciągle wracać też do pytania: czy na pewno wszystko to, co jest we mnie grzeszne i nieuporządkowane, poddałem Chrystusowi? Co z moimi motywacjami? Co z moimi lękami? Co z moimi pragnieniami? Co z moimi zwyczajami? Co z moim językiem?

  • Czy każda sfera twojego życia oddana jest Chrystusowi? Spróbuj zrobić sobie uczciwy rachunek sumienia – przyjrzeć się konkretnemu dniowi. Czy możesz uczciwie powiedzieć, że wszystko, każda rzecz, każda chwila, każda sprawa jest rzeczywiście „życiem dla Boga w Chrystusie Jezusie”?
  • Jak doświadczasz działania łaski w twoim życiu? Czy nie jest nieraz potrzebne doświadczenie swojej słabości, niewystarczalności i bezradności, aby otworzyć się na łaskę Bożą?

3. Czy Jezus mówi, że nie mamy kochać ojca i matki, syna i córki? Oczywiście, że nie. Kluczem do zrozumienia Jego słów jest słowo: „bardziej”. Ewangelia nie posługuje się nowożytnym pojęciem „hierarchii wartości”, ale sens jest ten sam: chodzi o uporządkowanie tego, co bardziej i co mniej ważne. Miłość rodzinna jest bardzo ważna, ale nie jest ważniejsza od miłości Boga. Wyrazem tego, że właściwie uporządkowaliśmy swe serce jest to, jak traktujemy sprawy związane z Bogiem: czy przyjmujemy tych, których Bóg posyła do nas? Czy uznajemy posługę tych, których Bóg posyła do nas, pozwalając, aby dzięki tej posłudze (na przykład – proroczej, ale nie tylko), Bóg wpływał na nasze życie? Bóg nie zawsze działa bezpośrednio, więc jeśli zamkniemy się na posługę świadczoną nam przez innych chrześcijan w imieniu Boga, zamykamy się na samego Boga: „kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje”.

Co znaczy, że „kto chce znaleźć swe życie, straci je”? Chodzi o to, że gdy skupiamy się na tym, „co ja z tego będę miał”, gdy chcemy żyć „pełnią życia” – w sensie doświadczyć wszystkiego, mieć wszystko, w rzeczywistości wszystko ucieka nam przez palce. Gdy zaś „tracimy życie” z powodu Chrystusa – znajdujemy je. Dlaczego? Bo wraz z Chrystusem zyskujemy najwyższy możliwy sens życia i dopiero wtedy nasze życie będzie „pełne” i „spełnione”.

  • Zastanów się, co to znaczy „przyjmować proroka jako proroka”? A: „przyjmować sprawiedliwego jako sprawiedliwego?” Kogo Bóg posyła do ciebie, aby pomóc ci uporządkować twoje życie i pokierować nim właściwie?
  • Co znaczy w twoim życiu „brać twój krzyż”? Co jest dla ciebie krzyżem? Dlaczego u Boga jest tak ważne, abyś ten krzyż podejmował, a nie uciekał od niego?

12. Niedziela zwykła – Rok A

„Nie ma sprawiedliwości na tym świecie”. Ile razy słyszeliśmy lub sami mówiliśmy te słowa? Są one prawdziwe nie tylko w wymiarze ludzkiego doświadczenia, ale także w wymiarze teologicznym. Doświadczenie niesprawiedliwości doczesnej przy jednoczesnej wierze w sprawiedliwość wieczną to główna myśl wiążąca dzisiejsze czytania w całość.

I czytanie: Jr 20, 10-13

II czytanie: Rz 5, 12-15

Ewangelia: Mt 10, 26-33

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. „Słyszałem oszczerstwo wielu…” Czy i my nie moglibyśmy wiele razy powtórzyć tych słów za Jeremiaszem? Jak wiele razy doświadczamy niesprawiedliwej oceny ze strony innych, złych słów, które odbierają nam godność, oskarżeń wyolbrzymiających naszą winę… Zamiast razem szukać rozwiązania trapiących nas problemów, jesteśmy wręcz specjalistami w oskarżaniu innych i wytykaniu ich palcami. A gdy już raz upatrzymy sobie kozła ofiarnego, często nie ustaniemy, aż go dobijemy, przypisując mu całe zło tego świata. Ten schemat działa niestety i w życiu społecznym, i w rodzinach, i we wspólnocie Kościoła. Próba wybronienia się z niesłusznych lub wyolbrzymionych oskarżeń ściąga na nas jeszcze większą złość ze strony oskarżycieli. A szukanie sprawiedliwości w doczesnym świecie często też zawodzi – nie jesteśmy w stanie udowodnić swojej niewinności, choć jesteśmy o niej przekonani; sędziowie bywają stronniczy, a drugą stronę stać na lepszych prawników. Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Czy w świecie doczesnym możliwa jest sprawiedliwość? Krótka odpowiedź brzmi: nie. Tam, gdzie jest grzech, tam sprawiedliwość jest niemożliwa. Ale rzeczywistość doczesna skażona grzechem to nie cała rzeczywistość. Ponad nią jest rzeczywistość wieczna i ostatecznie prawda zwycięży, a zło zostanie ukarane i odrzucone. Pamiętajmy o tym i nie bójmy się też napominać tych, którzy nas krzywdzą i traktują niesprawiedliwie, że za każdy czyn i każde słowo będą musieli odpowiedzieć przed Bogiem. Ich chwilowy tryumf nad nami zamieni się w wieczną i niezapomnianą hańbę, gdy staną przed majestatem Bożym. Być może takie napomnienie uratuje ich duszę i zawróci z drogi nieprawości.

  • W jakich sytuacjach i w jakiej dziedzinie doświadczasz niesprawiedliwości? Jak się zachowujesz wtedy – zamykasz się w sobie, narzekasz, przeklinasz, próbujesz dochodzić swoich racji? Co robisz, gdy inni nie uznają twoich racji i twojego punktu widzenia?
  • Czym różni się napomnienie drugiej osoby od wykłócania się z nią? Czy zawsze musimy mieć ostatnie zdanie? Czy nie lepiej jest przedstawić swoje racje i powierzyć Bogu przekonanie drugiej osoby, że jej punkt widzenia nie jest absolutną prawdą?

2. Gdy grzech pojawił się na świecie, istniejąca harmonia została zburzona. Grzech jest jak piasek wsypany w tryby precyzyjnej maszyny – zaburza jej funkcjonowanie i sprawia, że coraz bardziej się psuje. Ostatecznym efektem jest zatarcie trybów i zniszczenie mechanizmu. Tak też działa grzech w życiu każdego człowieka: wywołuje katastrofalne, destruktywne skutki, prowadząc w końcu do śmierci. Grzech nie jest tylko naruszeniem przepisów, ale jest faktycznym wyrządzeniem szkody. Grzech nie dlatego jest grzechem, że ktoś go tak nazwał, że ktoś czegoś zabronił, ale dlatego, że jest po prostu zły i sieje zniszczenie.

Jednak „nie tak samo ma się rzecz z przestępstwem, jak z darem łaski”. Łaska jest nieskończenie silniejsza od zła i grzechu. Choć w doczesnej rzeczywistości grzechy wydają się mnożyć bez końca i po ludzku nie widać nadziei, żeby dało się od nich uwolnić, Bóg ma rozwiązanie. Dał je nam przez swojego Syna. Tajemnica łaski polega na tym, że działa łagodnie, a wywołuje ogromne skutki. Łaska nie narzuca się, nie jest natarczywa – ale jest skuteczna. Zamiast więc kombinować, jak poradzić sobie z takim czy innym grzechem, przede wszystkim powinniśmy nauczyć się, jak otwierać swoje serce na działanie łaski.

  • Pomyśl o grzechu, z którym masz problem (grzechy języka, lenistwo, nieumiarkowanie, nieczystość, pycha, zachłanność, patrzenie na innych z góry, nieopanowany gniew, a może coś innego?). Przemyśl dobrze, jakie skutki wywołuje ten grzech: czy możesz szczerze powiedzieć „opłaca się grzeszyć”? Jeśli nie, to dlaczego tak trudno pozbyć się tego grzechu?
  • Jak doświadczasz działania łaski w twoim życiu? Czy nie jest nieraz potrzebne doświadczenie swojej słabości, niewystarczalności i bezradności, aby otworzyć się na łaskę Bożą?

3. „Nie bójcie się ludzi”. Jak to w ogóle możliwe, żeby żyjąc w tym świecie, nie bać się ludzi? Jest tylko jeden, jedyny sposób: oprzeć całą swoją ufność na pewności Bożego Słowa – słowa spisanego, ale przede wszystkim Słowa Wcielonego. Gdy naszą ufność pokładamy w człowieku, zawsze się zawiedziemy. Gdy w Bogu – nigdy. Owszem, mogą nas spotkać trudy, cierpienia, nawet śmierć z rąk prześladowców. A jednak zawsze jesteśmy w ręku Boga. Jest wielu ludzi przebiegłych, chytrych, wielu kombinatorów, którym się wydaje, że mogą ukryć prawdę przed ludźmi, mogą wygrać oszukując innych i wykorzystując ich. Nie wiem, czy takich ludzi jest większość, czy mniejszość, ale faktem jest, że potrafią bardzo mocno zaleźć innym za skórę, niszczyć ich pracę i dobre imię, odbierać im to, co należy do nich. Ostatecznie jednak ich zamiary i czyny zostaną ujawnione. Jeśli się nie nawrócą, ich los będzie naprawdę tragiczny. Do nas należy, aby ufać Bogu i aby przyznawać się do Niego – także wobec tych, którzy nas nękają. Nasze świadectwo wiernego trwania przy Bogu i zaufania do Jego Słowa będzie miało wpływ nawet na najbardziej zatwardziałych. Czy nawrócą się pod wpływem tego świadectwa – tego nie wiemy. Ale jeśli cokolwiek ma ich skłonić do nawrócenia, to właśnie Słowo Boże – zarówno to, które głosimy, jak i to, o którym świadczymy życiem, przyznając się do Chrystusa. Nie pozwólmy się przytłoczyć złu i złym ludziom, róbmy swoje, konsekwentnie i dobrze, starając się zrozumieć wolę Bożą i ją wypełnić. W ten sposób to my ostatecznie będziemy zwycięzcami i staniemy bez lęku przed naszym Ojcem w niebie.

  • Zastanów się, czy są sytuacje, w których boisz się postępować jak chrześcijanin, mówić jak chrześcijanin ze względu na otoczenie? Dlaczego tak jest?
  • Jaka jest różnica między pouczaniem innych z góry, moralizowaniem ich a „przyznaniem się do Chrystusa” przed ludźmi? Pomyśl, jak możesz mówić innym o Chrystusie, aby nie odbierali tego jako moralizatorstwa?

11. Niedziela zwykła – Rok A

„Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”. Słowo „łaska” wypadło dziś niemal całkowicie z obiegu (chyba że w negatywnym znaczeniu – „nie robić komuś łaski”). Tymczasem właściwe zrozumienie tego, czym jest łaska, jest podstawowym kluczem do Ewangelii.

I czytanie: Wj 19, 2-6

II czytanie: Rz 5, 6-11

Ewangelia: Mt 9, 36-38; 10, 1-8

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Religijność naturalna, pogańska różni się od wiary w Boga kilkoma zasadniczymi cechami. Religijność wyobraża sobie, że bóg jest daleki, że obraża się na nas, że trzeba go czymś przebłagiwać, wyobraża sobie, że składane przez nas ofiary zapewniają nam boską przychylność. Tymczasem Bóg, który objawił się Mojżeszowi, a przez niego – całemu Izraelowi, mówi coś zupełnie innego: „niosłem was na skrzydłach orlich i przywiodłem was do Mnie”. Jemu nie zależy na naszych dokonaniach, nie potrzebuje naszego przebłagania, sam wychodzi z inicjatywą do nas, zapraszając nas do relacji ze Sobą. Pragnie przymierza z nami, chce, abyśmy słuchali Jego głosu. Chce naszej bliskości, a nie dystansu wobec nas. Naszą odpowiedzią nie mają być ofiary z czegoś, ale nasza postawa kapłańska – składająca ofiarę z całego naszego życia oraz świętość, która jest podobieństwem do naszego Ojca w niebie.

  • Przeczytaj 1P 2,9-12. Spróbuj powiązać z tym tekstem fragment z Księgi Wyjścia (pierwsze czytanie): czy Boże zaproszenie odnosi się tylko do Izraela?
  • W jaki sposób możemy ukazać, że rzeczywiście jesteśmy „ludem wybranym” – po czym można to poznać? Czy otaczający nas świat zostanie pociągnięty do relacji z Bogiem dzięki naszej wspaniałej teologii, czy też dzięki czemuś innemu?

2. Zasadniczy błąd religijności pogańskiej polega na niezrozumieniu, jak poważnym problemem jest grzech. Grzech jest wypowiedzeniem posłuszeństwa Bogu, zerwaniem relacji z Nim, odejściem z Jego domu. Tak jak syn, który zbezcześcił imię swojego ojca, uciekając z domu i żyjąc niemoralnie, nie może odbudować relacji z Ojcem przez to, że będzie przesyłał mu drogie prezenty, tak samo i my nie możemy odbudować relacji z naszym Ojcem w niebie poprzez ofiary, poprzez tworzenie doskonałej teologii i w ogóle przez nic. Grzech oddziela nas od Boga i z naszej strony nie ma nic, co mogłoby tę przepaść między nami a Nim zasypać. Bóg nie pozostawił nas jednak naszemu strasznemu losowi, ale sam znalazł rozwiązanie: Jego Syn stał się człowiekiem i przyjął na siebie ciężar grzechu, umierając zamiast nas. Mógł to zrobić, ponieważ był prawdziwym człowiekiem, a jednocześnie był bez grzechu, był doskonały i miał doskonałą relację z Ojcem. Jego Śmierć i Zmartwychwstanie to kluczowy moment dziejów świata, to „oznaczony czas”, do którego zmierzał cały Stary Testament. W tym momencie otwarła się dla nas brama łaski. Przez tę bramę (por. J 10,9) możemy wejść do domu Ojca i doświadczyć zbawienia – czyli powrotu z naszego wygnania poza ojcowski dom. W Chrystusie doświadczamy łaski, na którą w żaden sposób nie możemy zasłużyć. Zdarza się niestety, że ten czy ów chrześcijanin wypowiada modlitwę „…abyśmy zasłużyli na łaskę”, co wskazuje, że nigdy nie dość przypominać tej prawdy: na łaskę nie można zasłużyć, można ją tylko przyjąć. Łaska zawsze wyprzedza nasze wysiłki i im towarzyszy, a nie odwrotnie. Myślenie, że łaska jest tylko jakimś dodatkiem, bo i tak jakoś dalibyśmy sobie radę, to herezja pelagianizmu

  • „Kościół wielokrotnie nauczał, że nie jesteśmy usprawiedliwieni przez nasze uczynki lub nasze wysiłki, ale przez łaskę Pana, który podejmuje inicjatywę” (Franciszek, Adhortacja „Gaudete et exsultate” nr 52)? Dlaczego nie możemy uzyskać przed Bogiem usprawiedliwienia przez własne wysiłki, a niebo nie jest nagrodą za dobre uczynki?
  • „Są też chrześcijanie, którzy starają się podążać inną drogą: polegającą na usprawiedliwieniu w oparciu o własne siły (…). Przekłada się to na egocentryczne i elitarystyczne samozadowolenie, pozbawione prawdziwej miłości.” (Gaudete et exsultate 57). Zastanów się, czy we własnym życiu lub w relacji do innych nie próbujesz ograniczać Bożej łaski, uzależniając ją od spełniania jakichś warunków, których Bóg wcale nie stawia? Czy nie stawiasz tamy Bożej łasce?

3. Jezus litował się nad ludźmi, bo byli „znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza”. Dlaczego nie mieli pasterza? Czyżby brakowało kapłanów i uczonych w Piśmie? Sęk w tym, że zarówno w czasach Jezusa, jak i teraz ludzie religijni bardzo łatwo wpadają w pułapkę bycia „psami ogrodnika” – zamiast doświadczyć Bożej miłości i przekazywać ją innym, sami są zgorzkniali i hamują innych w drodze do Boga (por. Mt 23, 13-14). Doświadczenie Bożej miłości i Bożego przebaczenia powinno otwierać nasze serce na innych ludzi. Jeśli jednak będę w swoim sercu nosił obraz Boga surowego, nieprzejednanego, będę też zamknięty na innych i będę im obrzydzał Boga. Jezus wysyła swoich uczniów nie po to, aby wypominali ludziom grzechy, ale aby ich uwalniali od złych duchów, leczyli choroby i słabości. To nie znaczy, że o grzechu nie trzeba w ogóle mówić, ale nie można się na nim skupiać; punkt ciężkości musi być gdzie indziej – na doświadczeniu miłości Boga. Tylko w tej perspektywie można właściwie zrozumieć dramat grzechu, który jest odrzuceniem miłości; bez niej grzech będzie tylko złamaniem przepisów. Jezus podkreśla też: „darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”. Łaska, doświadczenie życzliwości Boga i pojednania z Nim, nie może być przedmiotem handlu. Łaski nie otrzymuje się w zamian za coś – otrzymuje się ją z miłości. I tak też mamy podchodzić do ludzi – cokolwiek robimy w Kościele, przede wszystkim powinniśmy to robić z miłości i z miłością. Jeśli tego zabraknie, wszelkie duszpasterstwo i wszelka aktywność w Kościele traci swoje podstawy i nie ma sensu.

  • Pomyśl o otaczających cię ludziach: w czym może przejawiać się to, że są „znękani” i „porzuceni”? W jaki sposób jako uczeń Chrystusa możesz im okazać troskę i pozwolić doświadczyć miłości Boga?
  • Spróbuj zestawić słowa z dzisiejszej ewangelii: „darmo otrzymaliście” z fragmentem 1Kor 6,20: „Za (wielką) cenę zostaliście nabyci”. Co znaczy, że łaskę otrzymujemy za darmo, a jednak Boga ta sama łaska kosztuje bardzo wiele?

10. Niedziela zwykła – Rok A

„Miłości pragnę, nie krwawej ofiary”. Bogu zależy na mnie samym, nie na tym, co mógłbym Mu dać. A jednak to właśnie samego siebie najtrudniej oddać Bogu, dlatego musimy ciągle się nawracać od naturalnej religijności „daję Ci, żeby coś dostać od Ciebie” do wiary: „ufam Tobie i chcę iść za Tobą”.

I czytanie: Oz 6, 3-6

II czytanie: Rz 4, 18-25

Ewangelia: Mt 9, 9-13

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Nasza miłość do Boga jest bardzo często chwilową deklaracją – jest jak rosa, która pojawia się i znika. Chcielibyśmy poznać Boga, ale nie da się Go poznać wyłącznie intelektem. Poznanie Boga jest poznaniem osobowym, a to wymaga powierzenia się Bogu, zaufania Mu, oddania Mu siebie. I tego właśnie pragnie od nas Bóg, a jednocześnie pragnie tego dla nas, bo wie, że takie zaufanie, takie oddanie Mu siebie nie jest dla nas stratą, ale największym zyskiem. Rezygnując z życia „po swojemu”, z myślenia „po swojemu” i z chcenia „po swojemu” nie tracimy, ale zyskujemy. Jest tak w relacjach między ludźmi – jedna osoba może ubogacać drugą, być dla niej darem (a jednocześnie wyzwaniem do przekraczania własnych ograniczeń). Tym bardziej jest tak w naszej relacji do Boga. Współczesny indywidualizm, ideologia „samorealizacji”, „samospełnienia” nie przynosi szczęścia i spełnienia, a raczej frustrację i poczucie osamotnienia. Naszym spełnieniem nie jest zamknięcie się w sobie, nie jest też robienie wszystkiego, co tylko mi się zachce, ale jest odkrycie wyższego Dobra, któremu warto się powierzyć. Bóg stara się nam to przekazać od wieków, „ciosając” nas przez proroków, dając nam swoje Słowo, które pokazuje nam prawdę o tym, jak cenna dla nas jest relacja z Nim. Nie chce nic od nas; chce nas samych – abyśmy w wolności powierzyli Mu nasze życie i zaufali Mu, doświadczając Jego miłości i odwzajemniając Mu naszą miłością.

  • Co dla współczesnego człowieka oznacza „wolność”? Jak ludzie sobie tę wolność wyobrażają? Dlaczego tę wolność często pojmują w sposób indywidualistyczny, jako spełnianie własnych chęci, a nie potrafią dostrzec, że wolność współdzielona w harmonii z innymi jest wyższym rodzajem wolności?
  • Dlaczego miłość między ludźmi sprawia, że gotowi są zrezygnować z jakiejś części swojej wolności? Czy warto poświęcić swoją wolność, aby doświadczyć miłości? Jeśli tak, to jak to się odnosi do naszej wolności i miłości Boga?

2. Wiara wiąże się z zaufaniem temu, komu wierzymy. Wierzymy nie dla tego, że wiemy (bo wtedy wiara byłaby niepotrzebna), ale dlatego, że nie wiemy i uświadamiamy sobie, że nie da się wiedzieć wszystkiego. Wierzymy konstruktorowi mostu, że dobrze policzył parametry i przejeżdżamy po tym moście; wierzymy lekarzowi, że zna swój fach, dobrze postawił diagnozę i dobrze dobrał lekarstwa; wierzymy producentowi żywności, że to, co napisano na etykiecie, jest zgodne z prawdą. Niektóre z tych rzeczy możemy sprawdzać, nie da się jednak ciągle sprawdzać wszystkiego. Skoro nawet w sprawach doczesnych wiara jest konieczna, o ile bardziej jest niezbędna w relacji do Boga? Czy sądzimy, że jesteśmy w stanie naszym rozumem ogarnąć całą rzeczywistość? Zrozumieć wszystko, zapanować nad wszystkim? Gdybyśmy tak sądzili, to byłoby to kompletnie irracjonalne – byłaby to wiara w nieskończone możliwości naszego umysłu. Krótko mówiąc – byłaby to wiara w bożka umysłu. Niestety bardzo często wpadamy w pułapkę takiej nierozsądnej wiary w swój umysł, zamiast zaufać Bogu, który jest nieskończenie mądrzejszy od nas. Abraham jest przykładem wiary „wbrew nadziei”. Chodzi o ludzką nadzieję, o ludzką kalkulację, opartą o ludzką wiedzę. Abraham wybrał uwierzenie wyższej nadziei, którą dawała mu obietnica ze strony Boga. Jest więc dla nas wzorem, że warto Bogu uwierzyć. W naszym przypadku chodzi przede wszystkim o wiarę w Chrystusa, który umarł za nas i zmartwychwstał i o odniesienie tej wiary do swojego życia. Nie chodzi tylko o umysłowe przytaknięcie: „tak, wierzę w to”, ale o zgodę naszej woli: „tak, wierzę Tobie” – wierzę, że możesz mnie poprowadzić ku pełni życia, ku pełni szczęścia.

  • Dlaczego wiara przedmiotowa „wierzę w to” wymaga dopełnienia w wierze podmiotowej „wierzę Tobie”? Czy jako chrześcijanie wierzymy przede wszystkim w zestaw formuł doktrynalnych, czy pierwsza jest wiara w Boga, oznaczająca zaufanie do Niego i oddanie Mu swojego życia?
  • Jaka sfera twojego życia jest „obumarła” – po ludzku trudno mieć jakiekolwiek nadzieje? W jaki sposób możesz powierzyć ją Bogu, aby pokazał ci drogę do życia, aby wskrzesił to, co obumarłe?

3. Mateusz był celnikiem. Na czym zna się celnik? Na liczeniu i sprawdzaniu. To niesamowite, że taki człowiek, który przez całe życie przyzwyczajony był do kalkulowania, do sprawdzania, bez zastrzeżeń wstaje od swojego zajęcia, zostawiając je i idąc za rabbim, który nic mu nie wyjaśnia, tylko mówi „Pójdź za Mną!” Tak jak Abraham, tak i Mateusz może być dla nas wzorem wiary. Jeśli pójście za głosem Boga uzależnimy od tego, że wszystko zrozumiemy, wszystko przekalkulujemy, obliczymy i sprawdzimy, to prawdopodobnie nigdy nie pójdziemy za tym głosem. Zawsze wymyślimy sobie jakieś „ale”, znajdziemy jakieś powody, aby nie uwierzyć i nie pójść do przodu. Potrzebujemy uświadomić sobie, że Boże zaproszenie „pójdź za mną” nie odbiera nam wolności, nie neguje naszego rozumu, ale pozwala nam przezwyciężyć naszą niemożność, nasze ograniczenia. Pierwszym momentem tego uświadomienia jest przyznanie, że „źle się mam” – że potrzebuję Bożych rozwiązań, Bożego leczenia. Bez przyznania, że jestem grzesznikiem, że sam sobie nie poradzę, nie będę gotów pójść za Tym, który może mnie uleczyć, będę usiłował szukać w nieskończoność sposobów samoleczenia. Postawa faryzejska grozi każdemu: przekonanie o własnej wyższości moralnej, o tym, że dam radę wypełnić Boże prawo własnymi siłami. Taka postawa zamyka na głos Boga. Lepiej być celnikiem, gotowym pójść za Chrystusem – jak Mateusz, niż faryzeuszem, który „wie lepiej” niż sam Bóg i tkwi w miejscu, będąc więźniem przekonania o tym, że „da radę”. Takie „dam radę” podobne jest do zapewnień człowieka tonącego w bagnie, że da radę wyciągnąć się trzymając się za włosy – muszę tylko ciągnąć trochę mocniej. Drogą do wyjścia z bagna jest chwycenie ręki kogoś, kto stoi na pewnym gruncie. A tym kimś jest Chrystus.

  • W jakich obszarach twojego życia grozi ci postawa faryzeuszów – „dam radę”, zamykająca na Boże prowadzenie w życiu?
  • Co może powstrzymywać cię od pełnego zaufania do Boga? Może masz doświadczenie braku miłości i akceptacji ze strony rodziców? Może zostałeś zraniony przez osoby związane z Kościołem? A może nosisz w swoim sercu i w głowie pytania, na które nie znajdujesz odpowiedzi i to osłabia twoje zaufanie do Boga?

Zesłanie Ducha Św. – Rok A

Pięćdziesiątnica – Zesłanie Ducha Świętego to moment, w którym Kościół otrzymał najważniejszy dar, umożliwiający jego funkcjonowanie i natychmiast wyszedł na zewnątrz, aby głosić Chrystusa. To także wzorzec dla nas: potrzebujemy Ducha Świętego, ale nie możemy Go zatrzymać dla siebie; jesteśmy wezwani, aby ten największy dar przekazywać innym.

I czytanie: Dz 2,1-11

II czytanie: 1 Kor 12,3-7.12-13

Ewangelia: J 20,19-23

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. „Znajdowali się wszyscy razem” – to znamienne słowa. Kościół rodzi się i wzrasta tam, gdzie jest jedność. Dlatego też wróg rodzaju ludzkiego i wróg Kościoła robi wszystko, aby podzielić uczniów Chrystusa. Znamienny jest także obraz jednego ognia, który rozdziela się i nad każdym obecnym spoczywa jeden płomień. W Kościele jest wiele darów, wiele posług i nigdy nie powinno to być powodem podziałów, zazdrości, wynoszenia się jeden nad drugiego. Jedność nie jest możliwa bez Ducha Świętego. Nie osiągniemy jej metodą uzgodnień, kompromisów, niekończących się debat i dyskusji. Tak, jak potrzebne jest nawrócenie w wymiarze indywidualnym, tak też potrzebujemy nawrócenia w wymiarze wspólnotowym, eklezjalnym. Potrzebujemy nie tylko osobiście, ale także razem otwierać się na działanie Ducha Świętego i być posłusznym temu Duchowi. Zesłanie Ducha Świętego jest w sensie teologicznym odwrotnością wieży Babel. Tam nastąpił podział, będący rezultatem pychy. I tak jest zawsze: tam, gdzie jest pycha, wynoszenie się nad innych, tam też rodzą się podziały, tam zaczynamy mówić różnymi językami, nie możemy się dogadać ze sobą. I odwrotnie, gdy pokora zajmuje miejsce pychy, tam Duch Święty może działać, a różnorodność języków staje się bogactwem, a nie przeszkodą i źródłem rozbicia.

  • Co znaczy, że Duch Święty pozwala mówić „obcymi językami”? Czy chodzi tylko o problem lingwistyczny, czy może o coś więcej? W jakich sytuacjach ludzie mówiący teoretycznie tym samym językiem nie umieją się nawzajem zrozumieć? Do czego prowadzi uparte trwanie przy swojej racji, bez woli wysłuchania drugiej strony?
  • Galilea nie była centrum intelektualnym, ale głęboką prowincją. Dlaczego Bóg u progu Kościoła posłużył się Galilejczykami, a nie uczonymi w Piśmie? Czy wielkie dzieła Boże wymagają wyszukanej terminologii, aby je głosić? Jeśli nie, to czego wymagają, aby trafić do serca słuchacza? Dlaczego tak ważne jest, aby mówić do osoby ewangelizowanej jej językiem (tj. zrozumiałym dla niej)?

2. „Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch”. Ujednolicenie, homogenizacja jest dobra, gdy chcemy osiągnąć „papkę”, bezkształtną masę. Tam zaś, gdy chcemy mieć dobrze funkcjonujący organizm (a Kościół jest organizmem – Ciałem Chrystusa), tam konieczna jest różnorodność. „Różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan, różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich”. Posługa w Kościele to nie „zaangażowanie”, nie „działactwo”, nie „aktywizm”. Można wywoływać wiele szumu, robić mnóstwo akcji, pobożnych imprez i wydarzeń i nawet w najmniejszym stopniu nie przyczynić się do rzeczywistego wzrostu Kościoła. Cokolwiek robimy, musi wychodzić od Boga, być Jego inicjatywą, a jednocześnie – prowadzić do Boga przez Chrystusa. Wewnętrzne pragnienie „robienia czegoś” w Kościele może pochodzić od Boga, może jednak wynikać także z naszych ambicji. W tym drugim przypadku zamiast budować Królestwo Boże, będziemy je niszczyć. Im więcej takiego działania motywowanego osobistymi ambicjami, tym bardziej podzielony będzie Kościół. Mentalność „moja grządka jest najważniejsza” w żadnej dziedzinie nie jest dobra, a w Kościele jest wręcz zabójcza. Uczmy się szanować obdarowania innych i ich posługi w Kościele, a sami – starajmy się jak najlepiej rozeznawać po pierwsze, do czego Bóg nas powołuje w Kościele, a po drugie – w jaki sposób i kiedy mamy to czynić, aby nie realizować Bożego królestwa po swojemu.

  • Pomyśl o różnych grupach, wspólnotach, posługach w twojej konkretnej parafii: czy potrafisz je docenić i uznać? Czy raczej przeszkadzają ci, bo funkcjonują inaczej niż ty sobie wyobrażasz Kościół? Co możesz zrobić, aby nie pogłębiać podziałów w Kościele, ale budować jedność w różnorodności?
  • Czy znasz swoje obdarowanie – to, co Bóg ci dał, czym możesz służyć innym w Kościele? Jeśli tak, to w jaki sposób praktycznie realizujesz to obdarowanie? Jak możesz zapewnić, aby nie było to realizowaniem własnych ambicji, ale posłuszeństwem Bogu?

3. „Drzwi były zamknięte z obawy…” To jedna z przyczyn podziałów. Boimy się innych. Lękamy się, że coś przez nich utracimy, że będziemy niezrozumiani, odrzuceni, że będą się nam przeciwstawiać. Tymczasem Chrystus przychodzi i przynosi nam wewnętrzny pokój, który pozwala przekroczyć ten lęk. I zaraz też posyła nas do innych, abyśmy nie izolowali się od nich, ale dawali innym ten pokój, którego sami doświadczyliśmy. Mamy nieść im Ducha Świętego, nie słowa zawiłej teologii. Mamy mówić prawdę o grzechu, ale nie po to, by potępiać innych, ale by ich prowadzić ku przebaczającemu Bogu. „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Pomyśl, jakie było posłannictwo Chrystusa: czy było to wypominanie ludziom ich grzechów, czy raczej coś innego (por. J 3,17)? Jezus nie moralizował, ale głosił Dobrą Nowinę o zbawieniu. Dobra Nowina to nie wezwanie: „żyj dobrze, a Bóg cię wynagrodzi” – to bowiem jest niemożliwe. Po grzechu pierworodnym nie jesteśmy w stanie „żyć dobrze” i zasłużyć sobie na niebo. Dobra Nowina brzmi: „wszyscy zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie które jest w Chrystusie Jezusie” (Rz 3,23-24). Przebite ręce i bok Chrystusa to świadectwo zwycięstwa Bożej miłości nad grzechem i śmiercią. Jesteśmy posłani, by to nieustannie głosić naszym braciom i siostrom. Od nas zależy, czy tę Dobrą Nowinę usłyszą i doznają odpuszczenia grzechów, czy też nie – i przez naszą niechęć do głoszenia Dobrej Nowiny będą nadal żyć w cieniu grzechu i śmierci. Jezus mówi uczniom „którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” nie po to, abyśmy komukolwiek „zatrzymywali grzechy”, ale po to, abyśmy sobie uświadomili, jak wielka ciąży na nas odpowiedzialność przed Bogiem i jak ważne zadanie nam zlecono.

  • Czym się różni pokój wewnętrzny od „świętego spokoju”? Czy można zachować wewnętrzny pokój wśród zawirowań życia mocą samej tylko silnej woli? Jeśli nie – to czego potrzebujemy, aby życie nas nie pochłonęło, ale abyśmy zachowali pokój serca?
  • W jaki sposób głosisz innym Chrystusa? Czy koncentrujesz się na wymaganiach moralnych, na „wartościach chrześcijańskich”, na prawach i obowiązkach, czy też głosisz Go tak, jak On sam głosił Dobrą Nowinę – wychodząc ku słabym, grzesznym i chorym, pozwalając im doświadczyć uzdrawiającej mocy Bożej miłości?

7 Niedziela Wielkanocna – Rok A

7. niedziela wielkanocna obchodzona jest obecnie jako Wniebowstąpienie Pańskie. To ważny moment, a jednak trudny do pojęcia dla nas. Czy i my nie jesteśmy wśród tych „niektórych” wątpiących, że Jezus naprawdę ma w swym ręku losy całego świata, a w tym – i nasz los?

I czytanie: Dz 1, 1-11

II czytanie: Ef 1, 17-23

Ewangelia: Mt 28, 16-20

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Pierwsze czytanie nawiązuje wprost do „pierwszej księgi” – czyli ewangelii spisanej przez Łukasza. Wniebowstąpienie Jezusa można określić jako moment przejścia do „drugiej księgi” – Księgi Kościoła. Ziemska misja Jezusa zakończyła się, ale od tej chwili misję tę ma przejąć Kościół, aż do powtórnego przyjścia Jezusa. Ze zdumieniem czytamy być może, jak bardzo apostołowie nie rozumieli wagi tego momentu i nie pojmowali swej misji. Jezus mówi do nich „zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym”, a oni pytają „czy wówczas przywrócisz królestwo Izraela?” Widać jak na dłoni, że choć tak długo przebywali z Jezusem, tak wiele słyszeli Jego słów, byli świadkami Jego śmierci i zmartwychwstania, dalej nic nie pojmowali. W ich głowach ciągle był ich własny plan – przywrócenie królestwa Izraela. Słowa Jezusa wciąż przyjmowali powierzchownie, tłumacząc je we własnych kategoriach. Dlatego Jezus powtarza im, że potrzebują Ducha Świętego i że Go otrzymają. Bez Ducha nasza religijność jest pusta i spaczona. Ciągle będzie zaspokajaniem naszych pomysłów, naszych potrzeb, będzie pełna naszych wyobrażeń o Bogu i o tym, co powinien robić w naszym życiu. Tymczasem Duch Święty sprawia, że nasz punkt skupienia odwraca się: zaczynamy patrzeć w niebo, zamiast w swoje pragnienia i wyobrażenia. Gdy Duch Święty zstępuje na nas, nasze serca zostają przemienione i otrzymujemy moc do świadczenia o Jezusie. A świadectwo to – to nie same słowa, ale przede wszystkim dzielenie się żywym doświadczeniem Boga (por. 1J 1,1-2).

  • Czy Jezus przyszedł po to, aby budować ziemskie królestwa? Na czym polega problem powiązania religii z nacjonalizmem? Pomyśl o tym, jaki będzie skutek tego, że swoją tożsamość zaczniemy budować na stereotypach „Polak-katolik”, „Rosjanin-prawosławny”, „Amerykanin-protestant” itp. Czy ułatwi to głoszenie Ewangelii o Królestwie Bożym, czy raczej utrudni?
  • Co mogli sobie myśleć apostołowie – Żydzi uważający innych za obce im narody, gdy słyszeli, że „będą świadkami w Samarii i aż po krańce ziemi”? Pomyśl teraz o miejscach, w które nie chciałbyś pójść, aby tam głosić Jezusa. Czy jesteś gotów posłuchać Ducha Świętego i być świadkiem Jezusa właśnie tam, gdzie czujesz się obco?

2. „Bóg niech da wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego”. To jest podstawa wszelkiego działania „dla Boga”. Bez głębokiego poznania Boga, bez światłych oczu serca będziemy głosić „treści chrześcijańskie”, ale nie będziemy zdolni przekazać innym tego, co najistotniejsze: poznania żywego Boga. Jeśli sami Go nie poznamy naszym sercem, jak będziemy Go głosić innym? Problem w tym, że bardzo wielu z nas żyje właśnie na poziomie „treści religijnych”, które nigdy nie trafiły tak głęboko do naszego serca, aby nas całkowicie przemienić. Czytamy Biblię jak książkę kucharską, szukając prostych receptur na życie. To trochę tak, jakbyśmy trzymali w ręku dzieło wielkiej literatury (na przykład „Krzyżaków” Sienkiewicza) i zamiast zastanawiać się nad narracyjnymi i psychologicznymi zawiłościami, wyciągalibyśmy proste wnioski: no tak, Zbyszkowi życie uratowała Danusia, ale to nie była kobieta do życia. Za słaba, za delikatna. Lepsza Jagienka – to konkretna baba. Tak więc wniosek z lektury „Krzyżaków”: „trzeba szukać sobie konkretnej baby (albo chłopa), a nie jakiejś mimozy”. Jeśli takie rozumowanie razi nas, to tym bardziej powinno razić powierzchowne i uproszczone podchodzenie do Słowa Bożego, które ma w sobie nieskończenie więcej głębi niż „Krzyżacy”. Spróbujmy – na przykład – zastanowić się nad głębią tego, że Jezus już teraz panuje nad wszystkim i jest Głową dla Kościoła. Gdy patrzymy na Kościół, czy jesteśmy w stanie dostrzec w nim działanie żywego Jezusa? Czy raczej ludzkie słabości? Potrzebujemy Ducha, aby pojąć rzeczy duchowe, w przeciwnym razie popadniemy w religijne pustosłowie.

  • Co dla ciebie znaczy „głębsze poznanie Boga”? Czy umiesz znaleźć czas w twojej codzienności, który poświęcisz tylko Bogu – w Jego Słowie i w Jego obecności w sakramentach?
  • Czym jest „bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych”? Czy Kościół to przede wszystkim struktury i hierarchia? Co oznacza, że Kościół jest „Ciałem” Chrystusa, a Chrystus – Jego głową?

3. Choć uczniowie ujrzeli Jezusa na własne oczy, niektórzy z nich „nadal wątpili”. Skąd takie niedowierzanie? Wyjaśnia to pierwsze czytanie: własne oczekiwania religijne przeszkadzają w przyjęciu z wiarą tego, co przychodzi od Boga. Gdy wyobrażamy sobie, że Bóg powinien spełniać nasze pragnienia i realizować nasze pomysły, głuchniemy na głos Boga. Zaczynamy mieć do Niego pretensje, zaczynamy wątpić. Nawet gdybyśmy ujrzeli na własne oczy Jezusa, zapewne nadal mielibyśmy zastrzeżenia i wątpliwości. Jezus mówi do uczniów: „dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi”. Dość łatwo jest nam intelektualnie uznać, że tak jest. Ale czy faktycznie uznajemy, że Jezusowi jest także dana władza nade mną? Nad moim życiem? Nad moim sercem? Wiara musi dotknąć serca, nie tylko intelektu (por. Rz 10,10). Musi nas przemienić, tak, że zaufamy Bogu – pozwalając Mu kierować naszym życiem. Dopóki to my nim kierujemy, a Boga traktujemy jak niebieski urząd do spełniania naszych próśb, nasza wiara pozostaje jedynie pustą deklaracją. Mamy być uczniami, którzy nie tylko „przyswoją” intelektem treści religijne, ale którzy będą „zachowywać” to, co Jezus przykazał. Chodzi więc o „zachowanie” ich w życiu, a nie tylko „przyznanie”, że się z nimi zgadzamy. A jako uczniowie Jezusa możemy być pewni, że On pozostaje z nami na zawsze, aż do skończenia świata. Nie musimy widzieć Go na własne oczy. Wystarczy, że będziemy Go widzieć sercem.

  • Skąd biorą się w twoim sercu wątpliwości? Kiedy miewasz momenty zwątpienia w Boga, w to, czy faktycznie czuwa nad tobą i cię prowadzi? Czy powodem nie jest nadmierne skoncentrowanie się na własnych przekonaniach, wyobrażeniach religijnych i oczekiwaniach?
  • Co konkretnie oznacza dziś w twoim życiu to, że Chrystusowi „dana jest wszelka władza”? Czy jest coś, co próbujesz zachować dla siebie, odmawiając Mu przejęcia kontroli nad tą sferą?

6 Niedziela Wielkanocna – Rok A

Tematem przewodnim czytań 6. niedzieli wielkanocnej jest działanie Ducha Świętego w nas i przez nas. Jedno bez drugiego nie ma racji bytu: Bogu chodzi zarówno o to, abyśmy działali Jego mocą, jak i o to, byśmy sami byli kształtowani przez Jego Ducha

I czytanie: Dz 8, 5-8. 14-17

II czytanie: 1 P 3, 15-18

Ewangelia: J 14, 15-21

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Pierwsze czytanie opisuje działalność ewangelizacyjną Filipa. Nie był on jednym z apostołów, ale diakonem. Jak pamiętamy z czytań 5. niedzieli – diakoni powołani byli do posługi miłosierdzia, a nie wprost do głoszenia Słowa Bożego. To jednak nie znaczy, że mieli nie głosić Chrystusa i nie działać w Jego imię. Żadna posługa w Kościele nie jest jednowymiarowa, nikt też nie jest zwolniony ze świadczenia o Chrystusie, którego poznał. Działalność Filipa jest modelowym wręcz przykładem skutecznej ewangelizacji. Idzie nie tam, gdzie można się było spodziewać łaskawego przyjęcia – ale na trudny obszar, obcy kulturowo i religijnie, do Samarii. Głosi Chrystusa słowami, a jednocześnie potwierdza te słowa znakami: uzdrowieniami, uwalnianiem od złych duchów. Ewangelizacja to nie tylko słowa, ale także przekazanie ewangelizowanym doświadczenia działania Boga w ich życiu. Jest jeszcze jeden element działalności Filipa, na który powinniśmy zwrócić uwagę: Duch Święty działa nie tylko „oficjalnymi”, czy też „urzędowymi” kanałami. Może działać przez ręce i usta każdego, niezależnie od funkcji w Kościele. Ostatecznie jednak każdy, kto przyjmuje Chrystusa, nie powinien być pozostawiony samemu sobie, poza wspólnotą Kościoła, w której stale działa Duch Święty – dlatego też Piotr i Jan przychodzą do Samarii, aby przekazać dar Ducha Świętego tym, którzy przyjęli Chrystusa dzięki posłudze Filipa. Opuszczone w dzisiejszym czytaniu wersety 8. rozdziału Dziejów zawierają też przestrogę: dar Ducha Świętego nie jest czymś prywatnym, czymś, co można „nabyć” dla siebie (tak sobie to wyobrażał Szymon Mag). To nie my mamy „mieć” Ducha Świętego, aby realizować własne cele i pomysły, ale raczej Duch Święty ma mieć nas, abyśmy realizowali jego cele i pomysły.

  • Dlaczego współcześnie ewangelizacja wydaje się przynosić słabe owoce? Dlaczego ludzie – w odróżnieniu od Samarytan – nie słuchają słów ewangelizatorów „z uwagą i skupieniem”? Czego możemy nauczyć się od posługi misyjnej Filipa?
  • Zastanów się, czy dary, które masz od Boga (zwyczajne i nadzwyczajne) wykorzystujesz zgodnie z Bożą wolą, w pokorze służąc innym, czy raczej budujesz dzięki nim swoją pozycję, wynosząc się nad innych?

2. Drugie czytanie wskazuje na drugi wymiar działania Ducha Świętego. „Pana Jezusa miejcie w sercach waszych za Świętego; z bojaźnią Bożą zachowujcie czyste sumienie” – to działanie Ducha, który kształtuje nas tak, abyśmy byli coraz bardziej podobni do naszego Ojca w niebie. Ten wymiar jest fundamentalny. Bez niego żadne działanie w Kościele czy w społeczeństwie nie przynosi trwałych owoców. Nie można „działać w imię Boga” nie pozwalając Mu przemieniać samego siebie. Nasza postawa, nasze przemienione serce, nasze życie zgodnie z głosem sumienia jest też często znacznie mocniejszym świadectwem niż znaki i cuda, które dokonalibyśmy w imię Jezusa. Owszem, czasem takie „nadzwyczajne” znaki są potrzebne, ludzie jednak – zwłaszcza dziś – potrzebują raczej świadków niż „cudotwórców”. Fascynacja cudami szybko przemija; to co pozostaje – to doświadczenie obcowania z osobą, która żyje jak prawdziwy uczeń Chrystusa. Jeśli tak żyjesz, możesz spodziewać się pytań, a także zarzutów ze strony tych, którzy nie znają Chrystusa. Nie masz ich przekonywać na siłę, ale masz być gotowy do obrony swej wiary, uzasadniając, dlaczego żyjesz tak, jak uczy Chrystus, a nie tak, jak uczy świat.

  • Dlaczego łagodność jest świadectwem dojrzałości duchowej? O czym świadczy to, że brakuje nam łagodności i próbujemy dzieła Boże realizować na siłę, w emocjach, narzucając się innym? (Por. Jk 1,20; Gal 5,22-24; Flp 4,5; 2Tm 2,24-25).
  • Jaki jest powód tego, że czyniąc dobrze będziemy nieraz cierpieć?

3. „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania”. Te słowa rozumiemy nieraz opacznie, tak jakby Jezus powiedział: „jeśli zachowujecie moje przykazania, to mnie miłujecie”. Tymczasem to nie zachowywanie przykazań jest drogą do miłości, ale odwrotnie: miłość umożliwia nam zachowywanie przykazań Bożych. Bez miłości wszelkie próby ich zachowania skazane są na porażkę. Nie da się przestrzegać prawa Bożego w oparciu o własną silną wolę, z jakąś ewentualną pomocą łaski. Tego typu myślenie to groźna herezja – pelagianizm. Potrzebujemy Ducha Świętego, który będzie nas „kruszył” wewnętrznie, rozbijał pokłady naszej pychy, uwalniał od złego myślenia i złych nawyków. Jesteśmy niesprawiedliwi (o tym mówi 2. czytanie) i potrzebujemy Bożej sprawiedliwości, którą otrzymujemy dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa oraz dzięki działaniu w nas Jego Ducha. To on jest Duchem Prawdy i to on nieustannie stawia mnie w prawdzie o mnie samym. A prawda o mnie samym to podstawa pokory, która jest przeciwieństwem pychy.

Z drugiej strony jednak prawdą jest, że jeśli rzeczywiście zachowujemy przykazania Boże, to jest to oznaką tego, że Duch Święty faktycznie w nas działa – i prowadzi nas od skupienia się na sobie samych do dojrzałej miłości. „Ja jestem w Ojcu”, „wy we Mnie”, „Ja w was” to słowa, które oznaczają wzajemną miłość, a miłość to nie chwilowe uczucie, ale trwanie w jedności z drugą osobą.

  • Co znaczy dla ciebie „poznać Boga”? Czy chodzi o wiedzę religijną? Można dużo wiedzieć  na temat drugiej osoby, a jednocześnie nie mieć z nią żadnej relacji. Czym jest więc prawdziwe poznanie Boga?
  • Na czym koncentruje się twoja modlitwa? Czy jej punktem skupienia jest pragnienie poznania Boga i zbliżenia się do Niego, czy raczej załatwianie różnych spraw u Boga?

5 Niedziela Wielkanocna – Rok A

Sens czytań 5. niedzieli wielkanocnej można zawrzeć w słowie: „integralność” lub „integracja”. Integralność, która nie przychodzi łatwo, ale bierze się z dojrzewania, z długiego procesu budowania z „żywych kamieni”. Integracja, która nie jest uproszczeniem, ale scaleniem wielu różnych elementów, które wydają się nie pasować do siebie, a jednak w Bożym planie stanowią spójną całość.

I czytanie: Dz 6, 1-7

II czytanie: 1 P 2, 4-9

Ewangelia: J 14, 1-12

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. „Gdy liczba uczniów wzrastała…” pojawiły się problemy. Każdy z nas nosi w sobie skażenie grzechem pierworodnym. To, że przychodzimy do Kościoła, do wspólnoty, nie oznacza, że nagle nasze wady, deficyty, problemy znikają. Im nas więcej we wspólnocie, tym więcej problemów. Owszem, dostajemy szansę, aby naprawiać w sobie samym to, co popsute, ale nie dzieje się to „z automatu”. Każda ze sfer, które możemy dostrzec w człowieku, jest istotną częścią naszego „ja” i Bóg nie chce jej naruszyć. Dojrzałość wymaga harmonijnego wzrostu w każdej z tych sfer: duchowej, intelektualnej, psychicznej (obejmującej m.in. emocje), społecznej oraz cielesnej. Ważne, abyśmy nie pozostawili żadnej ze sfer odłogiem. We wspólnocie jerozolimskiej pęknięcie ujawniło się w sferze społecznej: mentalność „my” kontra „oni” zaczęła się przejawiać w zaniedbywaniu wdów należących do drugiej grupy, a to z kolei doprowadziło do szemrania. To jeden z najboleśniejszych skutków grzechu pierworodnego: zamiast rozwiązywać problemy, zaczynamy szemrać, czyli opowiadać o problemach innym, próbując znaleźć sojuszników dla naszego punktu widzenia. Nie dość, że nie przynosi to rozwiązania problemu, to jeszcze pogłębia podziały, aż doprowadza do rozpadu na zwalczające się frakcje. A wtedy Kościół, zamiast zajmować się głoszeniem Chrystusa, zaczyna zajmować się wewnętrznymi sporami. Apostołowie rozpoznali niebezpieczeństwo i wyznaczyli siedmiu mężów, którzy „cieszyli się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości”. To oni mieli zająć się sferą społeczną, dbając o sprawiedliwość, łagodząc spory, apostołowie zaś skupili się na głoszeniu Chrystusa. Ustanowienie owych siedmiu mężów uznaje się za początek diakonatu. Można również odnieść to do innych posług w Kościele: czy to działalności charytatywnej, czy wychowawczej, edukacyjnej, poradnictwa, dbania o potrzeby materialne Kościoła – i każdej innej posługi. Nie są one nieważne, są wręcz niezbędne w Kościele. Tak jak w człowieku poszczególne sfery powinny równomiernie się rozwijać i współdziałać ze sobą, tak w Kościele nie powinniśmy zaniedbywać żadnej posługi i dbać o to, aby każdy dar i każda posługa była szanowana i doceniana (por. 1Kor 12).

  • Pomyśl o sferze, która w twoim przypadku najbardziej leży odłogiem? Czy jest to sfera duchowa? Jak wygląda twoja modlitwa? Czy intelektualna? Czy regularnie czytasz Słowo Boże i znasz nauczanie Kościoła? Czy społeczna? Czy spotykasz się z innymi ludźmi, dzieląc się swoją wiarą i życiem? Czy psychiczna? Czy przepracowujesz swoje słabości? Czy umiesz sobie radzić z emocjami? A może cielesna? Czy dbasz rozsądnie o swoje ciało – aktywność fizyczna, dieta, higiena, sen itp.?
  • Czy dostrzegasz, w jaki sposób możesz służyć Kościołowi? Co jest twoim darem, talentem? Czy rozwijasz ten dar i służysz nim, dając innym czy raczej skupiłeś się na braniu od innych, szemrząc, że twoje potrzeby nie są zaspokajane?

2. Jezus Chrystus jest „żywym kamieniem” – skałą, na której możemy się oprzeć, skałą mocną, a jednocześnie żywą i dającą życie (jeśli trudno ci to zrozumieć, pomyśl o glebie: żyzna gleba zawiera w sobie różne „skały” – wapień, sole potasu, fosforu i inne). A jednak ten kamień został odrzucony przez budowniczych. Być może dlatego, że jako budowniczowie mamy skłonność do realizacji własnych planów, własnych pomysłów architektonicznych. Tymczasem głównym architektem naszego życia jest Bóg, przemawiający do nas przez swoje Słowo. Gdy próbujemy forsować własne rozwiązania, budujemy nie na skale, ale na piasku własnych emocji i własnych koncepcji. „Wiara bierze się z tego, co się słyszy” (Rz 10,17) – i z posłuszeństwa temu, co usłyszymy od Boga. Słowo Boże to nie prywatne poglądy, prywatne objawienia, ale Słowo żywe: Chrystus, który objawił się w ciele, umarł za nas, zmartwychwstał i powołał Kościół. Najważniejszym zadaniem Kościoła jest więc dawać wszystkim Chrystusa – żywe Słowo. Gdy mamy wątpliwości, gdy błądzimy duchowo, nie szukajmy religijnych sensacji, nowych objawień, proroctw i koncepcji teologicznych. Szukajmy Chrystusa, którego znajdziemy w modlitwie, w sakramentach i w nauczaniu Kościoła. W ten sposób będziemy stale wzrastać duchowo, a nasze życie będzie „królewskim kapłaństwem” – składaniem ofiar Bogu już nie z baranów czy cieląt (jak w Starym Testamencie), ale z własnego „ja”, z własnej skłonności do absolutyzowania swojej racji i traktowania siebie jako pępka świata. Takich ofiar oczekuje Bóg (1Sm 15,22; Oz 6,6).

  • Co jest łatwiej: złożyć ofiarę Bogu z czegoś czy złożyć Mu ofiarę z samego siebie, poprzez posłuszeństwo i miłość?
  • Co znaczy, że mamy być „żywymi kamieniami”? Czym jest „duchowa świątynia”, budowana w nas samych? Po czym możesz poznać, że ta świątynia faktycznie jest budowana, że budowa nie „stoi w miejscu”?

3. „Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których ja dokonuję, a nawet większe od tych uczyni”. Jak wiele błędnych interpretacji tych słów funkcjonuje obecnie wśród wierzących… Przeczytajmy uważnie cały 14. rozdział ewangelii Jana. Czy Jezus mówi o „większych rzeczach” w sensie cudów? Proroctw? Niezwykłych znaków? Z całą pewnością nie. Kontekst wskazuje na to, że chodzi o „mieszkanie w domu Ojca” – o to, że mamy wzrastać duchowo, aż dojrzejemy do spotkania z naszym Ojcem w niebie. Akcent nie jest więc położony na „większe cuda” niż te, których dokonywał Jezus, ale na „większy wzrost”. Dlaczego większy? Popatrzmy na apostołów: choć spędzili trzy lata w towarzystwie Jezusa, ciągle nie dojrzeli do tego, żeby rozpoznać w nim Ojca. Patrząc na Niego, nie widzieli tego, co najistotniejsze. Dlaczego? Bo patrzyli ciągle w sposób zewnętrzny, poprzez pryzmat własnych oczekiwań i przekonań religijnych. Dopiero śmierć i zmartwychwstanie Jezusa oraz zesłanie Ducha Świętego odmieniły ich serca. Dzięki Duchowi Świętemu uczniowie mogli wejść na drogę, którą prowadził ich Jezus – drogę duchowego wzrostu. Bóg udziela nam łaski dwojakiego rodzaju: pierwszy odnosi się właśnie do naszej duchowej drogi ku Niemu i ten jest najistotniejszy. To ta łaska (łac. gratia gratum faciens) sprawia, że coraz bardziej upodabniamy się do naszego Ojca, że jesteśmy Mu coraz bardziej posłuszni. Drugi rodzaj (gratia gratis data) to dary służące budowaniu Kościoła (takie, jak wspomniane w pierwszym czytaniu). Są one ważne, ale nie ważniejsze niż mój osobisty wzrost duchowy. Są ważne dla Kościoła, abyśmy „podtrzymywali się nawzajem” – tak jak kamienie w murze podtrzymują jeden drugi. Jeśli jednak któryś kamień będzie popękany, złej jakości, sam się wykruszy, a do tego osłabi cały mur.

  • Pomyśl, co Jezus chce nam przekazać, mówiąc że to On jest „drogą”? Dlaczego drogą jest Słowo Boże, a nie na przykład rytuały religijne albo studiowanie teologii? Dlaczego Jezus mówi, że to On jest „prawdą” – zamiast dać nam jakiś zestaw prawd, spisanych na papierze? Dlaczego mówi, że jest „życiem”? Czy chodzi o to, co zrobimy dla Boga, czy raczej o nasze własne życie, o to, czy żyjemy w relacji z Bogiem?
  • Skoro Jezus dokonywał wielkich znaków i cudów, jakie mogą być „jeszcze większe dzieła”? Wskazówkę znajdziesz w dalszej części ewangelii Jana (J 14, 23; J 15,2; J 15,12) oraz w 1Kor 13,1-8.

4 Niedziela Wielkanocna – Rok A

Prawdziwa miłość jest miłością ofiarną. A miłość ofiarna oznacza, że nie liczę kosztów, nie domagam się „tyle samo” w zamian od drugiej strony. Jestem gotów do ofiary z siebie – ze swojego czasu, ze swoich zasobów, ze swojego zdrowia, a nawet – życia. Taka miłość zmienia świat, to miłość odkupieńcza. Takiej miłości uczy nas Chrystus, nasz Dobry Pasterz.

I czytanie: Dz 2, 14. 36-41

II czytanie: 1 P 2,20-25

Ewangelia: J 10, 1-10

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Dzisiejsze pierwsze i drugie czytanie stanowią dalszy ciąg czytań z 3. niedzieli wielkanocnej. W pierwszym czytaniu słyszymy katechezę św. Piotra wygłoszoną w dniu Pięćdziesiątnicy, w której najpierw wskazywał na Chrystusa jako wypełnienie proroctw Starego Testamentu, a Jego śmierć i zmartwychwstanie – jako na centralny punkt historii. Dziś słyszymy konkluzję: „Niech cały dom Izraela wie, że tego Jezusa, którego ukrzyżowaliście, uczynił Bóg i Panem, i Mesjaszem”. Jego słowa poruszyły słuchaczy tak bardzo, że zaczęli pytać: „co mamy teraz robić?”, a usłyszawszy, że trzeba nawrócić się, uwierzyć w Jezusa i przyjąć chrzest, natychmiast podjęli decyzję: „tak, chcemy to uczynić”. To zastanawiające: jak to możliwe, że przez trzy lata publicznej działalności Jezusa ci sami ludzie nie byli w stanie pojąć istoty Jego nauczania i pójść za Nim, a teraz pod wpływem katechezy Piotra nagle ich serce uległo tak olbrzymiej przemianie? Odpowiedź znajdujemy w słowach Jezusa: „Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy” (J 14,26). Bez Ducha Świętego nie jest możliwe nawrócenie. Możemy studiować Biblię, możemy zapisać się na kurs teologii, możemy uczestniczyć w takich czy innych rytuałach religijnych, ale jeśli nie otworzymy swego serca na działanie Ducha Świętego, wszystko na nic. Duch Święty zaś nie mógł być posłany, zanim nie zrealizowało się nasze odkupienie przez śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Św. Piotr mówi też: „nawróćcie się… a otrzymacie w darze Ducha Świętego”. Duch Święty stoi u początku nawrócenia (pociągając nasze serce ku Bogu), a jednocześnie jest darem dla nas, gdy pozwolimy się pociągnąć i uwierzymy Bogu. To dzięki Niemu idziemy dalej drogą duchowego wzrostu. Trzeba więc pamiętać, że nigdy dość przyzywania Ducha Świętego i nigdy dość otwierania swego serca na Jego działanie. Do Boga nie prowadzą mądre wywody teologiczne, ale tylko On sam, przez swego Ducha, działającego w głębi naszej duszy.

  • Co w twoim przypadku może oznaczać wezwanie: „ratujcie się spośród tego przewrotnego pokolenia”? Do czego prowadzi przewrotność ludzi, którzy zamiast słuchać w swym sercu Boga, usiłują się „samorealizować”?
  • W jaki sposób w twoim życiu przejawia się działanie Ducha Świętego? Czy potrafisz rozpoznawać Jego poruszenia w głębi twojej duszy? A jeśli idziesz za tymi poruszeniami, czy widzisz, jak zmienia się twoje życie?

2. „To się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a znosicie cierpienia”. Nie chodzi tu o cierpiętnictwo, ale o zrozumienie, że bez ofiary, bez gotowości znoszenia trudów i cierpień, nie jesteśmy w stanie zmienić świata na lepsze. Mamy brać wzór z Chrystusa, który cierpiał za nas – mamy iść Jego śladami, nie odwzajemniając innym złem za zło, ale starając się ich traktować z szacunkiem, starając się czynić dobro, na tyle, na ile to możliwe. Nie oznacza to, że mamy dawać się krzywdzić, ucząc innych, że mogą nie respektować naszych granic, ale że mamy dawać innym miarą obfitą (Łk 6,38), nie kierować się zasadą „ząb za ząb”, ale miłować swych nieprzyjaciół (Mt 5,39-45). Nie mamy złorzeczyć innym, nie mamy im grozić, ale powierzać wszystko Bogu. To bardzo trudne zadanie, a wręcz niemożliwe do wykonania. Staje się możliwe dopiero gdy uwierzymy Chrystusowi, pójdziemy za Nim i będziemy prowadzeni przez Ducha Świętego. Nie da się naśladować Chrystusa, jeśli moc do tego naśladowania miałaby pochodzić z naszych własnych dobrych chęci. To stanowczo za mało. Tylko Duch Święty jest w stanie wzbudzić w nas taką ofiarną miłość, a jednocześnie leczyć nasze poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, abyśmy nie popadli w zgorzknienie.

  • Dlaczego mamy miłować nieprzyjaciół? Dlaczego podoba się Bogu, że znosimy cierpienia zamiast złorzeczyć i grozić innym? Do czego prowadzi to, że oddajemy złem za zło? Czy nie lepiej jest przerwać spiralę zła niż rozkręcać ją coraz bardziej?
  • W jaki sposób Boże rozumienie sprawiedliwości przekracza nasze ludzkie rozumienie? Pomyśl o tym, że ludzka sprawiedliwość polega zazwyczaj na zabieraniu innym, aby dostać coś dla siebie, Boża sprawiedliwość zaś tworzy nową jakość, uzdrawia relacje, buduje wspólnotę.

3. Jezus mówi o sobie jako o Dobrym Pasterzu w ewangelii Łukasza 15,3-7 oraz w Jana 10,1-18. Dobrze jest te dwa fragmenty przeczytać razem. Dobry Pasterz troszczy się o każdą owcę, idzie szukać tej zagubionej, cieszy się z jej odnalezienia. Tak właśnie Bóg patrzy na nas: jesteśmy jego owcami i każdy z nas jest dla Niego ważny. Jesteśmy tak ważni dla naszego Ojca, że posłał swojego Syna, aby umarł za nas i wykupił nas z niewoli grzechu. Oddał nam wszystko, oddał samego Siebie. Za takim pasterzem warto iść, bo wiemy, że nie wykonuje tylko zleconego zadania za pieniądze – jak najemnik, ale naprawdę zależy Mu na nas. Od najemnika jeszcze gorszy jest rozbójnik i złodziej. Kogo może mieć na myśli Jezus? Tych, którzy powołując się na Boga, wdzierają się do owczarni, aby wyrwać coś dla siebie: pieniądze, ludzkie uznanie, korzyści, posłuch, władzę. Niestety wiele osób religijnych, uważających siebie za pasterzy dusz, tak właśnie postępuje: pod pozorem religii próbują innych zagarnąć dla siebie. Tymczasem prawdziwy pasterz wzoruje się na Chrystusie: zależy mu na każdym człowieku, pragnie, aby miał „życie w obfitości”. Prawdziwy pasterz rozumie, że jest tylko pomocnikiem Chrystusa i prowadzi zawsze do Niego – bo tylko On jest bramą do pełni życia. Niedziela Dobrego Pasterza jest też Niedzielą modlitw o powołania – nie zapominajmy modlić się o to, aby Pan powoływał nam pasterzy według swojego Serca, prowadzących zawsze ku Niemu.

  • W jaki sposób możesz innych prowadzić do Chrystusa?
  • Jakie są twoje talenty i twoja rola w Kościele: czy masz dar ewangelizatora? pasterza troszczącego się o powierzonych ci ludzi (na przykład, jako animator małej grupy)? apostoła, potrafiącego w odpowiedzialny sposób zarządzać jakąś dziedziną życia Kościoła? nauczyciela, umiejącego wyjaśniać innym prawdy wiary i życia chrześcijańskiego? wychowawcy? dar opieki nad innymi? umiejętność dostrzegania potrzeb innych i zaradzania im? A może jeszcze inny dar? Pomyśl, czy swoją posługę w Kościele wypełniasz wzorując się na Chrystusie, Dobrym Pasterzu?

3 Niedziela Wielkanocna – Rok A

Chrystus jest Alfą i Omegą – początkiem i końcem, ale także centrum historii. Bez odniesienia do Niego nie jesteśmy w stanie pojąć wielkości Bożego planu stworzenia, ani dzieła naszego zbawienia, ani też zrozumieć, ku jakiemu celowi wszystko zmierza. Nie chodzi jednak tylko o „odniesienie” w sensie intelektualnym, ale o żywą relację. To ona nadaje sens zarówno całej historii, jak i życiu każdego człowieka.

I czytanie: Dz 2, 14. 22b-32

II czytanie: 1 P 1, 17-21

Ewangelia: Łk 24, 13-35

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. W pierwszej katechezie skierowanej do „Judejczyków i wszystkich mieszkańców Jerozolimy” Piotr odwołuje się do dwóch rzeczywistości, które stanowią jedną całość: do świadectwa Pisma świętego, które zapowiadało przyjście Chrystusa oraz do żywego doświadczenia tegoż Chrystusa. Jego słuchacze widzieli Jezusa własnymi oczami i słyszeli własnymi uszami, ale nie umieli powiązać tego, co widzą i słyszą z tym, co Bóg objawił już wcześniej. W ten sposób czytając Pismo, nie rozumieli jego najgłębszego sensu, a słuchając Jezusa nie pojmowali głębi Jego słów. Tymczasem Słowo Boże jest niezmienne, spójne, konsekwentne, a jednocześnie – żywe, przemawiające do naszego serca, odnoszące się do naszego życia. W naszej religijności możemy niestety powielić błąd żydów, którzy patrzyli na swą religię jako zbiór tradycji, przepisów i rytuałów i jako na piękną historię, której są dziedzicami. Wpatrzeni w przeszłość nie dostrzegli, że ta historia dzieje się nadal na ich oczach, nie rozpoznali Jezusa jako Mesjasza. To jedna skrajność: religia „tradycjonalistów”, którzy żyją przeszłością i usiłują ją utrwalić, spetryfikować. Drugą skrajnością jest odwołanie się wyłącznie do własnego doświadczenia religijnego, do własnych przeżyć i przemyśleń religijnych. Z tej skrajności rodzą się herezje, od starożytnego gnostycyzmu, montanizmu, czy innych wypaczeń, poprzez średniowiecznych katarów, albigensów i fraticelli, XVII-wieczny kwietyzm czy jansenizm aż do współczesnej neognozy i prób mieszania new-age z chrześcijaństwem (to bardzo krótka lista herezji, można by ich wymienić wiele dziesiątek). Zdrowa religijność potrafi łączyć obydwa elementy: własne doświadczenia i przemyślenia odnosić do niezmiennego Słowa Bożego i weryfikować je w jego świetle, a jednocześnie odnosić Słowo Boże do codziennego życia, szukając w Nim natchnienia i ukierunkowania.

  • Która ze skrajności jest dla ciebie większym zagrożeniem:
    • Nadmierne skupienie się na tradycji i na zachowaniu form, tak, że nie dostrzegasz działania Bożej łaski w swej codzienności, negujesz doświadczenia religijne innych, usiłujesz ich sprowadzić do własnych ram religijności?
    • Nadmierne skupienie się na własnych przeżyciach i doświadczeniach, bez odniesienia ich do Słowa Bożego zawartego w Biblii i nauczaniu Kościoła?
  • Pomyśl, co powinieneś zrobić, aby w swej religijności zachować równowagę między tymi dwoma elementami.

2. „On był przewidziany przed stworzeniem świata, dopiero jednak w ostatnich czasach objawił się ze względu na was”. Chrystus jest u początku czasu. Zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, a stwarzając nas Bóg Ojciec wiedział, że nastąpi upadek ludzkości w grzech i od początku przewidział to, że Jego Syn przyjmie naturę ludzką, aby nas zbawić. Sformułowanie „grzech pierworodny” nie występuje w Biblii, ale odpowiada mu „odziedziczone po przodkach złe postępowanie”. Wielu ojców Kościoła mówiąc o stworzeniu człowieka rozróżnia „obraz” oraz „podobieństwo”. Ludzka natura po grzechu pierworodnym nie została zanegowana, nie przestaliśmy być stworzeni na obraz Boga. A jednak utraciliśmy podobieństwo do Niego. Nosimy w sobie wielki potencjał, mamy nieskończone dziedzictwo, ale nie możemy go zrealizować przez grzech. Jesteśmy jak wspaniała maszyna z defektem: dopóki ten defekt nie zostanie usunięty, żadne zewnętrzne rozwiązania nie sprawią, że będzie działać jak należy. Tylko ten, kto zaprojektował naszą ludzką naturę, może ją naprawić. A naprawił ją przez wcielenie, śmierć i zmartwychwstanie Swojego Syna. Co z tego wynika? Ano to, że nie żyjemy w świecie idealnym, takim, jakim go stworzył Bóg, ale w świecie naznaczonym owym defektem, który wprowadza zamęt, trud i cierpienie. Jesteśmy więc „na obczyźnie” zamiast w domu Ojca. Mamy jednak sposób, aby do tego domu powrócić: poprzez wiarę, poprzez zaufanie do Boga, że to On jest naszym Ojcem (a jednocześnie „konstruktorem” naszej natury), że On pragnie naszego dobra i że w Chrystusie dał nam rozwiązanie naszego największego problemu („defektu” nas samych i otaczającego nas świata).

  • Pomyśl o różnych sferach życia: pracy, relacjach z innymi, społeczeństwie, życiu Kościoła. Jak wyobrażasz sobie stan idealny tych sfer? Dlaczego życie jest tak dalekie od ideału? Czy potrafisz dostrzec, co jest przyczyną „defektu” w każdej z tych sfer? Jeśli nie – czy potrafisz zaufać Bogu, że on to wie i że jest w stanie to naprawić?
  • Co oznaczają dla ciebie słowa: „w bojaźni spędzajcie czas swojego pobytu na obczyźnie”? Wyobraź sobie, że jesteś dzieckiem, który wyjechał z domu rodzinnego na obczyznę: jak powinieneś się zachować, aby nie przynieść wstydu swojej rodzinie?

3. Może się wydawać czymś nie do pojęcia, jak to możliwe, że uczniowie idąc razem z Chrystusem, nie rozpoznali Go. A jednak zdarza się to bardzo często. Możemy czytać Słowo Boże, nie odnosząc go do swojego życia; możemy chodzić do kościoła z głową pełną chaotycznych myśli i z zamętem w sercu, tak że będąc fizycznie na liturgii duchem jesteśmy gdzie indziej; możemy przyjmować sakramenty traktując je jako epizod, a nie duchowy pokarm dla codzienności; możemy słuchać mądrych katechez i kazań po to, aby zamiast odnosić je do siebie, pouczać zaraz innych. Wszystko to, co stanowi „tradycyjną”, „formalną”, „obiektywną” stronę religii, jest ważne i potrzebne, ale niewystarczające. Dopóki nie zacznie w nas „pałać serce”, dopóki nie pozwolimy, aby nasze serce nawróciło się ku Bogu, to wszystko jest na nic. Można mieć głowę pełną teologii, można zachowywać wszelkie przepisy liturgiczne i kanoniczne, a jednak być w swym sercu zamkniętym na działanie Boże. Postawa „a myśmy się spodziewali” to postawa zamknięta. Zamiast pozwolić Bogu, aby przemieniał moje wnętrze, aby je oczyszczał, próbuję dopasować Go do swoich oczekiwań (w przypadku uczniów idących do Emaus – oczekiwań politycznych). To droga donikąd. Dopóki idziemy tą drogą, zmierzamy do Emaus – coraz dalej od miejsca, w którym pragnie nas mieć Bóg. Potrzeba, abyśmy usłyszeli Jego głos wzywający do nawrócenia i zawrócili – ku Jeruzalem. Tam zamiast „a my spodziewaliśmy się” spotkamy innych uczniów, którzy również musieli uznać, że ich oczekiwania były niezgodne z Bożymi planami. I w tym doświadczeniu własnej niewystarczalności i w otwarciu się na Boże działanie możemy jednocześnie doświadczyć, jakim błogosławieństwem jest wspólnota Kościoła, oczyszczająca nas z religijnego subiektywizmu.

  • Czy zmierzasz ku Jerozolimie, ku innym uczniom Chrystusa, czy raczej idziesz drogą do Emaus z głową pełną religijnych idei, które odsuwają cię od innych, powodują wzajemne oskarżenia i podziały?
  • Przypomnij sobie, o czym mówił Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy? Po czym można poznać, że jesteśmy Jego uczniami? (por. J 13,34-35; Rz 13,8-10).

2 Niedziela Wielkanocna – Rok A

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Gdy usiłujemy Boże sprawy brać „na rozum”, jesteśmy podobni do małego dziecka, które coś zasłyszało od dorosłych i powtarza, nie rozumiejąc prawdziwego znaczenia słów. Nasze naturalne zmysły i naturalny rozum nie ogarną Boga. Możemy jednak doświadczać Jego ojcowskiego działania tak, jak dziecko doświadcza miłości rodziców, nawet gdy jej nie pojmuje rozumem, a jedynie sercem.

I czytanie: Dz 2, 42-47

II czytanie: 1 P 1, 3-9

Ewangelia: J 20, 19-31

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Pierwsze czytanie to opis życia pierwszej wspólnoty uczniów Chrystusa w Jerozolimie. Jest ona modelem każdej chrześcijańskiej wspólnoty – jednak nie można tego modelu brać dosłownie, ponieważ okoliczności, w których żyjemy, są inne. Nie mamy tego wzorca naśladować dosłownie, ale zrozumieć, co jest istotne i konieczne. Trzy elementy są kluczowe: nauka apostołów, wspólnota oraz praktyka modlitwy i Eucharystii – „łamania chleba”. Kościół nie opiera się na ludzkich rytuałach, ludzkich rozmyślań na temat Boga, ludzkich strukturach, ale na Słowie Bożym (nauka apostołów). Gdy odchodzimy od tego Słowa, dodając swoje interpretacje, pojawiają się problemy i jałowe spory. To, co nam daje życie jako Kościołowi i jako pojedynczemu uczniowi Chrystusa to żywe Słowo Boże działające w sercu, a nie teologiczne dywagacje. Wspólnota wskazuje na horyzontalny wymiar Kościoła, ale nie chodzi tu o zwykłą społeczność. Jesteśmy zgromadzeni przez Chrystusa jako Jego uczniowie, a dobrze rozumiana szkoła to coś więcej niż tylko zbiór odrębnych uczniów plus nauczyciel. Pomiędzy uczniami również zachodzą relacje, wspierają się nawzajem, uzupełniają, motywują do pracy. Kościół jest wspólnotą uczniów Chrystusa, a nie instytucją, do której przychodzimy po jakieś usługi religijne. I trzeci równie ważny element: łamanie chleba i modlitwa. Celowo nie piszę o tych dwóch rzeczach jako dwóch odrębnych elementach, bo razem stanowią całość. Nie da się sprawować liturgii bez właściwej postawy modlitewnej (chodzi o postawę serca, nie tylko ciała), modlitwa przygotowuje nas na przeżycie liturgii, a treść liturgii powinna dalej żyć w naszym sercu na modlitwie. Gdy tak żyjemy – wsłuchani w Słowo Boże, troszcząc się nawzajem o siebie i razem wielbiąc Boga, będą się działy znaki i cuda. Gdy natomiast nasze rozumienie Kościoła sprowadza się do „instytucji świadczącej usługi religijne”, nasze chrześcijaństwo będzie jałowe, niemal bezowocne.

  • Jak rozumiesz Kościół? Czy jest dla ciebie wspólnotą, czy raczej instytucją? Jeśli wspólnotą – to co możesz zrobić, aby była bliżej tego ideału, który opisany jest w Dz 2?
  • W jaki sposób możemy sobie nawzajem okazywać troskę, pomagać sobie w życiu duchowym i w codziennych sprawach jako członkowie Kościoła, diecezji, parafii, wspólnoty lub grupy?

2. Głównym tematem drugiego czytania jest wiara. Tylko dzięki wierze możemy wejść w relację z Bogiem i wzrastać w tej relacji. Potrzebujemy wiary, aby móc objąć „dziedzictwo” przygotowane dla nas. Dziedzictwo to coś, co należy się dziecku. Jednak grzech, który jest w naszym życiu, sprawia, że nie możemy podjąć tego dziedzictwa; śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa sprawiły, że możemy je otrzymać, o ile uwierzymy w Niego. Nie chodzi tu o czysto intelektualne uznanie faktu tej śmierci i zmartwychwstania, ale o uwierzenie Bogu, że to właśnie Pascha Chrystusa skrywa tajemnicę naszego zbawienia, o uznanie w sercu, że sami nie możemy się zbawić i wyznanie tej wiary przed Bogiem.

Piotr, w odróżnieniu od współczesnych głosicieli „ewangelii sukcesu”, nie twierdzi, że wiara zapewnia zdrowie, bogactwo i bezpieczeństwo doczesne. Przeciwnie – pisze jasno, że spadną na nas różne doświadczenia, że doznamy „trochę smutku”. Ale to właśnie te doświadczenia sprawdzają i oczyszczają naszą wiarę. Gdy człowiekowi w życiu jest łatwo, popada w zarozumiałość i lenistwo. Wiara, którą mamy teraz, ma nas prowadzić ku coraz głębszej, coraz czystszej wierze, ku coraz większemu zaufaniu do Boga. Do Boga, którego nie widzimy, ale którego miłujemy. Żyjąc w doczesności nie jesteśmy w stanie ujrzeć Boga w Jego chwale, możemy jednak doświadczać Jego miłości i odpowiadać mu z naszej strony miłością. A gdy dojdziemy do celu drogi – zobaczymy, że było warto!

  • Jakich smutków, trosk i trudów doświadczasz w swoim życiu? W jaki sposób przepracowujesz je na modlitwie – oddając je Bogu, aby „wartość twojej wiary okazała się cenniejsza od zniszczalnego złota”?
  • Pomyśl, przed czym chroni cię wiara skierowana ku Bogu? Przed zbytnim zaufaniem w swoje siły? Przed intelektualną zarozumiałością? Przed zwątpieniem? Przed szukaniem uznania u innych ludzi? Przed czym jeszcze?

3. Zanim oburzymy się na „niewiernego” Tomasza, który nie umiał uwierzyć, że Jezus zmartwychwstał, pomyślmy, w jakiej sytuacji się znajdował. Jak bardzo jego spójność intelektualna została naruszona przez wydarzenia ostatnich dni. Można powiedzieć, że wszystko, co zdarzyło się od Ostatniej Wieczerzy, było po prostu dla niego nie do ogarnięcia. Jezus nie odrzuca jego wątpliwości, przychodzi po ośmiu dniach i pozwala się dotknąć, prowadząc Tomasza do wiary.

Można się zastanawiać, dlaczego Tomasza nie było z pozostałymi uczniami w dniu zmartwychwstania: czy powodem były właśnie przeżywane przez niego wątpliwości? Czy miał jakieś pilne sprawy do załatwienia? Tak czy inaczej, bycie poza wspólnotą uczniów Chrystusa grozi racjonalizacją i indywidualizacją naszego podejścia do Boga. Tego właśnie doświadczył Tomasz. Próbował się sam zmagać ze swoimi wątpliwościami, polemizował z pozostałymi uczniami. Chrystus jednak daje się poznać we wspólnocie Kościoła, a jedynie wyjątkowo przychodzi do tych, którzy są poza nią (zazwyczaj bez własnej winy, żyjąc na przykład w kraju niechrześcijańskim).

Tak też można rozumieć słowa Jezusa: „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i ja was posyłam. Weźmijcie Ducha Świętego!”. Ewangelia nie precyzuje, czy słowa te powiedział tylko do jedenastu, czy też do innych (mowa jest ogólnie o „uczniach”). Każdy z nas jest żywym członkiem Kościoła (por. 1Kor 12), każdy z nas jest posłany przez Boga. Każdy ma własne powołanie, własne obdarowanie i własną rolę w Kościele. Nie każdy musi nauczać, nie każdy musi przewodniczyć liturgii, nie każdy musi prorokować, nie każdy musi być misjonarzem czy duszpasterzem (por. Ef 4,11). Wszyscy jednak jesteśmy posłani i jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Gdy tak będziemy patrzeć na siebie nawzajem w Kościele, doświadczymy pokoju, o którym mówi Chrystus. Gdy zaś zajmujemy się ciągłymi sporami, burzymy Kościół i szkodzimy samym sobie (por. Ga 5,15; Rz 16,17; 1Kor 11,18nn).

  • Jak podchodzisz do spraw związanych z wiarą, których nie umiesz zrozumieć? Czy zmagasz się z wątpliwościami? Czy potrafisz czerpać ze skarbca Kościoła – chodzi zarówno o nauczanie zawarte w dziełach świętych, jak i o mądrość twoich braci i sióstr, którzy mogliby rozjaśnić te wątpliwości?
  • Jakie jest twoje obdarowanie duchowe? Do czego posyła cię Pan w Kościele? Czy jest to ewangelizacja? Dzieła miłosierdzia? Formacja uczniów (na przykład, jako animator małej grupy)? Posługa modlitwy za innych? Wychowanie dzieci i młodzieży? Coś innego? Jak patrzysz na tych, którzy mają inne obdarowania – czy potrafisz im błogosławić, czy raczej czepiasz się, że robią coś inaczej niż ty?

Niedziela Wielkanocna – Rok A

W Zmartwychwstaniu Chrystusa odsłania się sens całej historii świata, a także sens mojego własnego życia. Gdy zastanawiasz się „dlaczego?”, patrząc na cierpienie, troski i trud, spróbuj zostawić to pytanie na boku i zapytać: „po co?” A odpowiedź znajdziesz w zmartwychwstaniu – na wzór Chrystusa.

I czytanie: Dz 10, 34. 37-43

II czytanie: Kol 3, 1-4 lub 1Kor 5, 6b-8

Ewangelia: J 20, 1-9

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Katecheza, którą głosi Piotr setnikowi Korneliuszowi, nie jest wywodem teologicznym, który wymagałby jakiejś dłuższej analizy. To przedstawienie faktów: Jezus był namaszczony przez Boga, czynił znaki i cuda; apostołowie byli świadkami tego wszystkiego; Żydzi odrzucili Go i zabili, On jednak zmartwychwstał, a apostołowie byli świadkami także i tego. Teraz zaś mają wszystkim dawać świadectwo o tym, co widzieli i czego doświadczyli i wzywać ich do uwierzenia Bogu – że właśnie w Chrystusie jest rozwiązanie największego problemu świata – problemu grzechu. Każdy, kto próbuje tego rozwiązania szukać gdzie indziej, pobłądzi. Chrystus teraz jest naszym zbawicielem, u kresu czasów będzie także naszym sędzią. O tym, czy dotrzemy do naszego celu, do domu Ojca w niebie, nie decyduje to, jak bardzo będziemy się starać w życiu, jak dobrze nauczymy się prawd wiary, ale czy faktycznie uwierzymy Bogu i przyjmiemy od Niego zbawienie w Chrystusie. Zbawienie nie jest wiedzą teoretyczną (choć oczywiście można je opisywać w sposób teoretyczny), ale jest doświadczeniem odpuszczenia grzechów i uwolnienia od nich.

  • Jaka jest twoja relacja z Jezusem? Czy myślisz o Nim? Czy mówisz do Niego i słuchasz Go? Czy pozwalasz, aby Jego słowo każdego dnia kształtowało twoje życie?
  • W jaki sposób mówisz innym o Chrystusie? Czy jest to świadectwo, czy próba przekonywania innych rozumowymi argumentami?

2. Łatwo jest być optymistą, pełnym nadziei i dobrych pomysłów na życie, gdy jest się beztroskim dzieckiem (choć niestety są i dzieci, które doświadczają cierpienia i troski). Co jednak zrobić, gdy jako dorośli doświadczamy tak wiele zła, trudu, cierpienia, niesprawiedliwości, że nie umiemy sobie z tym poradzić. Mamy wrażenie, że życie przerasta nas, że wyzwania są tak duże, że nie damy rady im podołać. Paweł daje dziś odpowiedź: „jeśli razem z Chrystusem powstaliście z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus”. Aby powstać z martwych, musimy najpierw umrzeć. Muszą umrzeć nasze plany i ambicje, nasze pomysły na życie, musimy pozwolić, aby to wszystko zostało pogrzebane, a wtedy dajemy szansę Bogu, aby nas wskrzesił z martwych. Nie dlatego, że wszystko to jest złe samo w sobie, ale – że jest tak pełne zamętu i zamieszania, że nie damy rady tego rozwikłać. To zamieszanie zaczyna się w naszym sercu i potęgowane jest przez wszystko, czego doświadczamy na co dzień. Jednak to nie wszystko, bo nasze prawdziwe życie, czyste i bez zamieszania, ukryte jest w Bogu. Taki jest sens Kol 3,1-4. A 1Kor 5,6b-8 dodaje tu ideę „kwasu” – wystarczy odrobina kwasu, aby całe ciasto zostało zakwaszone. Tym ciastem jesteśmy my sami i nasze życie. Nie zdołamy się sami uporządkować, oczyścić z tego, co „skwaśniałe”. Tym, który może nas oczyścić z kwasu przewrotności, jest tylko Bóg.

  • Co w twoim życiu jest „kwasem”? Co sprawia, że odczuwasz wewnętrzny niepokój, zamęt? W jaki sposób możesz to wszystko oddać Bogu, aby doświadczyć obumarcia tego wszystkiego i bycia wskrzeszonym przez Niego?
  • Czy każdego dnia myślisz o tym, że jesteś w drodze do domu Ojca? Czy tak patrzysz na swoje życie, wraz z jego troskami? Jeśli nie, to co możesz zrobić, aby każdego dnia sobie o tym przypominać?

3. Lekturę dzisiejszej ewangelii można zacząć od ostatniego zdania: „dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma…”. Prawdziwe zrozumienie Bożego Objawienia, prawd wiary nie jest możliwe na drodze tylko rozumowej. Potrzeba czegoś więcej – potrzeba doświadczenia Bożego działania, potrzeba spotkania z Bogiem. Znamienne, że pierwsza u grobu była Maria Magdalena (prawdopodobnie wraz z innymi niewiastami). To ta, która ukochała Jezusa. Ukochała Go tak bardzo, że w odróżnieniu od apostołów (poza Janem) nie uciekła spod krzyża. Skąd taka miłość? Skąd takie wyczucie, że czymś właściwym było stać pod krzyżem i pobiec do grobu? Być może odpowiedź znajdujemy w Łk 8,2. Maria Magdalena doświadczyła uwolnienia od złych duchów dzięki mocy Jezusa. Ci, którzy tylko myślą o Bogu, nie zrozumieją nigdy Boga w takim stopniu, jak ci, którzy doświadczyli Jego działania. Głęboka wiara i głęboka miłość do Boga nie rodzą się z rozważań, ale z doświadczenia tego, że Bóg dotyka naszego serca, uwalnia nas od zła i przemienia nasze życie. Zapewne nie przypadkiem drugą osobą, która znalazła się przy pustym grobie Chrystusa, był Jan. On także wytrwał pod krzyżem, jego także łączyła z Chrystusem relacja miłości. Czego zaś doświadczył trzeci świadek zmartwychwstania – Piotr? Jego relacja z Chrystusem była autentyczna, ale bardzo niedojrzała, bardzo nieoczyszczona. W kluczowym momencie – gdy mógł stać przy Jezusie, wyparł się Go. Tak jak Magdalena została uwolniona od złych duchów, tak też i Piotr został wtedy postawiony w prawdzie, która dotknęła jego serca (dlatego gorzko zapłakał – Łk 22,62), w prawdzie o swojej własnej słabości i niewystarczalności. To było konieczne, aby zrozumiał, dlaczego trzeba umrzeć i zmartwychwstać. To z tego doświadczenia, z otwarcia się na działanie Boga, przemieniające aż do samej głębi, wyrosła siła do głoszenia Ewangelii, o której mówiło pierwsze czytanie.

  • Z którą z trzech postaci z dzisiejszej ewangelii najłatwiej ci jest się utożsamić? Czy jesteś jak Maria Magdalena, która pozostaje z tyłu, ale w kluczowym momencie zdaje egzamin z wiary? Czy jak Jan, który jest wprawdzie młodzieńcem, ale jego relacja z Chrystusem jest już na najlepszej drodze do dojrzałości? Czy jak Piotr, który musi doświadczyć własnej słabości, całkowitego upadku, aby zdać sobie sprawę, że jego wiara jest niedojrzała i otworzyć się na Boże działanie?
  • Zastanów się nad tym, jaka jest różnica między zrozumieniem czegoś „sercem”, a zrozumieniem czegoś intelektem. Czy jedno jest sprzeczne z drugim? Które jest ważniejsze w życiu? Które z nich sprawi, że będziemy dobrze żyć, iść właściwą drogą do naszego Ojca w niebie?

6. Niedziela Wielkiego Postu – Rok A

6. niedziela Wielkiego Postu to Niedziela Palmowa, a jednocześnie Niedziela Męki Pańskiej. Te dwa tematy splatają się w jedno w tajemnicy naszego zbawienia. Chrystus naprawdę jest królem – ale nie władcą, który miał przynieść polityczne wyzwolenie. Jego królowanie dobrze wyraża pieśń, w której padają słowa: „Króla wznoszą się znamiona… oto Bóg królował z drzewa” – tj. z krzyża. Nie ma innej drogi do Królestwa Bożego.

I czytanie: Iz 50, 4-7

II czytanie: Flp 2, 6-11

Ewangelia: Mt 21, 1-11 (procesja z palmami), Mt 26, 14 – 27, 66 (Męka Pańska)

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Tak jak nieposłuszeństwo Adama i Ewy zerwało naszą relację z Bogiem, tak też doskonałe posłuszeństwo Chrystusa ją odbudowało. Posłuszeństwo zaczyna się od gotowości do słuchania. „Język wymowny” może być gadulstwem, przykrywaniem słowami bolesnej rzeczywistości; może jednak być także darem od Boga, który wymaga wcześniejszego słuchania. Proroctwo Izajasza odnosi się do Chrystusa, który był doskonale posłuszny i był jednocześnie żywym Słowem Bożym. Świat skażony grzechem nie może tego znieść, woli puste i pełne zarozumiałości słowa. W ustach polityków, marketingowców i ideologów mnóstwo jest takich słów, którymi starają się nas zniewolić. Tymczasem słowo, które ma swój początek w słuchaniu Boga i posłuszeństwie Bogu, przynosi wolność. Konfrontacja pustego, światowego słowa z żywym Słowem Bożym przerodziła się w Mękę tego Słowa – pokornego i posłusznego. A jednak Męka ta okazała się zwycięstwem. Pozory nie mogą wygrać z prawdą. Śmierć nie może wygrać z życiem.

  • W jaki sposób Słowo Boże krzepi twoją duszę, gdy jesteś utrudzony i umęczony tym, co dzieje się wokół ciebie i dotyka ciebie? Co dzieje się w twoim sercu, gdy czytasz Słowo Boże i rozważasz je? Czy doświadczasz wewnętrznego pokoju?
  • Pomyśl o tym, jak inni mówią o tobie, jak zwracają się do ciebie, jak ciebie oceniają. Czy twoja relacja z Bogiem jest tak mocna, że potrafisz być „nieczuły na obelgi”, to znaczy – wszystkie negatywne, nadmiernie krytyczne i nieżyczliwe słowa płynące od innych?

2. Czy Bóg mógłby odkupić nas w inny sposób niż przez mękę i śmierć Jezusa? To trudne pytanie, z którym przez wieki zmagali się teologowie. Nawet jeśli mógł – wybrał taki właśnie sposób, stając się człowiekiem i przyjmując na siebie ciężar grzechu, niosąc go na krzyż i umierając za nas. Bóg zawsze wybiera najlepszy sposób i zamiast pytać, czy mógł nas odkupić inaczej, lepiej uznać, że tak właśnie było najlepiej. W oczach Bożych działanie „odgórne”, „siłowe”, „urzędowe” nie ma takiej mocy jak „oddolne” „pokorne” i „osobowe”. Syn Boży uniżył się, ogołocił się z chwały Bożej, choć można powiedzieć, że „należała Mu się”. Na tym jednak polega doskonała miłość, że nie patrzymy na to, co się nam „należy”, ale potrafimy schylić się ku drugiej osobie, spotkać ją w tym miejscu i w tym stanie, w jakim jest: niedoskonałą, grzeszną, irytującą nas. Taka miłość jest odkupieńcza, zarówno na poziomie teologicznym – w naszej relacji z Bogiem, jak i w relacjach z innymi ludźmi. Gdy nie odwołujemy się do własnej pozycji i funkcji, do własnych przywilejów, do własnego wykształcenia, gdy zniżamy się do innych, mamy szansę pociągnąć ich ku dobru. Gdy działamy z pozycji siły, być może wymusimy na innych poprawne zachowanie, ale ich nie przemienimy ku dobru.

  • Pomyśl o swoich relacjach z innymi ludźmi: w jakich sytuacjach odwołujesz się do swojego autorytetu, do swojej władzy, do roli, jaką pełnisz. Czy wyobrażasz sobie, że mógłbyś w takich sytuacjach zachować się inaczej, zniżając się do nich?
  • Dlaczego doświadczenie chwały Bożej wymaga wcześniejszego uniżenia się? Co jest największą przeszkodą w naszej relacji z Bogiem? Czy nie jest to pycha, przekonanie, że wszystko wiem, że tak właściwie to nie potrzebuję Boga, bo sam jakoś dam sobie radę?

3. Jezus był świadomy swojej misji – wiedział, że jest Mesjaszem i wiedział, że Mesjasz ma umrzeć za grzechy świata. To jednak nie oznaczało, że nie miał ludzkich uczuć. Świadectwem tego może być płacz nad grobem Łazarza, a szczególnie – pełna trwogi modlitwa w ogrodzie Getsemani. Jezus „począł się smucić i odczuwać trwogę”. To ważna lekcja dla nas. Nie bójmy się emocji, nie usiłujmy zgrywać twardzieli. Nieczułość na obelgi, o której jest mowa w pierwszym czytaniu nie oznacza nieczułości w ogóle. Ta pierwsza to emocjonalne odcięcie się od krzywdzących słów płynących ze strony innych. Ta druga oznaczałaby wycięcie bardzo istotnego elementu naszej ludzkiej natury. To, czego możemy się nauczyć, to jak podchodzić do emocji: są one ważnym wskaźnikiem, ale nie mogą determinować naszego postępowania. Możemy uznać to, że odczuwamy lęk, smutek, pragnienie uniknięcia cierpienia, a jednak jak Chrystus – powiedzieć: „nie jak ja chcę, ale jak Ty [Boże]”. Getsemani to także wezwanie do tego, aby czuwać. Ważne, żeby zrozumieć, że dobre czuwanie to stały wysiłek, stała koncentracja, ale nie stałe napięcie. Nie jesteśmy wezwani do tego, żeby być spięci, żeby spodziewać się najgorszego, ale do tego, aby być gotowi, aby nie czekać, aż przyjdzie trudna sytuacja, ale stale ćwiczyć się w skupianiu na tym, co istotne (pomocą może być dobry rachunek sumienia, który jest czymś więcej niż „rozliczeniem grzechów”, który zwraca uwagę na to, jakich cnót nam brakuje i prowadzi do pracy nad nimi).

Zastanawiająca jest postawa Jezusa wobec oskarżeń fałszywych świadków i zarzutów arcykapłana. Nie dyskutuje z nimi, powtarza tylko to, co istotne. Są ludzie poszukujący prawdy i z nimi warto dyskutować. Są jednak także cynicy, sofiści, posługujący się różnymi sztuczkami słownymi, aby zaciemnić prawdę. Z nimi nie ma co dyskutować. Mamy mówić prawdę, ale niekoniecznie wdawać się w dyskusje z cynikami.

  • Co najbardziej porusza Cię w opisie Męki Pańskiej? W czym możemy dostrzec człowieczeństwo Jezusa w trakcie Jego męki? W których momentach ujawniają się ludzkie emocje i pragnienia? W czym przejawia się Jego boskość?
  • Czym jest dla ciebie Krzyż Chrystusa? Czy w trudnych chwilach daje ci nadzieję? Gdyby ktoś zadał ci pytanie: jaki jest sens krzyża? Po co właściwie Jezus umarł na krzyżu? – jak byś odpowiedział?

5. Niedziela Wielkiego Postu – Rok A

Piąta niedziela Wielkiego Postu wprowadza nas w czas bezpośredniego przygotowania do przeżywania tajemnic Paschalnych: śmierci i zmartwychwstania. Niesie przesłanie nadziei: śmierć nie jest kresem życia, ale przejściem do pełnego życia.

I czytanie: Ez 37, 12-14

II czytanie: Rz 8, 8-11

Ewangelia: J 11, 1-45

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. „Otwieram wasze groby, wydobywam was z grobów… i poznacie, że Ja jestem Pan”. Te słowa można rozumieć literalnie: Bóg przy końcu czasów przywróci nam życie, wskrzesi nas z martwych. Jest w nich jednak głębszy sens: nie będzie to tylko wskrzeszenie, ale zmartwychwstanie do pełni życia, do życia, którego nie znaliśmy w doczesności. Dopóki żyjemy na ziemi, Boga poznajemy tylko jak w zwierciadle, niejasno (por. 1Kor 13,12). Doczesność jest potrzebna jako czas dojrzewania do pełnego spotkania z Bogiem. Nie możemy stanąć przed Nim nieprzygotowani. Gdyby Bóg objawił nam się tutaj w całej chwale, nasza wolna wola zostałaby zalana Jego światłem, Jego nieskończonym dobrem, któremu nie moglibyśmy się oprzeć. Wyobraź sobie sytuację, gdy ktoś się zakochuje, nie bez powodu mówi się, że jest „zauroczony”, nie może przestać myśleć o obiekcie swych westchnień – a mówimy tu tylko o doczesnej miłości; tym bardziej wszystkie nasze władze niejako zdrętwiałyby w obliczu nieskończonej Miłości, gdybyśmy doświadczyli jej, zanim do niej nie dojrzejemy. Ostatecznym celem jest dla nas poznanie Pana i doświadczenie tej właśnie Miłości. Ziemia nie jest naszą ojczyzną; nasza ojczyzna jest w niebie, w bliskości naszego Ojca.

  • Co stałoby się, gdyby Bóg pootwierał nasze groby na cmentarzach? Czy ucieszylibyśmy się, widząc zmarłych, jak ożywają? A co z tymi zmarłymi, którzy za życia byli dla nas problemem – ze względu na trudną osobowość czy zło, które popełniali? Co byśmy im powiedzieli?
  • Ezechiel pisał swoje proroctwa „na obczyźnie” – po uprowadzeniu Żydów do niewoli babilońskiej. W jakim sensie nasze obecne życie jest „obczyzną”? Czego w nim brakuje, abyśmy mogli żyć pełnią życia, być w pełni szczęśliwi? Czego dotyczy proroctwo Ezechiela w odniesieniu do nas?

2. Co znaczy „żyć według ciała”? Wersety na początku tego rozdziału wskazują, że chodzi o dążność naszej skrzywionej przez grzech natury, która nie jest w stanie podporządkować się Bożemu prawu. Ta dążność prowadzi do śmierci. W poprzednim rozdziale Paweł wskazuje na paradoks: „nie czynię dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę (…) gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło”. Jeśli chodzi o umysł, jesteśmy w stanie odróżnić zło od dobra; niestety nasza wola nie podąża za rozumem, ale za tą zgubną „dążnością”. Zło przybiera pozory dobra i wydaje nam się bardziej atrakcyjne, łatwiejsze; dobro zaś jest zawsze wymagające, trudne. Nasze życie na ziemi to ciągłe zmaganie z tą dążnością do pójścia na łatwiznę, do sięgnięcia po zakazany owoc, do przywłaszczenia sobie tego dobra, do którego nie mamy prawa. Nie dlatego, że Bóg nie chce naszego dobra, ale dlatego, że dobro wiąże się z odpowiedzialnością; do wszystkiego trzeba dorosnąć (innymi słowy – owoc jest zakazany nie dlatego, że jest niedojrzały, ale że my jesteśmy niedojrzali do jego zerwania!). Można w ten sposób popatrzeć na każde przykazanie: na przykład: dzień święty święcić – chcielibyśmy cały czas mieć dla siebie; Bóg jednak pokazuje nam, że chodzi o coś więcej, o to, abyśmy doświadczali Jego obecności wśród naszej codzienności. Albo: nie cudzołożyć – my chcielibyśmy czerpać przyjemność seksualną w oderwaniu od temu, czemu powinna służyć: budowaniu rodziny. Albo: nie kraść – my chcielibyśmy zagarnąć dla siebie dobra, zamiast posługiwać się nimi tak, aby wszyscy mieli z tego pożytek. Aby przezwyciężyć tę grzeszną dążność, jest tylko jeden sposób: pozwolić, aby prowadził nas Duch Boży. Jak? To właśnie pytanie, które powinieneś sobie postawić i dobrze przemyśleć!

  • Czy łatwo jest zajrzeć w swoje własne wnętrze i poznać swoje najskrytsze pragnienia i najgłębsze motywacje? A gdybyśmy nawet je poznali, czy bylibyśmy w stanie je sami „wyczyścić”, gdyby okazało się, że są niewłaściwe, niezgodne z wolą Boga?
  • Pomyśl o tym, w jaki sposób Bóg prowadzi cię w życiu? Popatrz na konkretny dzień, konkretny tydzień – w jaki sposób przemawia do ciebie: wewnątrz sumienia, w swoim Słowie, przez wydarzenia i ludzi których spotykasz? Czy idziesz za tymi Bożymi wskazówkami – czy żyjesz „według Ducha”, który prowadzi cię ku wyższemu dobru, czy raczej „według ciała”, próbując zerwać zakazany owoc zanim dojrzejesz do jego zerwania?

3. Ewangelię o wskrzeszeniu Łazarza można odczytać także w kluczu „niedojrzałego owocu”! Kto nie chciałby, aby bliska mu osoba nie chorowała i nie umarła? Wydaje się to czymś oczywistym i naturalnym. A jednak Jezus zwlekał z przyjściem do Łazarza, pozwolił mu umrzeć. Marta mówi do Niego: „gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Ma rację? Ma – gdybyśmy żyli w bliskości Boga, nie byłoby śmierci. Ale nasz problem polega na tym, że ta bliskość została naruszona przez grzech. A grzechu nie da się zignorować, nadpisać, wymazać własnymi siłami. Zmazać go może tylko to, co uczynił Chrystus: przyjęcie na siebie skutków grzechu, aż do śmierci włącznie i pozwolenie, aby to sam Bóg wyzwolił nas z więzów grzechu i śmierci. To wiąże się z trudem i bólem, najgłębszym jaki możemy sobie wyobrazić: z trudem i bólem zaparcia się siebie. Na tym polega nawrócenie: na uznaniu, że sam nie dam rady, że muszę pozwolić, aby Boża miłość skruszyła moje serce, aby je oczyściła do głębi i pociągnęła ku Sobie. Maria powtarza słowa swojej siostry: „gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Jednak jest tu coś innego. Podczas gdy na słowa Marty Jezus odpowiedział słowami (czyli była to swoista teologiczna dyskusja), na słowa Marii Jezus zareagował wzruszeniem. O to właśnie chodzi: nie wystarczy uporządkować swoje poglądy teologiczne, ale trzeba pozwolić Bogu, aby poruszył moje serce – a gdy moje serce uzgodni się z Jego sercem, wtedy objawi się Boża moc prowadząca do zmartwychwstania. Nie da się tego ogarnąć umysłem, ale sercem – tak.

  • Czy w twoim podejściu do Boga i do spraw wiary nie ma nadmiaru intelektualizmu? Czy twoja postawa nie przypomina postawy Marty, która zamiast otworzyć swoje serce na Boże działanie, próbuje wszystko wyjaśnić, przedyskutować?
  • Czym jest wiara? Zestawem prawd teologicznych? Zbiorem tradycji religijnych? Jeśli nie – to czym? Czym się różni wiara rozumiana w sensie „uporządkowania światopoglądu religijnego” od wiary rozumianej jako żywa, osobista relacja do Boga, który działa w twoim życiu?

4. Niedziela Wielkiego Postu – Rok A

Czwarta niedziela Wielkiego Postu stawia nas przed pytaniem: kim jest Jezus? Kim jest – w sensie historycznym, teologicznym, ale przede wszystkim, kim jest dla mnie? I drugie ważne pytanie: czy postępuję jak „dziecko światłości” – czy idąc za Jezusem patrzę na samego siebie i na świat Jego oczami?

I czytanie: 1 Sm 16, 1b. 6-7. 10-13

II czytanie: Ef 5, 8-14

Ewangelia: J 9, 1-41

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Pierwsze czytanie jest mocno „wyrywkowe”; ze względu na wymogi liturgii wycięto z niego fragmenty opisujące całą złożoność sytuacji, w której znalazł się Samuel. Warto przeczytać cały rozdział 1Sm 16, żeby zrozumieć, o co chodziło. Przede wszystkim Samuel został posłany, aby namaścić króla podczas gdy… żył jeszcze Saul. W poprzednim rozdziale dowiadujemy się, że drogi Saula i Samuela rozeszły się całkowicie po jawnym nieposłuszeństwie Saula wobec Boga. Samuel miał powody, aby obawiać się o własne życie: cóż bowiem można się było spodziewać po autorytarnym i cierpiącym na zaburzenia psychiczne władcy, który dowiedziałby się, że za jego życia namaszcza się już jego następcę? Przychodząc do Jessego Samuel musiał działać skrycie, tak aby Saul się nie dowiedział. Oficjalnie przybył, aby złożyć ofiarę Bogu. Jesse przyprowadzał do niego kolejnych synów, którzy wydawali się godni urzędu królewskiego, za każdym razem jednak Bóg mówił: „to nie ten”. W końcu przyszedł Dawid, sprowadzony z pastwiska, a Pan rzekł: „to ten”. Samuel go namaścił i od tej chwili „duch Pański opanował Dawida”. To jednak nie koniec historii. W kolejnym wersecie dowiadujemy się, że duch Pański opuścił Saula, a opanował go duch zły. To przestroga dla każdego z nas: gdy zasmucimy Ducha Świętego (por. Ef 4,30), sprzeciwiając się Jego działaniu, Duch Święty odchodzi, a na jego miejsce nie pojawia się pustka, ale duch zły.

  • Czego mógł się spodziewać Samuel, gdy Pan posłał go do Jessego z rogiem oliwy? Jak mógł sobie wyobrażać przyszłego króla? Zastanów się: czy ci, których traktujesz jak autorytety, są nimi rzeczywiście w oczach Bożych?
  • Na co Pan kazał zwrócić uwagę Samuelowi? Dlaczego jego czysto ludzki, naturalny osąd cech kandydata na króla nie wystarczał? Czego nie widzi człowiek, widzi natomiast Bóg? Jak to się ma do twojej oceny innych ludzi?

2. Drugie czytanie wzięte jest z piątego rozdziału listu do Efezjan. Warto przeczytać go wraz z Ef 4,20-32. Mowa jest o tym, że w naszym życiu nie ma „ziemi niczyjej” – albo idziemy drogą światłości, albo drogą ciemności. Droga ciemności to: kłamstwo, nieuczciwość, lenistwo, zła mowa, gorycz, gniew, wrzaskliwość, znieważanie; droga światłości to miłosierdzie i przebaczenie. Jeśli przyjęliśmy do swego życia Jezusa, uznaliśmy go za naszego Pana i Zbawiciela, znaleźliśmy się na drodze światłości. Nieustannie jednak musimy zadawać sobie pytanie: czy nadal nią idziemy? Czy nie próbujemy jak Saul kombinować, jak pogodzić drogę światła z drogą ciemności? Jak osiągać Boże cele ludzkimi metodami? Czytany dziś fragment wskazuje, że potrzebujemy systematycznego rozeznawania woli Bożej: „badajcie, co jest miłe Panu”. Nie możemy poprzestać na ogólnej wiedzy religijnej, ale mamy właśnie „badać”, czyli odnosić ogólne zasady do bieżącej sytuacji i pytać Pana na modlitwie: co jest Twoją wolą? Jednym ze sprawdzianów, czy dana rzecz pochodzi od Boga, jest jawność i klarowność. Zły duch jest duchem skrytości i krętactwa. Ignacy Loyola pisze w Ćwiczeniach: Nieprzyjaciel zachowuje się podobnie jak uwodziciel, który chce być ukryty i nie ujawniony (…) kiedy podsuwa duszy ludzkiej swoje chytre namowy, chce i pragnie, by je w tajemnicy przyjęto i zachowano. Tego rodzaju skrytość – działanie w tajemnicy, mówienie w tajemnicy, mówienie o innych za ich plecami, mówienie czego innego w wąskim gronie, czego innego publicznie – jest jednym z najbardziej oczywistych znaków działania złego ducha. Strzeżmy się więc wszelkiego działania „po kryjomu”.

  • Jakie owoce mogą się urodzić, gdy drzewo nie ma wystarczająco światła? Pomyśl o tym, co w twoim życiu jest „kwaśne” lub „gorzkie” – czy nie jest tak z tego powodu, że nie zostało to wystarczająco oświetlone Bożym światłem?
  • Co znaczy „piętnować” zło? W jaki sposób możemy nie milczeć widząc zło i grzech, a jednocześnie nie odrzucać ludzi, którzy grzeszą (pamiętając, że my sami również upadamy)? Jak mówić innym prawdę z miłością, a nie z oburzeniem i gniewem?

3. Skąd biorą się takie pytania: „kto zgrzeszył – on, czy jego rodzice, że urodził się niewidomy”? W czym tkwi błąd? Wielu ludzi ma błędną koncepcję Boga i nie potrafią zrozumieć, że Bóg szanuje naszą wolność, a to, co dzieje się w naszym życiu jest konsekwencją naszych dobrych i złych wyborów, ale także wpływu środowiska, w którym żyjemy. Bóg nie zsyła na nas nagrody i kary natychmiast po spełnieniu dobrego lub złego czynu, ale wynagrodzi nas za dobre czyny i ukarze za złe w wieczności (o ile nie odpokutujemy na ziemi). Na naszą rzeczywistość doczesną Bóg ma wpływ, ale nie steruje nią jak jakąś maszyną. Jest w stanie wyciągnąć dobro nawet z naszych błędów i porażek, oczyszczając nas i umacniając. Pośród trudów i zmagań tego świata działa Jego łaska, w codzienności „objawiają się sprawy Boże”. Trzeba jednak umieć to dostrzec. Potrzebujemy oczyszczenia naszego duchowego wzroku, aby umieć patrzeć na rzeczywistość tak, jak patrzy na nią Bóg. Uzdrowienie niewidomego jest dla nas znakiem: jeśli będziemy słuchać Boga i będziemy otwarci na Jego prowadzenie w naszym życiu, nasze oczy otworzą się i odnajdziemy właściwą drogę w życiu.

Postawa faryzeuszy kontrastuje z postawą niewidomego, gotowego słuchać Jezusa i wypełnić Jego polecenie, choć z pozoru może się wydawać absurdalne (wyobraź sobie, że twój „rabbi”, czyli nauczyciel religii pluje na ziemię, robi błoto ze śliny, nakłada ci na chore miejsce, a potem każe się umyć w sadzawce). Faryzeusze wiedzą lepiej (tak im się wydaje). Nie chcą uwierzyć nawet, gdy widzą nadzwyczajne znaki. Robią wręcz wszystko, aby je zanegować: przesłuchują niewidomego, przesłuchują rodziców, potem autorytarnie stwierdzają: „ten, który cię uzdrowił, jest grzesznikiem”. Nie ma gorszej przeszkody dla Bożej łaski niż religijna zarozumiałość i przekonanie o własnej nieomylności!

  • Co byłoby, gdyby niewidomy nie usłyszał głosu Jezusa? A gdyby usłyszał, ale nie wypełnił polecenia, aby się obmył? Pomyśl, że w rzeczywistości nadprzyrodzonej zawsze obowiązuje taka kolejność: najpierw usłyszeć (głos Boga), potem być posłusznym (temu głosowi), a dopiero na końcu ujrzeć i zrozumieć sprawy odnoszące się do ducha. Czy tak właśnie czynisz w takich sprawach? Czy nie usiłujesz wszystkiego zrozumieć po swojemu zamiast uważnie słuchać głosu Pana?
  • Dlaczego potrzebujemy uznać swoją własną ślepotę duchową? Do czego prowadzi przekonanie, że wszystko wiem i nie potrzebuję poddać się Bożemu oczyszczeniu mojego duchowego wzroku (por.: „ponieważ mówicie: „widzimy”, grzech wasz trwa nadal)?

3. Niedziela Wielkiego Postu – Rok A

„Czy Pan jest rzeczywiście wśród nas?” – to pytanie nie tylko starotestamentalnych Izraelitów, ale każdego z nas. Istnieją dwa typy religijności: religijność „tabu” oraz religijność relacji z Bogiem. Ta pierwsza traktuje Boga jako kogoś nieskończenie odległego, przebywającego w sferze „sacrum”, do której człowiek nie ma dostępu. Bóg, w którego wierzymy jako chrześcijanie, jest jednak Bogiem Ojcem, Bogiem-Miłością, a nie bóstwem przebywającym z dala od nas.

I czytanie: Wj 17, 3-7

II czytanie: Rz 5, 1-2. 5-8

Ewangelia: J 4, 5-42

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. O co właściwie spierali się Izraelici w Refidim? Na czym polegało ich „wystawianie Pana na próbę?” Czy to, że chciało im się pić, a nie mieli wody było czymś niewłaściwym w oczach Boga? Oczywiście, że nie. Problemem była ich niewiara, brak zaufania do Boga. Boga traktowali na sposób instytucjonalny – nie próbowali zrozumieć tego, o co Mu chodzi, nie starali się zbliżyć do Niego, ale uważali, że powinien zaspokajać ich potrzeby, a jeśli nie – to może lepiej znaleźć sobie inne bóstwo, utworzone na miarę własnych wyobrażeń religijnych. Dali tego dowód już wcześniej, żądając pokarmu dla siebie; dostali mannę i przepiórki. Nic ich to nie nauczyło, dalej uważali Boga za kogoś, z kim prowadzi się interesy, a nie uwierzyli w Niego jako dobrego Ojca. Bóg obiecuje im, że będą Jego świętym ludem, królestwem kapłanów (Wj 19,6), ich to jednak nie obchodzi i gdy Mojżesz wstępuje na górę Synaj, oni robią sobie cielca ze złota i czczą go jako bożka. Tak właśnie działa spaczona religijność: z jednej strony bóstwo jest kimś odległym, z kim nie da się mieć osobowej relacji; z drugiej strony człowiek odczuwa potrzebę konkretu, więc czyni sobie różne zastępcze formy bóstwa: figurki, posągi, totemy i zaczyna je czcić, tak jakby były osobą. Zdrowa religijność postępuje całkowicie odmiennie: rozumie, że Bóg jest Ojcem i pragnie relacji z nami, a jednocześnie jest święty i kontakt z Nim wymaga oczyszczenia z naszej strony. Zdrowa religijność sprawia, że wzrastamy duchowo i moralnie; chora religijność nie prowadzi do wzrostu, ale popada w skrajności.

Bóg pragnie zaspokoić każde twoje pragnienie. Ale, aby mógł to uczynić, musisz zrozumieć i przyjąć, że będzie się to działo stopniowo, w miarę twojego duchowego dojrzewania. Bóg nie działa jak nieroztropny rodzic, który daje dzieciom prezenty, do których nie dojrzały. Nie da nam czegoś, co nas zepsuje! On pragnie naszego prawdziwego dobra, a nie tego, żeby nam było miło i wygodnie.

·         Czy coś sprawia, że trudno ci uwierzyć w to, że Bóg stale czuwa nad tobą i w każdej chwili twojego życia daje ci wszystko, czego potrzebujesz? Jakie sytuacje wystawiają twoją wiarę na próbę?

  • Jakie potrzeby, jakie pragnienia, jakie życiowe ambicje i pomysły mogą ci przysłaniać to, czego Bóg pragnie dla Ciebie? Czy jesteś gotów przyjąć to, że On wie lepiej, co jest dla ciebie dobre i czego naprawdę potrzebujesz?

2. „Nadzieja zawieść nie może”. Dlaczego nie doświadczamy chwały Bożej, żyjąc na ziemi? Jesteśmy przecież odkupieni przez Jezusa Chrystusa, jesteśmy dziećmi Bożymi, a w naszej codzienności tak trudno doświadczyć tej Bożej chwały i Bożego pokoju. Rzecz w tym, że chwała Boża i pokój Boży nie są czymś zewnętrznym, nie są czymś, co można otrzymać, czego można używać. Jedno i drugie wymaga osobowej relacji z Bogiem. Droga do chwały Bożej, do doświadczenia wspaniałości Boga, Jego wielkości, Jego nieskończonej miłości wiedzie od tego miejsca, w którym jesteśmy: z całym naszym nieuporządkowaniem, z wątpliwościami, ze zbolałym sercem, z nieumiejętnością poradzenia sobie z życiowymi trudami i wyzwaniami. Bóg pragnie każdego z nas przeprowadzić, jak Izraelitów, przez pustynię, na której będziemy doświadczać głodu i pragnienia, abyśmy uczyli się coraz większego zaufania do Niego. Chrystus umarł za nas nie dlatego, że byliśmy tacy świetni, że na to zasłużyliśmy, ale dlatego, że jesteśmy biednymi grzesznikami i potrzebujemy ratunku, łaski pojednania z Bogiem. Gdy w to uwierzymy, wkraczamy w sferę Bożej miłości i stopniowo możemy zacząć doświadczać tego wewnętrznego pokoju, który obiecywał Chrystus (J 14,27). Jesteśmy w sferze Bożej miłości, a jeśli nasze doświadczenie tej miłości jest ułomne, jest tak dlatego, że nie dorośliśmy do niej duchowo. Nie traćmy więc nadziei, ale zaufajmy Bogu, a On doprowadzi nas do pełnego doświadczenia swej ojcowskiej miłości do nas.

  • Co znaczy być „bezsilnym”? W jakich sytuacjach czujesz się bezsilny? Jak wtedy reagujesz? Czy próbujesz wyjść z tych sytuacji za wszelką cenę, na skróty, czy powierzasz je Bogu i prosisz Go, aby pokazał ci, jak masz z nich wyjść?
  • Czy możesz powiedzieć, że doświadczasz w swym życiu miłości Bożej? Pomyśl o tym, jak rozumie miłość małe dziecko, a jak – dojrzały człowiek. Czy jesteś gotów na to, że Bóg będzie cię prowadził ku coraz dojrzalszemu doświadczeniu Jego miłości?

3. Rozmowa Jezusa z Samarytanką to właściwie rozmowa z każdym z nas. On wie wszystko o nas samych i naszym życiu. Zna nasze pragnienia, zna nasze życiowe nieuporządkowanie, nasz chaos moralny. Nie chce odpowiadać na nasze teologiczne pytania, chce zmienić nasze życie, uzdrowić je, dotknąć głębi naszego ducha. Już na początku rozmowy Samarytanka „wyjeżdża” z kwestią religijną: „Żydzi nie przestają z Samarytanami”. Jezus odpowiada jej, kierując rozmowę ku jej życiu i jej pragnieniom. Ona podnosi kolejny problem teologiczny: „Jakub jest naszym ojcem i dał nam tę studnię”. Jezus znów mówi o jej życiu, pokazując, że wie o niej wszystko, że zna jej największy problem, problem z relacją z mężczyznami. A ona kolejny raz zadaje pytanie teologiczne: „kto ma lepszą świątynię – my Samarytanie, czy wy, Żydzi?” Tak właśnie wygląda często nasza rozmowa z Bogiem. On ciągle przypomina, że chodzi mu o nas samych, o nasze serce, o nasze życie, a my wyciągamy kolejne kwestie teologiczne, sądząc, że gdy sprecyzujemy całą religijną doktrynę, wszystko będzie załatwione między Bogiem a nami. Niestety w ten sposób nic nie będzie załatwione. Nie potrzebujemy najlepszej na świecie doktryny religijnej. Potrzebujemy zbawienia – ratunku, którego Bóg udziela nam w osobie Jezusa Chrystusa. A istotnym elementem zbawienia jest zasadnicza zmiana naszej życiowej perspektywy: zamiast koncentrować się na własnych pragnieniach, na tym, co wydaje nam się ważne z perspektywy doczesnej, mamy spojrzeć na całe swoje życie z perspektywy wiecznej, z perspektywy Bożej miłości, do której jesteśmy powołani. To właśnie doświadczenie tej miłości jest naszym najgłębszym pragnieniem i tylko sam Bóg może je zaspokoić.

  • Jak wygląda twoja modlitwa? Czy pozwalasz Bogu, aby mówił do Ciebie, aby dotykał twojego życia? W jaki sposób to robisz? W jaki sposób Bóg mówi do Ciebie?
  • Jakie są twoje największe pragnienia i niezaspokojone potrzeby? Pomyśl, czy nie sprawiają one, że trudno ci się modlić, bo ciągle zajmują twoją uwagę, obciążają twoje serce i nie pozwalają na to, aby Bóg przemawiał do ciebie i zmieniał twoje życie.

2. Niedziela Wielkiego Postu – Rok A

Światło, oświecenie – to temat przewodni drugiej niedzieli Wielkiego Postu. Być może zastanawia kogoś, dlaczego w Wielkim Poście czytamy ewangelię o Przemienieniu Pańskim, ale ma to głęboki sens. Aby nasze życie duchowe mogło się rozwijać, abyśmy mogli przybliżać się do Boga, potrzebujemy światła, które pochodzi od Boga. Bez tego światła będziemy chodzić duchowo „po omacku”.

I czytanie: Rdz 12, 1-4a

II czytanie: 2Tm 1, 8b-10

Ewangelia: Mt 17, 1-9

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej” – Boże zbawienie i Boża droga życia nie polega na chodzeniu po znanych, utartych ścieżkach. Byłoby to dreptanie w miejscu. Uwierzyć Bogu to nie to samo co „pielęgnować tradycje”. Uwierzyć Bogu to być gotowym opuścić to, co znane; to nauczyć się słuchać Boga we wszelkich okolicznościach życia. Życie duchowe to nie ksero. Nie polega na powielaniu jakiegoś „oryginału”, jakiegoś wzorca świętości. Świętość to nie powielanie, ale słuchanie Boga i posłuszeństwo Bogu. Abraham jest przykładem wiary, ponieważ nie kierował się „wzorcami”, ale poszedł za głosem Boga. Brzmi to jak paradoks: „jest przykładem, bo nie szedł za wzorcami”, ale tak właśnie jest w królestwie Bożym. Abraham stawiany jest nam za przykład m.in. w Liście do Hebrajczyków (Hbr 11, 8-12). Wiara jest poręką tego, czego nie widzimy i czego nie możemy pojąć. Bez wiary nie można podobać się Bogu. Abraham właśnie dlatego stał się błogosławieństwem dla kolejnych pokoleń, że przyjął to, czego nie mógł pojąć. Zgodził się, że Bóg będzie kierował jego życiem i zaprowadzi go w nieznane. Bóg będzie błogosławił wszystkim, którzy „będą błogosławić Abrahamowi”, czyli uznają, że to jego droga życiowa jest dobra, droga zaufania do Boga, a nie zadufania we własne możliwości.

·         Dlaczego wiara wymaga „wyjścia z ziemi rodzinnej”? Pomyśl, kim byłby Abraham, gdyby pozostał w ziemi chaldejskiej? Jak potoczyłaby się historia, gdyby nie było potomków Abrahama? Pomyśl też, jak Bóg zaufał Abrahamowi – bo to od jego „tak” zależała cała dalsza historia ludzkości!

  • W jakiej dziedzinie powinieneś „wyjść z ziemi rodzinnej”? Czy są to zwyczaje, które panowały w twoim domu rodzinnym, niezgodne z Bożą wolą? Czy są to nawyki, które przeszkadzają ci słuchać Boga? Czy jest to styl życia, który sprawia, że koncentrujesz się na tym, co „teraz”, nie myśląc o wieczności? A może coś innego?

2. „Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii”. Jezus nie obiecuje, że gdy uwierzymy w Niego i pójdziemy za Nim, będzie nam w życiu łatwo. Pójście za Jezusem zawsze kosztuje. Własną mocą nie bylibyśmy w stanie ponieść tego kosztu, dlatego Paweł dodaje: „…mocą Bożą”. Ta moc przekształca nasz umysł i naszą wolę; daje światło, jak mamy postępować oraz siłę, aby to faktycznie czynić. Siła do pełnienia Bożej woli bierze się zawsze z jednego źródła: z Niego samego. Nie jesteśmy w stanie wypełnić tej woli swoją własną siłą („nie na podstawie naszych czynów”), potrzebujemy łaski. Łaska to nie jakaś cudowna energia, ale to relacja z Bogiem. Łaski nie można odrywać od samego Boga: On dając łaskę, daje samego Siebie, tak jak dał nam Jezusa jako Zbawiciela. Nie zbawił nas w jakiś sposób „techniczny” (z czymś takim może kojarzyć się energia), ale w sposób bardzo „humanistyczny” – stając się człowiekiem. To tajemnica Ewangelii: Bóstwo, które objawia się przez człowieczeństwo Chrystusa. Nie bylibyśmy w stanie znieść Boskiego Światła, gdyby przyszło do nas bez żadnego pośrednictwa. Poraziłoby nas i nasze własne człowieczeństwo niejako zgasłoby w jego promieniach. Dlatego Bóg daje nam to Światło w sposób delikatny, możliwy do przyjęcia przez nas – w osobie Swojego Syna.

  • Jakie „trudy i przeciwności” znosisz, gdy idziesz za Jezusem? Z czego wynikają te trudy: z niezrozumienia i odrzucenia przez innych? Ze zmagań z własną słabością? Z tego, że styl życia ucznia Jezusa „nie pasuje” do tego, co proponuje otaczający świat?
  • Spróbuj popatrzeć na swoje obecne życie i życiowe wybory, które są przed tobą z perspektywy wieczności. Wyobraź sobie, że stajesz przed Bogiem w dniu ostatecznym i patrzysz wstecz na swoje życie. Jakiego wyboru byś wtedy dokonał?

3. Scena Przemienienia Pańskiego pokazuje nam, jak jasne jest Boże światło w zestawieniu z naszymi ludzkimi możliwościami jego percepcji. Piotr, ujrzawszy chwałę Jezusa rozmawiającego z Mojżeszem i Eliaszem, usiłował sprowadzić to wszystko do swoich kategorii: chciał coś zrobić, stawiać namioty. To znał, to wydawało mu się właściwe i bezpieczne. My również w naszej religijności często próbujemy „stawiać namioty” Bogu. Koncentrujemy się na zewnętrznych przejawach religijności, na ozdobach religijnych, na splendorze uroczystości religijnych. Tymczasem to wszystko zamiast rzeczywiście przybliżać nas do Boga bardzo łatwo może nas przed Nim zasłaniać. W przeroście form religijnych gubimy istotę. Bóg nie potrzebuje naszych namiotów. On sam chce nas osłonić „obłokiem świetlanym”. Chce, abyśmy zaczęli Go słuchać, zamiast stawiać mu kolejne świątynie i sanktuaria (nie zapominajmy, że zanim powstała świątynia jerozolimska, Izraelici sprawowali kult Boga w namiocie – tak więc pomysł Piotra, aby stawiać namioty, ma charakter religijny, a nie turystyczny!). Nie oznacza to oczywiście, że w ogóle nie potrzebujemy form religijnych, ale że nie możemy się na nich skupiać; to, na czym mamy się skupiać, to słuchanie Boga i uczenie się, jak być Mu posłusznym.

  • Co w twojej religijności może być „namiotem”, który próbujesz postawić Bogu? Czy twoje praktyki pobożne pomagają ci słuchać na co dzień Boga? Czy ich ilość nie sprawia, że relacja z Bogiem schodzi na dalszy plan?
  • Pomyśl, w jakiej dziedzinie twojego życia szczególnie potrzebujesz Bożego światła: czy są to relacje z innymi? Twoje obowiązki rodzinne? Twoja praca zawodowa? Ważne wybory? Sposób, w jaki spędzasz czas? Problemy zdrowotne lub psychiczne? Postaraj się przez cały Wielki Post wytrwale prosić o Boże światło w tej konkretnej dziedzinie i wsłuchać się w to, co Bóg mówi w twoim sercu.

1. Niedziela Wielkiego Postu – Rok A

Trzy pierwsze niedziele Wielkiego Postu korespondują z trzema głównymi etapami życia duchowego: 1. oczyszczenie, 2. oświecenie, 3. zjednoczenie z Bogiem. Te trzy elementy są bardzo ściśle związane ze sobą: bez duchowego oczyszczenia nie jest możliwe poznanie prawdy, a jedno i drugie jest warunkiem zbliżenia się do Boga. Nie łudźmy się, że postęp w drodze duchowej jest możliwy bez dogłębnego oczyszczenia, które w praktyce trwa przez całe życie (choć z różną intensywnością).

I czytanie: Rdz 2, 7-9; 3, 1-7

II czytanie: Rz 5, 12-19

Ewangelia: Mt 4, 1-11

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Opis kuszenia i grzechu pierworodnego to nie tylko symbol tego, co stało się w przeszłości, gdzieś u zarania rodzaju ludzkiego. To także opis naszego własnego grzechu, który opiera się na podobnym mechanizmie. Bóg daje nam przykazania (nakazy i zakazy), pragnąc naszego dobra. On widzi znacznie więcej niż my; my często wyolbrzymiamy jedno, a nie dostrzegamy drugiego; to co jest dobrem niewielkim, czy wręcz pozornym, zasłania nam większe dobro. Chcemy mieć już, teraz; doświadczyć już, teraz; poznać coś już, teraz – zanim do tego dojrzejemy. Czy Bóg nie chciał, abyśmy poznali dobro i zło? Oczywiście, że chciał – ale dojrzewając do tego poznania, a nie sięgając po nie przedwcześnie. Otwarcie oczu bez osiągnięcia właściwego poziomu moralnego rozwoju jest zawsze zgubne. Jest jak zerwanie i zjedzenie niedojrzałego owocu – na pewno nam zaszkodzi. Można to odnieść do dowolnego grzechu. Czy seksualność jest czymś złym? Oczywiście, że nie. Ale gdy próbujemy doświadczać przyjemności seksualnej zanim do niej dojrzejemy, zanim powiemy „tak” drugiej osobie, będzie to miało negatywne skutki. Czy posiadanie dóbr materialnych jest złe? Oczywiście, że nie. Ale gdy zamiast zarobić uczciwą pracą, usiłujemy je sobie przywłaszczyć poprzez kradzież, wyrządzamy szkodę innym, a także sobie samym (co być może nie jest oczywiste, ale tak właśnie jest: ten, kto raz ukradł, nabywa złego nawyku i coraz trudniej jest mu być uczciwym). W tym wszystkim jest też rola „węża” – szatana, który jest ojcem kłamstwa. Kłamstwo prawie nigdy nie jest stuprocentowe, bo natychmiast byśmy je zdemaskowali; najczęściej kryje się pod pozorem prawdy. Tak właśnie szatan mówi „czy Bóg powiedział… nie jedzcie”, przekłamując Boże przykazanie i zasiewając w sercu pierwszych ludzi wątpliwość względem Bożej prawdy. A gdy poszli za tą wątpliwością, otwarła się droga do zerwania relacji z Bogiem – tym bowiem jest w istocie każdy grzech: zerwaniem relacji z Bogiem i pójściem swoją drogą.

·         Na czym polega przebiegłość węża i kłamstwo, którym „nakarmił” człowieka w raju? Co stało się, gdy niewiasta dała się zwieść manipulacji węża? W czyj głos się wsłuchała, a czyjego przestała słuchać? Pomyśl, jak odnosi się to do twoich grzechów: w jaki sposób są one wyrazem braku zaufania do Boga?

  • Zastanów się, czy dobro i zło można faktycznie poznawać w sposób czysto teoretyczny? Czy jedno i drugie nie ma w sobie jakiejś mocy przyciągania? Co w takim razie naprawdę proponuje ludziom diabeł, a przed czym pragnie nas uchronić Bóg?

2. Paweł nie posługuje się terminem „grzech pierworodny” (to późniejszy termin teologiczny), ale to właśnie ma na myśli, pisząc „przez jednego człowieka grzech wszedł do świata, a przez grzech śmierć”. Grzech nie jest tylko wyizolowanym zdarzeniem, ale ma wpływ na całą późniejszą rzeczywistość. Gdy popełniasz grzech, nie jesteś w stanie przewidzieć jego dalekosiężnych skutków. Czy przekraczając dozwoloną prędkość jako kierowca potrafisz sobie wyobrazić, co się stanie za chwilę? Spowodujesz wypadek, w którego wyniku straci życie jedyny żywiciel rodziny – jakie będą tego konsekwencje? A to tylko kilka kilometrów na godzinę, chwila nieuwagi… Grzech przynosi śmierć – niszcząc relacje między ludźmi, powodując nieodwracalne szkody, wiąże się z cierpieniem, bólem, krzywdą… Paweł jednak nie pisze tego, aby nas zdołować. Ostatnie słowo nie należy do grzechu, śmierci i szatana, ale do Boga, do dobra, do życia. Jeśli Bóg dopuścił do tego, aby na ziemi pojawił się grzech, to dlatego, że wiedział, że ostatecznie Jego miłość jest silniejsza od grzechu. I nie ma innej drogi do zniwelowania skutków grzechu niż miłość – usprawiedliwiająca, przebaczająca, dająca życie. Czyn sprawiedliwy Chrystusa – oddanie za nas życia z miłości do nas – przekreślił ciążące na nas przekleństwo grzechu. Jako Jego uczniowie mamy iść w Jego ślady, niosąc miłość tam, gdzie panuje grzech. Tylko w ten sposób przywrócimy sprawiedliwość w relacjach z innymi. Nie przez dochodzenie swoich praw, ale przez miłość…

  • Dlaczego grzech ma taką moc, że zatruwa całą rzeczywistość? Czy możesz podać jakieś przykłady z życia, jak negatywne skutki może przynieść z pozoru niewielki grzech?
  • Na jaką dysproporcję pomiędzy grzechem a łaską wskazuje św. Paweł? Które z tych dwóch ma większą moc? Pomyśl o trudach, cierpieniach, krzywdach i złu, którego doświadczasz w życiu: czy potrafisz zaufać Bogu, że ostatecznie wyprowadzi z tego wszystkiego dobro?

3. Kuszenie Chrystusa pokazuje nam, że zły duch ma przystęp do każdego człowieka. Do każdego, czyli nawet do Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Ma więc przystęp także do każdego z nas. To powinno dać nam do myślenia: czy sądzimy, że jesteśmy w stanie sami mu się oprzeć? Że jesteśmy w stanie przejrzeć wszystkie jego sztuczki? Czy bierzemy pod uwagę, że może nas zwodzić także zniekształconym Słowem Bożym? Dlatego potrzebujemy kogoś więcej niż samych siebie, aby oprzeć się diabłu: potrzebujemy stałego kontaktu z żywym Słowem Boga. Tylko to Słowo, dotykające naszego serca i myśli może sprawić, że diabelskie słówka będą brzmiały fałszywie, będą sprawiały w nas dysonans. Taka jest też podstawowa zasada rozeznawania duchowego: najpierw trzeba zadbać o fundament (czyli żywą relację z Bogiem, nastawienie na Jego chwałę i swoje zbawienie), a potem patrzeć, czy rozmaite słowa, poruszenia duchowe i natchnienia wywołują w nas niepokój i brzmią jak fałszujący instrument (wtedy pochodzą od złego ducha), czy też dają nam duchowy pokój i współbrzmią ze sobą nawzajem, prowadząc nas ku większemu dobru (wtedy pochodzą od dobrego ducha).

Kuszenie Chrystusa pokazuje nam także trzy obszary, w których szczególnie mocno atakuje nas diabeł: brak umiaru w zaspokajaniu swoich potrzeb (przykładem jest tu głód; jakże łatwo nam tracić miarę i opychać się jedzeniem zamiast rzeczywiście dobrze się odżywiać!); wyolbrzymianie swojego znaczenia (na przykład, gdy wydaje nam się, że to właśnie my jesteśmy szczególnie obdarowani przez Boga i mamy jakieś większe prawa niż reszta); niepohamowane dążenie do władzy nad innymi i materialnego zabezpieczenia (może się ono objawiać na przykład w tym, że to ja zawsze muszę mieć ostatnie słowo).

  • Pomyśl kolejno o trzech dziedzinach, w których diabeł szczególnie łatwo zwodzi ludzi, a następnie zastanów przemyśl, jak w tym Wielkim Poście każdą z nich chcesz powierzyć Bogu:
    • Brak umiaru w zaspokajaniu potrzeb (jedzenie, rozrywki, media, relacje z innymi itp.)
    • Traktowanie siebie w sposób wyjątkowy, a jednocześnie patrzenie na innych z góry (na przykład poprzez szukanie winy w innych, nie dostrzeganie swoich własnych braków; przeakcentowanie swojej roli itp.)
    • Pokazywanie innym „kto tu rządzi” oraz dążenie do zapewnienia sobie wygodnego i obfitego życia bez oglądania się na innych.

6. Niedziela zwykła – Rok A

Żyjemy w kulturze, która coraz bardziej odrywa przepisy prawne od fundamentów etycznych, a te – od wymiaru duchowego. Tymczasem Boże Prawo łączy te trzy wymiary w jedno; przykazania można wypełnić tylko, gdy w naszym sercu zapanuje Boży porządek, a nie gdy będziemy usiłować zewnętrznie realizować nakazy i zakazy.

I czytanie: Syr 15, 15-20

II czytanie: 1 Kor 2, 6-10

Ewangelia: Mt 5, 17-37

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. „Jeżeli zechcesz, zachowasz przykazania, a dochowanie wierności zależy od Jego upodobania”. Czy dostrzegasz w tym cytacie pewien paradoks: jeśli chcesz (ty, czyli człowiek), to zachowasz, a dochowanie wierności zależy od Jego (czyli Boga) upodobania? Masz wolną wolę, więc jeśli chcesz – uczynisz. A jednak nie jesteś w stanie tego uczynić jeśli nie pozostajesz w łasce Bożej (tak bowiem należy rozumieć „Boże upodobanie” – z pewnością nie chodzi o Boskie „widzimisię”). Dalsze słowa potwierdzają takie rozumienie: „Oczy Jego patrzą na tych, co się Go boją” – podstawą naszej relacji z Bogiem jest bojaźń Boża. Nie lęk przed karą, ale dobrze rozumiana bojaźń. Chodzi o głęboki synowski szacunek wobec Boga, o uznanie tego, że On jest najwyższym dobrem i źródłem wszelkiego dobra, a Jego przykazania nie wynikają z jakiegoś „widzimisię”, aby utrudnić nam życie, ale przeciwnie – są wyrazem Boskiej dobroci. On patrzy na wszystkich, którzy się Go boją, to znaczy – nie jest obojętny wobec nich, ale interesuje się wszystkim, co czynimy. Nie jak wścibski urzędnik, ale jak dobry ojciec, który interesuje się wszystkim, co robi jego dziecko. I Bóg traktuje nas właśnie jak dojrzewające dzieci: nie próbuje nas zabezpieczyć od wszystkiego, ale pozwala nam wybierać i ponosić konsekwencje naszych wyborów. Ostatecznie wybory te dadzą nam albo życie, albo śmierć. Dobre wybory, zgodne z Bożym zamiarem wobec nas, dadzą życie. Złe wybory, będące wyrazem naszego „widzimisię” – doprowadzą do śmierci.

  • Jak w praktyce ludzie rozumieją wolność? Czy dziś wolność nie stała się wartością, która usprawiedliwia wszelkie, choćby najgorsze czy najbardziej absurdalne postępowanie?
  • Na co wskazują sformułowania: „po co zechcesz, wyciągniesz rękę” oraz „co ci się spodoba, to będzie ci dane”? Czy Bóg stworzył nas jako swego rodzaju marionetki, które poruszane są jakimiś boskimi sznurkami? Jeśli nie, to dlaczego? Dlaczego Bóg szanuje naszą wolną wolę, a jednocześnie pozwala, abyśmy doświadczali skutków swoich wyborów?

2. W poprzednich tygodniach czytaliśmy pierwszy rozdział 1 Listu do Koryntian, w którym Paweł pisał: „Czyż nie uczynił Bóg głupstwem mądrości świata?” Teraz jednak wyjaśnia, że Bóg nie upodobał sobie w głupocie, ale Jego mądrość jest nie do pojęcia dla ludzi myślących kategoriami doczesnymi. My chcielibyśmy, żeby życie było wygodne, bezpieczne, poukładane, komfortowe, bogate, przyjemne. I znajdujemy niezliczoną ilość słów, aby zakryć trudny do zaakceptowania fakt, że nie będzie takie z jednego powodu: z powodu grzechu. Owszem, Bóg chce dla nas dobrego życia i takie właśnie życie przygotował nam, ale droga do niego wiedzie przez Krzyż Chrystusa – przez zwycięstwo nad grzechem. Problemów tego świata nie da się rozwiązać przez optymalizację systemów, przez technologię, przez mnożenie przepisów prawnych i kontrolowanie ich wykonania. To wszystko jest jak wypompowywanie wody z dziurawej łodzi. Może wystarczyć, aby łódź całkiem nie pogrążyła się w toni, ale nie rozwiązuje podstawowego problemu. Bóg pragnie naszego prawdziwego dobra, pragnie naprawić ten „przeciek”, a nie tylko wypompowywać wodę. A zrozumienie tego, czym naprawdę ów przeciek jest w naszym życiu i dlaczego nie jesteśmy w stanie go sami naprawić, bez Chrystusa, przychodzi przez Ducha Świętego, który działa w naszym sercu, krusząc nasze pyszne ego i doprowadzając do autentycznego nawrócenia, do uznania swojej niewystarczalności i  zwrócenia się do Boga z prośbą: „ratuj!”

  • Czym jest mądrość życiowa? Czy znasz osoby, które mógłbyś określić jako mądre? Czy taka mądrość jest czymś częstym wśród ludzi? Jeśli nie – to dlaczego?
  • Czego potrzebujemy, aby otworzyć się na Bożą mądrość, aby popatrzeć na samego siebie i swoje życie we właściwym świetle? Czego, a może raczej – Kogo?

3. Czy Jezus przyszedł po to, aby znieść Prawo Boże? Oczywiście, że nie. Może się wydawać dziwne, że w ogóle ktoś mógłby tak sądzić. Jezus pokazuje natomiast, że istotne jest nie tylko samo Prawo, ale także nasza postawa wobec Prawa. Nie chodzi tylko o zewnętrzne przestrzeganie przepisów, ale o coś znacznie więcej – o przemianę serca. Faryzeusze i uczeni w Piśmie zwracali uwagę na to, co zewnętrzne, drobiazgowo kontrolując czyny (zwłaszcza cudze). Czyny jednak nie biorą się z powietrza, ale z serca – skażonego grzechem lub oczyszczonego przez Boga (por. Mt 15,18-19). Zabójstwo nie przychodzi człowiekowi ot tak, nie wiadomo skąd, ale z noszonego w sercu gniewu, urazy, zazdrości, lub innego grzechu, który sprawia, że drugiego człowieka traktujemy jak wroga i przeszkodę. Cudzołóstwo nie zdarza się ot tak, ale wynika z nieuporządkowanej seksualności, z pożądania ciała drugiej osoby w oderwaniu od relacji z tą osobą. Gdyby nasza seksualność była uporządkowana, cenilibyśmy sobie miłość tej jednej, jedynej wybranej osoby i nie szukalibyśmy okazji do „skoku w bok”. Moglibyśmy patrzeć na osoby płci przeciwnej w czysty sposób: dostrzegając ich piękno, ale nie pożądając ich dla siebie. Jednak nasze serce nie jest uporządkowane – i to pod bardzo wieloma względami. Życia nie starczy, sił nie starczy, aby ten porządek przywrócić. Jezus mówi więc bardzo radykalnie: odrzuć to, co prowadzi cię do złego. Fizycznego odcinania nogi, ręki czy wyłupiania oka nie należy traktować dosłownie. Grzech nie bierze się z ręki, nogi i oka, ale z serca. To, co musimy odciąć, to przywiązanie do grzechu, które czyha w naszym sercu oraz nierozsądne wystawianie się na to, co nas gorszy i stwarza okazję do grzechu (na przykład od korzystania ze zdemoralizowanych mediów). Nie zastanawiajmy się, czy Boże Prawo jest za trudne, czy może można jego nakazy potraktować z przymrużeniem oka, ale raczej spójrzmy w swoje serce i zastanówmy się, dlaczego tak trudno nam uznać, że Bóg chce naszego dobra i

że Jego przykazania są po prostu dobre.

  • Jak podchodzę do zasad moralnych zawartych w Słowie Bożym? Czy odbieram je jako ciężar, czy potrafię dostrzec, że służą one ostatecznie mojemu dobru? Z jakimi zasadami mam największy problem?
  • Co robię, gdy wzbiera we mnie gniew lub oburzenie na innych? Czy dążę do pojednania?
  • Co może być dla mnie powodem do popadania w grzechy? Złe nawyki? Nierozsądne korzystanie z mediów? Kontakty z niewłaściwymi ludźmi? Bezmyślność? Czy mam odwagę „odciąć” to, co skłania mnie do grzechu? W jaki konkretny sposób mogę to zrobić?

5. Niedziela zwykła – Rok A

Być solą ziemi i światłem świata – to zadanie dla uczniów Chrystusa. Nie chodzi jednak o „oświecanie” innych gadulstwem, ale o światło świadectwa naszego życia zgodnego z nauką Chrystusa. Tylko to świadectwo jest w stanie przyprowadzić innych do Chrystusa, nie wyrafinowane argumenty teologiczne.

I czytanie: Iz 58, 7-10

II czytanie: 1 Kor 2, 1-5

Ewangelia: Mt 5, 13-16

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. „Dziel swój chleb z głodnym, do domu wprowadź biednych tułaczy…” Izajasz wylicza uczynki miłosierdzia, które sprawiają, że „nasze światło wschodzi jak zorza i rozkwita nasze zdrowie”. Chwałą Bożą nie jest ludzkie gadanie o Bogu – nasze słowa za małe i niewystarczalne, aby Go opisać. Jego chwałą jest nasze życie zgodne z Jego wolą, życie pełne miłości. Uczynki miłosierdzia to nie filantropia, nie dawanie innym z tego, co nam zbywa. Aby faktycznie nasze światło „zabłysło jak zorza”, nasza motywacja musi płynąć z głębi nawróconego serca. Nawrócone serce to serce potrafiące autentycznie kochać, nie odwracające się od innych, nie szukające własnego zysku, nie usprawiedliwiające własnej bezczynności i nieczułości. „Usunąć jarzmo” mogą nie ci, którzy wymyślają kolejne reformy mające przywrócić rzekomą „sprawiedliwość społeczną” – bo wszystkie te reformy ostatecznie sprowadzają się do „zabrać jednym, dać drugim”. Łatwo być reformatorem, który zabierze jednym, da drugim, nie biorąc ze swojego, ale z cudzego. Dużo trudniej być człowiekiem nawróconym, jak hrabia Władysław Zamoyski, który wszystko co miał, oddał społeczeństwu. Sam żył surowo, a swoją własność i swoje umiejętności poświęcił na służbę innym. To przykład człowieka, który na poważnie wziął Ewangelię i wprowadził ją w życie.

  • Z czym kojarzy ci się pierwszy werset dzisiejszego pierwszego czytania? (por. Mt 25, 31-40). O jaką postawę / nastawienie życiowe chodzi?
  • Jaki błąd popełniamy w swej religijności, gdy oddzielamy ją od życia społecznego? Jak Jakub określa wiarę, która nie jest realizowana w życiu społecznym? (por. Jk 2,15-17).

2. Spośród wszystkich apostołów prawdopodobnie najlepiej wykształconym religijnie był św. Paweł – był faryzeuszem i synem faryzeuszów (por. Dz 23,6). Prowadzenie argumentacji teologicznej nie było dla niego żadnym problemem. Umiał się znaleźć zarówno w religijno-kulturowym świecie żydowskim, jak i greckim (por. Dz 17). A jednak pisze: „mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy…” Musiał być głęboko przekonany, jak wielkie zagrożenie kryje się w teologicznej argumentacji, która jest pozbawiona tego Bożego Ducha. Niezwykle łatwo schodzi ona na manowce – stąd tyle herezji, tyle sporów w łonie samego chrześcijaństwa, nie mówiąc już o sporach z innymi religiami. Nasz umysł został stworzony wspaniale przez Boga, ale grzech sprawił, że nasze myśli „skręcają” ku nieprawości, zamiast zmierzać ku Bogu. Pomyślmy o tym, że nawet apostołowie słysząc bezpośrednio słowa Jezusa nie potrafili ich zrozumieć właściwie. Dopiero Zesłanie Ducha Świętego otworzyło ich umysły na właściwe rozumienie nauki Chrystusa. „Kościół rośnie, napełniony pociechą Ducha Świętego, który jest jego duszą. On sprawia, że wierni prawdziwie rozumieją naukę i tajemnicę Chrystusa. Jak w początkach Kościoła, tak i dzisiaj On działa w każdym głosicielu Ewangelii, jeśli tylko poddaje się Jego kierownictwu. On podsuwa mu słowa, jakie tylko On jeden może poddać, a równocześnie usposabia serca słuchaczy, aby otwarli się na przyjęcie Ewangelii i na głoszone Królestwo.” (Paweł VI, encyklika Evangelii nuntiandi 75)

Nie bez powodu mówi się, że w trakcie studiów teologicznych wiele osób traci wiarę – wydaje im się, że już wszystko wiedzą o Bogu. Nieco dalej w Liście Paweł pisze „Gdyby ktoś mniemał, że coś wie, to jeszcze nie wie, jak wiedzieć należy” (1Kor 8,2). Aby mówić o Bogu i sprawach Bożych, potrzeba bardzo wielkiej pokory, aby uchronić się od pokusy „błyszczenia słowem i mądrością”. Dbajmy o to, aby Słowo Boże stale odnosić do swojego życia, aby pozwalać Duchowi Świętemu przemieniać nasze serce, wtedy nasze słowa będą płynąć z dobrego serca, a nie będą pouczaniem innych z góry.

  • Jakie ryzyko kryje się w tym, że jako uczniowie Chrystusa będziemy usiłować innych przekonać do swojego światopoglądu? Czy w praktyce takie przekonywanie innych się sprawdza? Czy udaje nam się przekonać naszych bliskich? Znajomych? Inne osoby?
  • Na czym polega „uwodzenie przekonywaniem”? Czy doświadczamy tego rodzaju „uwodzenia” ze strony polityków, mediów, marketingowców itp.? Jak to odbieramy? W jaki inny sposób powinniśmy jako chrześcijanie przekonywać innych do wiary w Chrystusa?

3. Sól jest niezbędna do życia. Nie chodzi tylko o smak potraw, ale o nasze zdrowie. Podobnie światło – spróbujmy sobie wyobrazić świat, który znajduje się w całkowitej ciemności, odcięty od słońca. Jezus mówi, że to my, Jego uczniowie jesteśmy solą ziemi i światłem świata. To nie jest komplement, ale wielkie wyzwanie! Łatwiej jest mówić: „jestem katolikiem”, dodając do tego w myślach „skoro nie ma zbawienia poza Kościołem, to ja się zbawię, a reszta niech sobie idzie do piekła”. Myślenie w takich kategoriach pokazuje, że nic nie zrozumieliśmy z Ewangelii i że choć z nazwy jesteśmy chrześcijanami, niewiele mamy wspólnego z Chrystusem. Równie groźne jest myślenie: „Bóg i tak dotrze do każdego, po co mam innym głosić Chrystusa i świadczyć o Nim”? Nie jest to wydumane zagrożenie. Papież Paweł VI w encyklice Evangelii Nuntiandi pisał o tym, podsumowując: „Ludzie, choćbyśmy nie głosili im Ewangelii, będą mogli zbawić się na innych drogach, dzięki miłosierdziu Bożemu, ale czy my sami możemy się zbawić, jeśli zaniechamy jej głoszenia z powodu gnuśności, lęku, «wstydzenia się Ewangelii» lub kierowania się fałszywymi poglądami?” (nr 80). Głoszenie Ewangelii to nie kwestia metody, argumentacji, ale kwestia życia poddanego działaniu Ducha Świętego. „Techniczne środki ewangelizacji są dobre, ale choćby były absolutnie doskonałe, nie zastąpią cichego tchnienia Ducha” (Evangelii nuntiandi 76). I jeszcze jedna myśl z tej samej encykliki, odnosząca się do nas, świeckich: „Polem właściwym dla ich ewangelizacyjnej aktywności jest szeroka i bardzo złożona dziedzina polityki, życia społecznego, gospodarki; dalej, dziedzina kultury, nauki i sztuki, stosunków międzynarodowych, środków przekazu społecznego; do tego dochodzą niektóre dziedziny szczególnie otwarte na ewangelizację, jak miłość, rodzina, wychowanie dzieci i młodzieży, praca zawodowa, cierpienia ludzkie” (Evangelii nuntiandi 70).

  • Czy inni patrząc na moje czyny (a nie słowa!) mogą rzeczywiście powiedzieć, że jestem uczniem Chrystusa? Co powinienem przede wszystkim zmienić w swoim życiu, aby być dla innych świadectwem wiary?
  • W jaki sposób mogę realizować tę misję ewangelizacyjną, o której pisze bł. Paweł VI? W jakiej dziedzinie moje talenty, moje zasoby, moja energia i mój czas mogą być praktycznym wcieleniem w życie Ewangelii?

4. Niedziela zwykła – Rok A

Według oceny ludzkiej… według oceny Bożej… To, co wydaje się wartościowe w oczach świata, który patrzy na pozory, na próżną chwałę i słucha zarozumiałych słów, jest bez wartości w oczach Boga. Czy jesteśmy w stanie przyjąć od Boga to, co jest prawdziwą wartością, nawet gdy wydaje się to być wbrew naszej ludzkiej – ułomnej – logice?

I czytanie: So 2, 3; 3, 12-13

II czytanie: 1 Kor 1, 26-31

Ewangelia: Mt 5, 1-12a

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Szukajcie Pana, wszyscy pokorni… szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory. Pęknięcie, które grzech pierworodny zostawił w naszej duszy, objawia się przede wszystkim przez pychę. Pycha ma tysiące oblicz i tysiące odmian. Bardzo łatwo się maskuje pod pozorem pokory. Dlatego pokory i sprawiedliwości trzeba szukać, trzeba do nich aktywnie dążyć. Nie wystarczy być upokorzonym, aby być pokornym. Człowiek pokorny nie nosi w sobie poczucia krzywdy, nie hoduje w sobie oburzenia, całkowicie wyrzekł się postawy „należy mi się”, „mam prawo wymagać”. Pokora może się wydawać czymś ponad ludzkie siły – i faktycznie jest ponad ludzkie siły. Tylko wracając do Boga, odnajdujemy swój prawdziwy obraz, który jest podstawą pokory: odkrywamy zarówno swoją godność, jak i kruchość. Tylko w imieniu Pana odnajdujemy prawdziwe schronienie dla naszego „ja”. Dopóki pragniemy uznania od ludzi, będziemy wpadać w pułapkę nieprawości i kłamstwa: będziemy bardziej dbać o swój „image”, o to, jak nas odbierają inni, jak mówią o nas, jak nas traktują, niż o prawdę. Nie jest łatwo uwolnić się od tego pragnienia uznania wśród ludzi, nie wpadając jednocześnie w alienację, zgorzknienie, izolację. Naprawdę tylko w Bogu możemy uniknąć tej pułapki, aby z jednej formy pychy nie wpaść w drugą – w ciche gardzenie innymi, odrzucenie ich i odcięcie się od nich.

  • Po czym można poznać prawdziwą pokorę? Jak zachowuje się człowiek pokorny, gdy nie otrzymuje od innych tego, co mógłby od nich otrzymać? Gdy nie słyszy słów uznania, wdzięczności? Gdy słyszy słowa krytyki?
  • Czym jest postawa roszczeniowa? Czy jest ona do pogodzenia z postawą pokory? Dlaczego tak łatwo jest nam szukać sprawiedliwości dla siebie samych, a tak trudno prawdziwej sprawiedliwości – mającej na względzie nie tylko nasze własne dobro? Dlaczego próbujemy usprawiedliwiać swoje własne postępowanie, doszukując się winy w innych?

2. „Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców”. Można zapytać: „a właściwie, to dlaczego? Czy Bogu przeszkadza to, że ktoś jest mądry?” Oczywiście, że nie. Problem w tym, że ludzka mądrość jest zwykłą przemądrzałością, gdy nie odnosi się do mądrości Bożej. Człowiek mądry powie: „wiem, że nic nie wiem”. Człowiek głupi nie widzi własnej głupoty i wydaje mu się, że to co wie, to pełna prawda. W 1999 r. Justin Kruger opisał to zjawisko szczegółowo od strony psychologicznej (zwane jest „efektem Dunninga-Krugera”). Osoba niekompetentna nie dostrzega swojej niekompetencji, a na dodatek wydaje się jej, że to wszyscy inni są głupi i niekompetentni. Ostatecznie – wobec mądrości Bożej wszyscy jesteśmy niekompetentni i potrzebujemy stale odnosić się do tej mądrości, aby nie wpaść w pułapkę intelektualnej pychy. Jednym z najgroźniejszych oblicz pychy jest właśnie pycha intelektualna: przekonanie o tym, że właściwie to wiem już wszystko i nikt nie może mnie niczego nauczyć. Taka postawa zamyka mnie na prawdę, a jednocześnie niszczy relacje z innymi. Gdy to ja zawsze mam rację, inni nie wytrzymają ze mną – można mieć „albo rację, albo relację”. Ostatecznie Bogu nie chodzi o to, abyśmy byli głupi i biedni, ale abyśmy uznali prawdę o sobie: o swojej niewystarczalności, o swojej słabości. To jest właściwy punkt wyjścia na drodze do poznania prawdy.

  • Jak rozumiesz słowa Pawła: „przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem”? Po czym można poznać, że ktoś swoje „ja” oparł w całości na relacji z Chrystusem?
  • Dlaczego Bóg wybiera właśnie tych, którzy w oczach świata nie są wartościowi? Co jest największym zagrożeniem i przeszkodą na drodze poszukiwania Boga? [podpowiedź: „by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga”]?

3. „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie”. W tym błogosławieństwie streszczają się kolejne: jeśli dobrze pojmiemy, czym jest prawdziwe ubóstwo ducha, zrozumiemy także, dlaczego błogosławieństwem może być: smutek, cichość, pragnienie sprawiedliwości (niezaspokojone w tym świecie), miłosierdzie, czystość serca, wprowadzanie pokoju, cierpienie prześladowania dla sprawiedliwości i znoszenie urągania i kłamstw. Ubóstwo ducha oznacza uznanie prawdy o sobie: nie mam się za kogoś większego, ważniejszego niż jestem. Bez tego ubóstwa ducha nie mamy wstępu do królestwa niebieskiego. To nie jakiś wygórowany ideał, ale punkt wyjścia! Może warto sobie powtarzać każdego ranka: „jestem omylny”, „jestem grzeszny”, „mam różne słabości”, „mam gorsze chwile”, „nic mi się nie należy”, „zamiast wymagać od innych powinienem wymagać od siebie”, aby wykorzenić w sobie pychę, która odrasta jak chwast. Gdy nauczymy się, jak być „ubodzy duchem”, nasz smutek nie będzie poczuciem krzywdy, nasza cichość nie będzie milczeniem tam, gdzie powinniśmy bronić innych, nasze pragnienie sprawiedliwości będzie odnosić się do wszystkich, a nie tylko do nas samych. Miłosierdzie wobec innych zastąpi osądzanie ich; nasze serce będzie się oczyszczać z chaosu fałszywych motywacji, niewłaściwych ambicji i pożądań. Zamiast wykłócać się o swoje racje i swoje prawa, będziemy wprowadzać pokój. Będziemy umieć znosić niesprawiedliwe traktowanie i urąganie nam, bo będziemy patrzeć realistycznie na innych ludzi: wszyscy są skażeni grzechem i tylko doświadczenie żywego Boga może ich uleczyć; jeśli brak im tego doświadczenia, nic dziwnego, że nie umieją pojąć, czym jest prawda i czym jest sprawiedliwość.

  • W czym przejawia się miłosierdzie wobec innych? Jak wyglądałby świat, gdyby wszyscy mieli postawę roszczeniową – domagaliby się czegoś od innych, sami zaś traktowaliby ich z góry? Jak wyglądałoby społeczeństwo, w którym nie byłoby miejsca na przebaczenie, wyrozumiałość i łagodność?
  • Po czym można poznać, że ktoś ma czyste serce? Dlaczego o dzieciach nieraz mówimy, że mają „czyste serduszka”? Co dzieje się z nami w trakcie dorastania, że tracimy tę czystość serca? Co jest przeciwieństwem czystego serca?
  • Czy mogę o sobie powiedzieć, że jestem „ubogi duchem”? Czy moja religijność jest pełna prostoty, dziecięcego zaufania do Boga, czy raczej jest zawiła i skomplikowana?

3. Niedziela zwykła – Rok A

Sens czytań 3. niedzieli zwykłej najlepiej streszcza 1Kor 1,21: „skoro świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących”. Uważajmy, aby nie mądrzyć się głosząc Ewangelię! To nie nasze słowa, ale Słowo Boże ma moc przemiany serc i moc zbawienia.

I czytanie: Iz 8, 23b – 9, 3

II czytanie: 1 Kor 1, 10-13. 17

Ewangelia: Mt 4, 12-23

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Ziemia Zabulona i Neftalego nie była w centrum Izraela, ale na jego północnych obrzeżach. Oznaczało to sporą odległość do Jerozolimy, a jednocześnie bliskość kultur pogańskich, m.in Asyrii oraz Tyru. Także w czasach Jezusa Galilea i jej mieszkańcy traktowani byli jak Izraelici drugiej kategorii, o małej świadomości religijnej i mówiący charakterystycznym dialektem (por. J 7,41-52; Mt 26, 73). A jednak to właśnie spośród galilejskich rybaków Jezus wybrał sobie najbliższych uczniów i na nich zbudował swój Kościół, przez który zbawienie dotarło aż na krańce ziemi. Nie zawsze to, co jest w centrum według ludzkiego mniemania, jest rzeczywistym centrum Bożej historii. Bóg posługuje się tym, co słabe, co niemądre w oczach świata, aby dać ludziom zbawienie. Czy jest w tym coś dziwnego? Z pozoru tak, ale jeśli uświadomimy sobie, że to właśnie pycha jest najgorszym grzechem, który uniemożliwia nam powrót do domu Ojca, byłoby wręcz niemożliwe, aby Bóg działał w sposób, który jeszcze bardziej umacniałby nasze przekonanie o tym, że sami damy sobie radę, że jesteśmy mądrzy, zdolni i obfitujemy we wszystko co trzeba. Zbawienie wymaga uznania tego, że jestem w ciemnościach, że jestem w niewoli – bez poczucia braku, poczucia słabości i nieumiejętności poradzenia sobie z życiem nie otworzymy się na Bożą łaskę, która to życie ma przemienić. Radość nawrócenia przychodzi po zasmuceniu (por. 1P 1,6-7; 2Kor 7,9), a nie po religijnych manifestacjach!

  • W czym przejawiają się mroki i zniewolenie współczesnego świata? Jak te mroki i zniewolenia oddziałują na ciebie? Czy możesz się całkowicie odizolować od treści płynących ze świata? Czy umiesz postępować całkowicie odmiennie od swojego otoczenia, idąc tylko i wyłącznie za głosem Boga?
  • Dlaczego każdy człowiek potrzebuje wielokrotnie się nawracać? Pomyśl, w jaki sposób pierwsze nawrócenie (oddanie swego życia Jezusowi) przekłada się na twoją codzienność: czy nie ma tam obszarów, w których postępujesz tak jak poganie, jak ludzie, którzy nie znają Chrystusa?

2. Redaktor opracowujący niedzielne czytania mszalne potraktował wiernych bardzo litościwie: opuścił niektóre wersety, aby nie zmęczyć za bardzo słuchaczy i nie pozwolił skończyć myśli biblijnemu autorowi. Warto jednak przeczytać cały 1 rozdział Pierwszego Listu do Koryntian, aby zrozumieć jego sens. Kontynuując pozdrowienie (które słyszeliśmy tydzień temu) Paweł mówi o zbawieniu Bożym, które stało się udziałem jego adresatów. Mówi o zbawieniu nie jako o jednorazowym akcie, ale jako o procesie, który dokonuje się w nas, aż do dnia, w którym spotkamy się z naszym Panem. Jakże to odmienne od protestanckiego przekonania, że wystarczy raz podejść do ołtarza (tzw. „altar call”), wyznać, że Jezus jest Panem i już się jest zbawionym! Ten akt to początek mojej drogi ucznia, ale jeśli nie idę tą drogą przez całe życie, jaki ma sens wyznawanie, że Jezus jest Panem mojego życia? Wezwanie, aby być „jednej myśli”, aby żyć w zgodzie, umieszczone jest w tym kontekście. Nie chodzi o to, żeby uczniowie Chrystusa pomijali trudne pytania, żeby przymykali oczy na problemy, ale całym swoim życiem szli za Chrystusem – tylko w ten sposób mogą osiągnąć zgodę i jednomyślność. Niestety od czasów Pawła aż do dziś chrześcijanie skupiają się na rzeczach drugorzędnych, tocząc nieustanne spory. Jezus nie kazał swoim uczniom opracowywać najdoskonalszej na świecie doktryny teologicznej. W potoku słów łatwo może zginąć sens. Po długotrwałym wysiłku tworzenia Summy Teologicznej św. Tomasz z Akwinu stwierdził, że to wszystko jest jak „wymłócona słoma” (wypowiedź tę zapisał jego sekretarz, br. Reginald z Piperno). Nie jesteśmy mądrzejsi od św. Pawła, nie jesteśmy mądrzejsi od św. Tomasza z Akwinu. Nie bądźmy więc przemądrzali, nie spierajmy się z innymi o poglądy teologiczne, ale dbajmy o to, czy sami trzymamy się Ewangelii i odnosimy ją do swojego życia!

  • Jak rozumiesz słowa Pawła, że był powołany do głoszenia Ewangelii „nie w mądrości słowa, by nie zniweczyć Chrystusowego krzyża”? Jaką „mądrość słowa” ma na myśli (odpowiedź znajdziesz w 1Kor 1, 22-31)?
  • Co znaczy dla ciebie w praktyce być uczniem Chrystusa i iść za Nim? W jaki sposób odnosisz Ewangelię do samego siebie? Jak wpływa na twoje codzienne życie?

3. Galilea Galilei nierówna. Nazaret to była niewielka miejscowość, leżąca na wzgórzu, do której niewielu przybyszów zaglądało. Kafarnaum natomiast to niewielkie wprawdzie miasteczko (ok. 1000-1500 mieszkańców), ale położone w znacznie lepszym miejscu: nad Jeziorem Galilejskim i tuż obok niego przechodził od dawnych czasów ważny szlak handlowy (via maris) z Afryki do Damaszku i dalej. Miejscowość ta leżała przy granicy, znajdował się w niej garnizon rzymski oraz placówka celna. Nie było to z pewnością „centrum intelektualne” ani „centrum religijne”. Mieszkańcy zajmowali się głównie rybołówstwem. Dlaczego więc Jezus tam skierował swoje kroki i spośród mieszkańców tego miasteczka wybrał swoich pierwszych uczniów? Wiedząc, w jaki sposób odnosili się do Niego faryzeusze i uczeni w Piśmie, nie powinniśmy się dziwić. Gotowość prostych rybaków do pójścia za Jezusem i oddania Mu swojego życia, do bycia kształtowanym przez Niego kontrastowała z „kwasem faryzeuszów” (por. Mt 16, 6). Kwas kojarzy nam się z kiszeniem, z fermentacją. Gdy zamiast iść za Jezusem, słuchać Go i głosić Jego ewangelię, zaczynamy tworzyć doktryny religijne, prowadzi to do „zakiszenia się” w religijnych dociekaniach, niekończących się sporach i wzajemnych oskarżeniach o herezje. Nie idźmy tą drogą! Zostawmy teologom pisanie doktoratów i habilitacji. Jeśli teolog jest uczniem Chrystusa, jego wiedza religijna przyniesie pożytek. Jeśli nie – z całą pewnością nawet najbardziej wysublimowana teologia nie da mu zbawienia.

  • Pomyśl o tym, że Jezus głosił Ewangelię o królestwie Bożym nie teologom, ale prostym ludziom. Później także posyłał swoich uczniów, aby głosili Ewangelię i dokonywali znaków i cudów tak jak On, choć nie mieli przygotowania teologicznego (por. Łk 10,17-21). Jaki wniosek płynie z tego dla ciebie, jeśli chodzi o twoje świadectwo o Chrystusie?
  • W jaki sposób powinieneś innym mówić o Chrystusie, tak aby nie błyszczeć słowami ludzkiej mądrości, ale faktycznie pociągać ich do Chrystusa?

Uroczystość Najświętszej Trójcy, rok C

Najświętsza Trójca jest tajemnicą, której nie pojmie nasz umysł, może jednak pojąć ją nasze serce. Skoro Bóg jest Miłością, jakżeby mógł być sam? Miłość domaga się wzajemności, znajduje swe spełnienie we wspólnocie osób. Tajemnica Trójcy Świętej wskazuje nam jednocześnie na tajemnicę naszej własnej osoby – nie jesteśmy w stanie pojąć siebie samych bez odniesienia do Boga-Miłości.

I czytanie: Prz 8, 22-31

II czytanie: Rz 5, 1-5

Ewangelia: J 16, 12-15

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Mądrość Boża, o której mówi czytanie z Księgi Przysłów to nie abstrakcyjna wiedza, nie zbiór informacji, ale mądrość żywa i dająca życie. Być może zaskakuje nas opis Mądrości, który brzmi, jakbyśmy mówili o osobie: „zostałam zrodzona… byłam przy Nim … igrając przed Nim”. To jednak bardzo właściwy sposób mówienia o Mądrości Bożej – jest ona bowiem czymś nieskończenie większym niż zbiorem idei – jest osobą. W Starym Testamencie Bóg nie objawiał się Izraelitom wprost jako Trójca Święta. Żyli oni wśród kultur politeistycznych; nie byliby w stanie pojąć tego, że jest jeden Bóg, ale trzy Osoby Boskie. Rozumieliby Trójcę na sposób politeistyczny, jako trzech „bogów”. Jest jednak wiele miejsc w Starym Testamencie, gdzie Bóg niejako uchyla rąbka swej tajemnicy, mówiąc o sobie w liczbie mnogiej (w j. hebrajskim Elohim), mówiąc o Duchu Bożym, albo tak jak w tym fragmencie – o Bożej Mądrości. W Nowym Testamencie doświadczyliśmy objawienia Boga w osobie Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który mówił wprost o Ojcu, Synu oraz Duchu Świętym. Dlatego możemy utożsamiać Mądrość Bożą z Logosem. Gdy czytamy prolog Ewangelii Jana, trudno nie dostrzec analogii: „Pan mnie zrodził jako początek swej mocy, przed dziełami swymi”; „Na początku było Słowo… wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało”. Także słowa „radowałam się przy synach ludzkich” można odczytać jako radość Syna Bożego – Logosu, na którego wzór zostaliśmy stworzeni i który miał się sam stać człowiekiem.

  • Czym różni się bezduszna, abstrakcyjna wiedza od prawdziwej mądrości? Pomyśl o różnych sytuacjach, w których ludzie mają wiedzę (np. naukowcy konstruujący śmiercionośną broń, politycy manipulujący społeczeństwem), która nie tylko nie daje życia, ale wręcz niszczy życie. Dlaczego sama wiedza nie wystarcza?
  • Co jest w życiu najwyższą wartością, najwyższym dobrem? W jaki sposób mądrość pomaga nam osiągnąć to dobro, sprawiając, że wszystko inne układa się w uporządkowaną hierarchię wartości?

2. Pierwsze zdanie z Rz 5,1 jest bardzo złożone (do tego stopnia, że w Biblii Tysiąclecia w środku ma średnik, będący formą przeproszenia za nazbyt skomplikowane zdanie). W języku greckim nie ma średnika, nie ma też „dostąpiwszy” (imiesłów przysłówkowy), ale „usprawiedliwieni” (imiesłów przymiotnikowy w funkcji podmiotu zdania). To jedno słowo opisuje nasz status: jesteśmy u Boga „usprawiedliwieni”. Nie chodzi jednak o usprawiedliwienie w sensie „wytłumaczenia” (tak jak uczeń dostaje usprawiedliwienie od rodziców), ale o przywrócenie porządku duchowego. W oczach Boga jesteśmy „usprawiedliwieni”, czyli nasza synowska relacja do Niego jest przywrócona dzięki Jezusowi, Jego Synowi. Innymi słowy, jesteśmy znów w sferze „łaski” – przyjaźni z Bogiem, naszym Ojcem.

Jeśli pierwsze zdanie wydaje nam się trudne, co powiedzieć o drugim? „Chlubimy się także z ucisków”? Jak można chlubić się (w j. greckim jest „kauchometha”, które znaczy wręcz „chełpić się”, „przechwalać się”, por. Jk 4,16) z ucisków? Uzasadnienie jest w drugiej części zdania: bo ucisk wyrabia wytrwałość, wytrwałość – cnotę, a cnota – nadzieję. W oczach Bożych jesteśmy już usprawiedliwieni, musimy jednak „dojrzeć” do przebywania w Jego chwale. W przeciwnym razie bylibyśmy jak gość zaproszony na wesele, który nie miał właściwej szaty (Mt 22,12). To właśnie trudy i przeciwności życiowe „sprawdzają nas”, stawiają nas w prawdzie, zmuszają do refleksji i zmiany nastawienia. Bóg nie zsyła ich na nas, ale wykorzystuje, aby nas uformować. Dlatego możemy się nimi przechwalać, bo kto przeszedł te życiowe próby, ufając zawsze Bogu, wyzbywając się pychy oraz przekonania, że sam wszystko wie najlepiej i sam sobie poradzi, ten dojrzał do nieba.

  • Dlaczego istnieje napięcie między tym, że w oczach Bożych już jesteśmy usprawiedliwieni, a jednak ciągle doświadczamy trudów życia i własnej niedoskonałości? Czy bycie dzieckiem króla oznacza, że jest się zwolnionym z trudu dojrzewania?
  • Jak podchodzisz do życiowych przeciwności? Co jest dla ciebie największym trudem? Z czym nie umiesz się pogodzić? Zapytaj Boga, jak On patrzy na tę sytuację. Czego chce cię przez nią nauczyć? Z czego chce cię oczyścić?

3. „Teraz znieść nie możecie”. To, że jesteśmy dziećmi Bożymi, jest faktem. To, że przez krew Jezusa zostaliśmy usprawiedliwieni, także jest faktem. Bycie dzieckiem nie oznacza jednak bycia dojrzałym, ale przeciwnie: oznacza możliwość dojrzewania i wezwanie do dojrzewania. Bóg patrzy na to dojrzewanie z perspektywy całej historii, a także z perspektywy każdego człowieka. Jego objawienie w historii dokonywało się stopniowo – ludzie musieli bowiem „dorastać” do możliwości zrozumienia i przyjęcia Bożej prawdy. Bóg wychowywał ludzi przez swoje Słowo, ale także przez działanie w ludzkiej historii. Punktem kulminacyjnym było wcielenie Syna Bożego, Jego męka, śmierć i zmartwychwstanie, a także Zesłanie Ducha Świętego. Większego objawienia niż objawienie Syna Bożego nie będzie i być nie może. Może jednak wzrastać zrozumienie tego objawienia – zarówno w całym Kościele, jak i w życiu każdego z nas. Boży Duch działa nieustannie, nie narzuca się jednak „odgórnie”, ale tchnie „od wewnątrz” – w sercach ludzkich. Na tyle, na ile jesteśmy gotowi przyjmować to działanie i dojrzewać, na tyle wzrastamy w poznaniu Prawdy, zbliżając się coraz bardziej do Boskiej Mądrości.

W Biblii Tysiąclecia mamy słowa: „otoczy chwałą”. W oryginale jest jednak jedno słowo „doksasei”. Nie ma nic o „otaczaniu”, ale raczej o „wsławieniu”. Chodzi o dopełnienie dzieła Chrystusa, o to, że poprzez działanie Ducha trafi ono do serc ludzkich i dokona ich przemiany. Przez to Jezus zostanie „wsławiony”. Św. Ireneusz z Lyonu napisał: „chwałą Boga jest żyjący człowiek” (Adv. haereses 4.20.7). W ten sposób my sami jesteśmy włączani w tajemnicę miłości Trójcy Świętej. To, że żyjemy, że kochamy i wzrastamy w miłości wzajemnej oraz w miłości Bożej, jest Bożą chwałą i Bożą radością. Mądrość Boża naprawdę raduje się i „pląsa” z radości przy synach ludzkich!

  • W jaki sposób otwierasz swój umysł i serce na Bożą Mądrość i działanie Ducha Świętego? Czy robisz to codziennie? Czy pamiętasz o tym, że jesteś dzieckiem Bożym, które potrzebuje wzrastać każdego dnia, a nie tylko od święta?
  • Co znaczy „żyć pełnią życia”? Jak to zdanie rozumie świat? A jak powinien je rozumieć chrześcijanin?

Zesłanie Ducha Świętego, rok C

Duch Święty – ten, który mówi w naszym sercu językiem zrozumiałym dla naszego serca. Ten, który wspiera świadectwem naszego ducha, upewniając nas o tym, że jesteśmy dziećmi Boga. Ten, który zamienia „suchą” treść w słowa dające życie.

I czytanie: Dz 2, 1-11

II czytanie: Rz 8, 8-17

Ewangelia: J 14, 15-16. 23b-26

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Duch Święty to ten, który scala, ale nie homogenizuje. Jaka jest różnica? Homogenizacja to zrobienie jednolitej masy; scalenie – to zapewnienie jedności i spójności. To bardzo ważne rozróżnienie. Homogeniczna masa jest łatwa do uformowania; tak traktują nas politycy i rozmaici manipulatorzy, usiłujący zrobić nam „papkę” z mózgu. To, co łatwe do uformowania, nie jest jednak trwałe, bo brak temu struktury. Wyobraźmy sobie naczynie z amorficznej gliny – nawet po wypaleniu jest bardzo delikatne i trzeba uważać, aby go nie stłuc. Pomyślmy teraz o kamieniu: jest trudny w obróbce, ale bardzo trwały, bo nie jest ulepiony z masy, ale posiada wewnętrzną strukturę krystaliczną, kształtowaną przez wysokie ciśnienie i temperaturę. W Japonii znana jest sztuka lepienia tzw. dorodango – kul z błota, które do złudzenia przypominają kamień. Ten efekt uzyskuje się przez powierzchowne kształtowanie, wielokrotne polerowanie z zewnątrz. Jeśli jednak taką kulę upuścić na twardą ziemię, rozpadnie się w kawałki. Tym właśnie różni się działanie Ducha Świętego, który pracuje w nas od wewnątrz, nadając prawdziwą strukturę, spójną i trwałą od działania tego świata, które szlifuje nas z zewnątrz, tworząc pozorną rzeczywistość. Wystarczy jednak, że uderzymy o twarde podłoże życia i wszystko się rozpada. Gwałtowny wicher, ogień – to nie są łagodne zjawiska. Duch Święty potrafi posłużyć się życiowymi trudami, cierpieniami, aby nadać naszej duszy szlachetność. A jednym z przejawów tej szlachetności jest dystans do siebie samego i umiejętność słuchania innych i mówienia do nich nie z góry, ale „ich własnym językiem”. Dziś niekoniecznie Duch Święty niekoniecznie dosłownie daje nam dar mówienia „obcymi językami”, ale z całą pewnością może nas uzdolnić do wychodzenia ku innym ludziom tak, abyśmy głosili im Ewangelię nie sztucznymi, wyuczonymi słowami, ale słowami płynącymi z naszego serca, przemawiającymi do ich serc.

  • Skąd biorą się niesnaski, niezgoda i problemy w relacjach międzyludzkich. Jak wiele z nich wynika z tego, że nie słuchamy się nawzajem, nie szanujemy zdania innych i nie chcemy ich zrozumieć?
  • Po czym można poznać, że istnieje między ludźmi „zgodność serc”? Czym się różni taka zgodność od rozmaitych tymczasowych – politycznych czy biznesowych sojuszy?

2. Ci, którzy żyją „według ciała”, nie mogą się podobać Bogu. Co właściwie znaczy „żyć według ciała”? To znaczy: skupić się tak bardzo na sobie samym, na zaspokajaniu swoich potrzeb, na realizacji własnych pragnień i pomysłów (Paweł pisze tu o „popędach ciała”), że znika nam sprzed oczu to, co jest wyższym, obiektywnym dobrem. Kilka rozdziałów dalej w Liście do Rzymian Paweł pisze: „Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie” (Rz 14,7). Tym wyższym dobrem jest bezinteresowna miłość: bycie dla drugiej osoby i doświadczanie jej „bycia dla mnie”. Odnosi się to zarówno do naszych bliźnich, jak i do Boga. Perspektywa „bycia dla drugiej osoby” rozjaśnia nasze życie, nadaje mu sens, wyzwala nas z ciasnoty naszego „ja”. Ta perspektywa jest czymś całkowicie przeciwnym niż to, czego uczy nas współczesna kultura, skoncentrowana aż do absurdu na „samorealizacji”, na „bądź sobą”, na „słuchaj własnych uczuć”. Nie należy lekceważyć swoich uczuć ani być „kimś innym niż ja”, ale skupienie się na sobie samym nie przynosi szczęścia, tylko coraz silniejsze poczucie izolacji. Bóg nie tego chce dla nas. Dając nam swego Ducha, otwiera nasze oczy i serca na to, że jesteśmy Jego dziećmi. Jego dziećmi, a więc – braćmi i siostrami dla siebie nawzajem. Tu nie chodzi o rodzinną sielankę, ale o rodzinną miłość, która pozwala przezwyciężyć przeciwności i cierpienia. Prawdziwa wolność to nie „wolnoć Tomku w swoim domku”, ale „kochaj swego bliźniego, jak siebie samego”. „Wolnoć Tomku” prowadzi do podziałów i poczucia krzywdy; „kochaj bliźniego swego” – do jedności i poczucia bliskości z innymi.

  • Jakie „popędy ciała” w twoim przypadku mogą sprawiać, że zamykasz się na działanie Ducha Bożego? Czy chodzi o nadmierne przywiązanie do jakichś rzeczy? Do pieniędzy? Do twoich hobby? A może – o realizację twoich własnych pomysłów i planów życiowych bez rozeznania, czy faktycznie są wolą Boga? A może o lenistwo, nieumiarkowanie lub inny z grzechów głównych?
  • Co oznacza „odziedziczyć”? Co dziedziczymy po rodzicach? (nie chodzi bynajmniej tylko o spadek!) Co odziedziczyliśmy po naszym Ojcu w niebie? Godność? Zdolności? Jakie Boże „geny” nosisz w sobie?

3. Porządek, ład bierze się z miłości. Miłość zaś nie jest czymś abstrakcyjnym, ale żywą i życiodajną siłą, pochodzącą od samego Boga, czerpiącą z Jego natury. Pomyślmy, jak często i w jaki wielu sytuacjach usiłujemy uporządkować rzeczywistość wprowadzając kolejne przepisy, nakazy i zakazy. Dotyczy to zarówno życia społecznego, zawodowego, jak i rodzinnego. Owszem, do pewnego stopnia może się to udać, ale w pewnym momencie okazuje się, że przepisy interpretowane nazbyt ściśle stają się ciężarem nie do uniesienia i zamiast pomagać w życiu, utrudniają je. Poza tym przepisy wymagają egzekwowania – gdy nie ma sankcji i nie ma kontrolera, bardzo szybko przepisy stają się martwą literą. Podobnie jest z wiedzą teoretyczną: niby coś wiemy, ale w praktyce robimy inaczej. To, czego potrzebujemy, to nie więcej przepisów i więcej wiedzy, ale przede wszystkim więcej miłości. Chodzi o naszą wewnętrzną postawę, o nasze nastawienie: czy ostatecznie liczy się dla nas tylko własna przyjemność, własny zysk, własna korzyść i własna pozycja wśród innych, czy też naprawdę, szczerze i autentycznie kochamy ludzi dookoła siebie i z dobrego serca pragniemy dzielić się z nimi tym, co najlepsze? Podobnie jest w sferze religijnej: możemy mieć postawę faryzeuszów, którzy mnożyli przepisy i starali się je egzekwować na każdym kroku w najściślejszy możliwy sposób, aż… odrzucili Boga. Przepisy religijne zastąpiły im Boga i nie byli zdolni rozpoznać Go, gdy przyszedł do nich. Tymczasem prości ludzie rozpoznali Chrystusa i poszli za Nim. Pozwolili, aby Bóg poruszył ich serca, a On dopełnił ich braków poprzez swego Parakleta i zbudował na nich swój Kościół. To jest także droga dla nas: pozwólmy, aby Bóg działał w naszych sercach poprzez swego Ducha, nie sądźmy, że w religii chodzi głównie o ścisłe przestrzeganie przepisów. Ostatecznie chodzi bowiem nie o przepisy, ale o miłość.

  • Pomyśl o zwykłej ludzkiej miłości (matki do dziecka, małżonków do siebie nawzajem itp.). W jaki sposób pozwala ona czynić rzeczy, które wydają się trudne lub wręcz niemożliwe?
  • Dlaczego w naszej relacji do Boga tak często zwracamy uwagę na rzeczy drugorzędne, a tak trudno nam przychodzi miłość – której Bóg oczekuje od nas? Co możesz zrobić, aby pozwolić Bogu dotknąć twojego serca, rozgrzać je Jego miłością?

7 Niedziela Wielkanocna (Wniebowstąpienie Pańskie), rok C

Wniebowstąpienie Jezusa to nasz duchowy drogowskaz (dużo pewniejszy niż GPS w samochodzie): „mamy pewność, iż wejdziemy do Miejsca Świętego przez krew Jezusa”.

I czytanie: Dz 1, 1-11

II czytanie: Hbr 9, 24-28; 10, 19-23

Ewangelia: Łk 24, 46-53

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Okres 40 dni to czas „przejścia” od zmartwychwstania Chrystusa do Jego wniebowstąpienia. Liczba 40 w Biblii kojarzy się z przygotowaniem, przejściem z jednego stanu do drugiego (m.in. 40 lat wędrówki Izraela przez pustynię). W stosunku do Starego Przymierza, dojrzewanie uczniów Chrystusa w Nowym Przymierzu było niemal błyskawiczne. Nie 40 lat, ale 40 dni. Tyle musiało wystarczyć apostołom, aby dojrzeć do momentu, w którym Jezus pozostawi w ich rękach kontynuowanie swej misji. Co istotne, nie udzielał im wtedy wskazówek, jak mają to robić, ale mówił „o królestwie Bożym”, czyli o celu. Do wszystkiego, co robimy w życiu, a zwłaszcza w sferze duchowej, nie można podchodzić wyłącznie na sposób techniczny, pytając „jak to robić”, ale trzeba pytać: „dlaczego?” i „po co?” Apostołowie, jak widać, ciągle nie rozumieli tego: „po co?” – dopytywali się bowiem o ziemskie królestwo Izraela. Ich cel był zbyt bliski, zbyt przyziemny i zasłaniał im to, co istotniejsze. W analogiczny sposób możemy w naszych działaniach koncentrować się na formalnej poprawności, na osiąganiu krótkoterminowych celów, tracąc z oczu ostateczny cel. Tak jak apostołowie, i my potrzebujemy Ducha Świętego, aby przywracał nam właściwą perspektywę, aby dawał nam moc do rzeczywistego wypełniania Bożej woli, a nie tylko „robienia czegoś dla Boga”. Aby Go otrzymać, potrzebujemy „nie odchodzić z Jerozolimy” – trwając na modlitwie za każdym razem, gdy mamy przed sobą ważne zadanie. W królestwie Bożym nie chodzi bowiem o aktywizm, ale o posłuszeństwo głosowi Ducha i o działanie w Jego mocy.

  • Jak podchodzisz do swoich zadań związanych z różnymi sferami życia: rodziną, pracą, wspólnotą Kościoła? Czy dajesz Bogu czas, aby zmieniał twoją perspektywę i twoje podejście do tych spraw? W jaki sposób wsłuchujesz się w głos Ducha Świętego?
  • Zwróć uwagę, że apostołowie oczekiwali na Ducha Świętego razem, nie każdy z osobna. W jakich sytuacjach szczególnie potrzebujemy wspólnej modlitwy, trwania w jedności? Czym grozi indywidualistyczne podejście do różnych zadań i ról w Kościele?

2. Każda ludzka świątynia, budowana ludzkimi rękami jest odbiciem świątyni duchowej, niebieskiej. To, co działo się w świątyni jerozolimskiej – składanie ofiar, modlitwy i rytuały było „typem” (czyli zapowiedzią) Chrystusa i Jego ofiary. Bogu nie chodziło o krew kozłów i cieląt – ona bowiem nie może zmyć naszych grzechów; wszystko to było znakiem wskazującym na prawdziwą, jedyną i ostateczną ofiarę, którą złożył sam z siebie Chrystus.

„Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” – to bardzo trzeźwiące słowa i bardzo potrzebne w świecie, który żyje tym, co doczesne, niemal zupełnie ignorując ostateczną perspektywę. Głosząc Ewangelię, nie bójmy się przypominać tych słów. Nie po to, aby kogoś straszyć Bogiem, ale aby uzmysłowić, że nasze życie nie kończy się w momencie śmierci i że jest Ktoś, przed kim nic się nie ukryje. Można oszukiwać innych ludzi, można oszukiwać samego siebie, Boga jednak nie oszukamy. Mówmy jednak te słowa w kontekście, w jakim znajdują się w Liście do Hebrajczyków, głosząc zbawienie, a nie potępienie. Ten bowiem, kto uwierzył w Chrystusa, oddając Mu swoje życie, nie musi się lękać sądu. „Godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę”.

  • Co znaczy „przystąpić do Boga z sercem prawym”? Czy rozumiesz, czym różni się postawa człowieka prawego od tego, który jest nieprawy? Który z nich poszukuje prawdy i prawdziwego dobra, a który kieruje się tylko swoim prywatnym interesem?
  • Czy zdarza ci się powątpiewać o swoim zbawieniu? Z czego wynikają te wątpliwości? Czemu/komu ufasz – swoim uczynkom i ofiarom składanym Bogu, czy też Chrystusowi?

3. Jezus mówił uczniom o swej śmierci i zmartwychwstaniu, choć wiedział, że nie są w stanie pojąć tych słów. Ich myślenie było bowiem myśleniem „starego człowieka” (por. Ef 4,22-24), „człowieka zmysłowego” (por. 1Kor 2,14) skupionego na sprawach doczesnych, krótkoterminowych. Taki człowiek rozumuje w kategoriach zysku, korzyści, władzy nad innymi. Jezus jednak wiedział, że na uczniów zstąpi Duch Święty, który otworzy ich duchowe oczy, zmieni ich perspektywę – i wtedy te słowa odżyją w ich duszy. Tak dzieje się również z nami oraz ze wszystkimi, którymi głosimy Ewangelię. Początkowo nasza perspektywa jest „hermetyczna” – sprawy Boże nie docierają do naszego serca. Słowo Boże ma jednak moc i „nie wraca do Boga bezowocne, zanim nie spełni swego posłannictwa” (por. Iz 55,11). To słowo raz usłyszane, zostaje w naszej duszy – i gdy przyjdzie właściwy moment, Duch Święty otwiera nasze serce, abyśmy mogli je pojąć i przyjąć. Nie bójmy się głosić Ewangelii ludziom, którzy jej nie rozumieją i odrzucają ją. Nie musimy ich do niczego przekonać – to Duch Święty ich przekona. My mamy po prostu głosić Dobrą Nowinę: miłość Boga, którą ludzkość odrzuciła przez grzech, ale do której może wrócić poprzez uznanie Chrystusa jako Zbawiciela i osobiste nawrócenie. Nie próbujmy dyskutować z ludźmi o skomplikowanych kwestiach związanych z wiarą, jeśli brakuje im tego fundamentu. Nic nie pojmą, a raczej jeszcze bardziej „zapieką się” w swojej duchowej skorupie. Głośmy po prostu Ewangelię i pozwólmy Duchowi działać.

  • Jak rozmawiasz o sprawach związanych z wiarą i Kościołem z ludźmi z twojej rodziny i otoczenia? Do czego prowadzą te dyskusje? Czy Jezus kazał nam prowadzić dysputy teologiczne, czy raczej polecił nam głosić Dobrą Nowinę?
  • Pomyśl o osobach, które są niewierzące (lub obojętne), na których ci zależy. Proś Boga, aby im dał łaskę nawrócenia, a tobie sposobność, by ogłosić im Dobrą Nowinę o Chrystusie.

6 Niedziela Wielkanocna, rok C

Co jest pierwsze: przepisy czy miłość? Dlaczego w naszym życiu religijnym tak łatwo przychodzi nam odwracać tę kolejność?

I czytanie: Dz 15, 1-2. 22-29

II czytanie: Ap 21, 10-14. 22-23

Ewangelia: J 14, 23-29

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. „Jeżeli się nie poddacie obrzezaniu według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni.” Pokusa sprowadzania wiary do przestrzegania przepisów religijnych jest olbrzymia. Dotyczy nas tak samo, jak „przybyszów z Judei” z czasów pierwszych chrześcijan. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego ciągle pojawiają się „przybysze”, którzy „sieją zamęt w naszych duszach”? To skutek grzechu pierworodnego, który zerwał naszą synowską relację z Bogiem. Dla dziecka jest czymś oczywistym, że relacja z jego ojcem jest czymś podstawowym, a przestrzeganie przepisów – wtórnym. Skoro jestem dzieckiem, to staram się nie zasmucać mojego ojca i dlatego przestrzegam jego poleceń. To jednak nie działa w drugą stronę: wyobraźmy sobie, że jest ktoś z ulicy, kto chciałby zostać dzieckiem króla. Studiuje wydane przez niego przepisy i stara się je przestrzegać co do jednego. W końcu przychodzi do króla i mówi: „zobacz, jak doskonale wypełniam twoje prawa. Wobec tego ty powinieneś mnie uznać za syna”. Co zrobi król? Uzna go za syna i nada mu tytuł księcia? Jezus przyszedł nie po to, aby nas nauczyć doskonale wypełniać prawa, ale aby odbudować naszą zerwaną relację z Ojcem. Uczynił to poprzez swoją śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie. Nie ma innej drogi do zbawienia – do wyrwania nas z mocy grzechu i przywrócenia relacji z Ojcem, poza Chrystusem. Łaska zbawienia pochodzi od Boga, a nie z naszego skrupulatnego wypełniania przepisów. To, że możemy żyć zgodnie z wolą Bożą, jest dziełem łaski, którą przyjmujemy i z którą współpracujemy.

  • Dlaczego wielu ludzi patrzy na chrześcijaństwo jako na zbiór przepisów, które są ciężarem? Czy nie wynika to z tego, w jaki sposób przedstawiono im naszą wiarę? Czy w naszym głoszeniu Chrystusa zachowujemy właściwy porządek: najpierw relacja z Bogiem, potem dopiero nakazy moralne i religijne, czy też koncentrujemy się na nakazach i zakazach?
  • Skąd biorą się spory o różne przepisy religijne (np. dotyczące szat liturgicznych, śpiewu, formy przyjmowania komunii, języka liturgicznego)? Dlaczego sprawy, które są tylko formą, tak łatwo przysłaniają nam to, co jest istotą chrześcijaństwa? Co nią jest?

2. Nowe Jeruzalem nie zostanie zbudowane przez ludzi. To miasto „zstępujące z nieba od Boga”. To obraz naszej przyszłości przeżywanej w bliskości Boga, w Jego chwale, w niebie, ale jednocześnie symbol działania Boga już teraz w naszej duszy. To ważny symbol: naszej relacji z Bogiem nie odbudujemy oddolnie, ale przyjmując to, co „zstępuje z nieba”. Każdy element tego obrazu warto przemyśleć i przemodlić. Źródło światła podobne do kamienia drogocennego, do jaspisu o przejrzystości kryształu – to symbol Bożego światła, które jest nam niezbędne, aby nie zagubić się duchowo. Jest ono czyste, niezmącone niczym, jak kryształ. Ludzkie poglądy, ludzkie teorie są zawsze niedoskonałe, niepełne, nieujmujące całej prawdy. Aby nie pobłądzić w życiu, potrzebujemy ciągle na nowo, każdego dnia, szukać Bożego światła, czytając Słowo Boże, słuchając Boga, rozeznając Jego wolę. Opis miasta świętego pasuje do wizji z końcowych rozdziałów Księgi Ezechiela, jednak ma charakter symboliczny. Dwanaście plemion Izraela, dwanaście bram – to ciągłość Bożego planu zbawienia, realizującego się w Starym Przymierzu wobec jego Ludu Wybranego, a znajdującego swą kulminację w osobie Chrystusa. Dalej zaś mamy dwanaście fundamentów, a na nich imiona dwunastu apostołów: tu bowiem jest kontynuacja planu zbawienia, a jednocześnie fundament naszej wiary. Jeśli pozostaniemy wierni Ewangelii Chrystusa, której strzeże Kościół zbudowany na tym fundamencie, osiągniemy zbawienie. Jeśli pójdziemy za różnymi ludzkimi teoriami religijnymi (nawet gdy z pozoru brzmią jak chrześcijańskie, ale nie trzymają się nauczania Kościoła), bardzo łatwo zboczymy z drogi.

  • Dlaczego tak ważne jest, aby w życiu duchowym szukać zawsze Bożego światła, a nie tylko po ludzku roztrząsać różne „za” i „przeciw”? W jaki sposób w praktyce szukasz tego światła? Jak wsłuchujesz się w głos Boży?
  • W jaki sposób możesz upewnić się, że twoje przekonania religijne nie są sprzeczne z nauczaniem Kościoła? Gdzie szukasz odpowiedzi? Jak często czytasz Katechizm Kościoła Katolickiego? Które encykliki ostatnich papieży przeczytałeś? Co z nich zapamiętałeś?

3. Jezus mówi: „jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę”. Tak często rozumiemy te słowa opacznie. Słowa Jezusa nie brzmią: „zachowuj moją naukę, a wtedy udowodnisz Mi, że mnie miłujesz”. Kolejność jest odwrotna: od miłości do zachowania nauki. Jeśli mamy co do tego jakiekolwiek wątpliwości, wczytajmy się w dalsze słowa: „kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów Moich”. Innymi słowy, ten, kto skrupulatnie wypełnia przepisy religijne, ale nie ma w nim miłości do Boga, ten nic nie osiągnie – bo w religii nie chodzi o przepisy, ale o relację z Bogiem. Tylko z tej relacji możemy czerpać siłę do wypełniania przepisów, do realizacji Bożej woli. Dlatego Jezus kontynuuje: „Paraklet, Duch Święty was wszystkiego nauczy”. Potrzebujemy żywego Ducha Bożego, który będzie działał w naszej duszy, aby rozumieć właściwie Boże nakazy, aby wypełniać Bożą wolę. To działanie Ducha przynosi naszej duszy wewnętrzny pokój, harmonię, której nie może dać ten świat.

Zastanawiające są słowa: „gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca…” Jak to – odejście Jezusa miałoby być dla nas dobre? Miałoby być powodem do radości? Ano tak: bo w ten sposób tworzy się przestrzeń do działania łaski w naszej duszy. Odejście Jezusa do Ojca to początek czasu Kościoła, czasu łaski, czasu naszego duchowego wzrostu. Do momentu tego odejścia uczniowie słyszeli głos Jezusa, ale go nie rozumieli, interpretując Jego słowa w opaczny sposób. Dopiero gdy zesłany został Duch Święty, ich duchowe oczy otwarły się i zaczęli myśleć i mówić o Jezusie w sposób właściwy.

  • W jaki sposób miłość sprawia, że nasza wola uzgadnia się z wolą drugiej osoby? Spróbuj wyobrazić sobie relację małżeńską, w której nie byłoby miłości, a tylko lista nakazów i zakazów. Jak trwałe byłoby takie małżeństwo? Jak szczęśliwi byliby małżonkowie?
  • Dlaczego miłość jest kluczem nie tylko do ludzkich relacji, ale także do naszej relacji z Bogiem? W jaki sposób miłość sprawia, że „dojrzewamy” w tej relacji? Pomyśl o tym, co najbardziej buduje relację między dwoma osobami (przebywanie z drugą osobą, dialog, słuchanie, czas poświęcany drugiej osobie, nasza energia i zasoby, które jej ofiarujemy); w jaki sposób odnosi się to do naszej relacji z Bogiem?

5 Niedziela Wielkanocna, rok C

Po czym wszyscy poznają, że jesteśmy uczniami Chrystusa? Po tym, że będziemy mieli najdoskonalszą, najprecyzyjniejszą doktrynę religijną? Po tym, że będziemy mieć najbardziej dostojną liturgię? Nie? Więc po czym?

I czytanie: Dz 14, 21 – 27

II czytanie: Ap 21, 1 – 5

Ewangelia: J 13, 31-33a. 34-35

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. „Umacniając dusze uczniów, zachęcając do wytrwania w wierze”. Gdyby dzisiaj zadać pytanie: „jakie jest najważniejsze zadanie apostoła? Na czym polega «umacnianie dusz» i «wytrwanie w wierze»” – jaką odpowiedź usłyszelibyśmy? Czy przypadkiem nie rozumiemy wiary tylko jako zbioru „prawd wiary”, których nauczyliśmy się na lekcjach religii? Owszem, wiara obejmuje wymiar intelektualny, ale jest czymś znacznie więcej – obejmuje bowiem całą osobę. Dalsza część zdania wyjaśnia nam, co znaczy „wytrwać w wierze” – „bo przez wiele ucisków trzeba nam wejść do królestwa Bożego”. Uciski, czyli przeciwności są tym, co sprawdza naszą wiarę oraz umacnia ją, jeśli przez nie przejdziemy. Łatwo jest mówić „wierzę”, gdy wszystko przychodzi łatwo. Gdy jednak pojawią się przeciwności – czy nadal wierzymy Bogu? Czy ufamy Mu, że to do Niego należy ostatnie słowo? Bóg dopuszcza „uciski”, bo tylko w ten sposób możemy dojrzeć duchowo (por 1P 1,7).

  • Przeczytaj fragment 1P 1,6-7. W jaki sposób wyjaśnia on to, że „przez wiele ucisków trzeba wejść do królestwa Bożego”?
  • Dlaczego potrzebujemy nawzajem zachęcać się do wytrwania w wierze? Dlaczego potrzebujemy też „starszych” (πρεσβυτέρους), dla których jest to podstawowe zadanie? W jaki sposób możemy to robić?

2. Nowe niebo i nowa ziemia, Nowe Jeruzalem – to symbole królestwa Bożego, do którego zdążamy. Najkrócej można je opisać słowami: „przybytek Boga z ludźmi”. W rzeczywistości doczesnej, w której żyjemy teraz, Bóg pozostawił nam autonomię – przestrzeń dla naszej wolnej woli i rozumu, abyśmy mogli podejmować decyzje, uczyć się, wzrastać duchowo, aż będziemy przygotowani do zamieszkania w tym wiecznym „przybytku”. Można powiedzieć, że Bóg wycofał się z rzeczywistości doczesnej na tyle, aby pozostawić nam przestrzeń do rozwoju; jednocześnie jednak nie pozostawił nas samych. Tak jak mądrzy rodzice czuwają nad swoimi dziećmi, ale pozwalają im odkrywać świat i doświadczać konsekwencji własnego postępowania, tak też Bóg czuwa nad nami, ale nie ingeruje natychmiast, gdy robimy coś nie tak, jak trzeba. Z tego „nie tak, jak trzeba” płyną oczywiście negatywne konsekwencje, których doświadczamy nie tylko my sami, ale całe nasze otoczenie. I stąd tyle łez, tyle cierpienia. W końcu jednak „oszlifowani” przez te trudy staniemy przed Bogiem, jako czysta i piękna oblubienica. Gdyby nie to szlifowanie, bylibyśmy tylko surowym kamieniem; dzięki „obróbce przez życie”, stajemy się klejnotem.

  • W jaki sposób trudy, cierpienia, przeciwności wyrabiają nasz charakter, odzierają nas z pychy i uczą nas zaufania do Boga?
  • Jak byłyby wychowane dzieci, gdyby rodzice rozwiązywali za nie wszystkie problemy? Jaki jest cel „doczesnego” wychowania? A jaki jest cel Bożego wychowania do „nowego nieba i nowej ziemi”? Jacy mamy się stać?

3. W rozmaitych religijnych dyskusjach i sporach bardzo często wpadamy w pułapkę stawiania tego, co drugorzędne przed tym, co absolutnie pierwszorzędne. Potrafimy spierać się o to, w jakim języku i formie powinna być sprawowana liturgia, o to, jak przyjmować komunię, o rozmaite kwestie teologiczno-duszpasterskie. A przy tym wszystkim gubimy wzajemną miłość. Tymczasem to właśnie wzajemna miłość jest kryterium bycia uczniem Chrystusa. Nie może mówić „miłuję Boga” ten, kto nie kocha swego brata (por. 1J 4,20). Św. Franciszek z Asyżu pisze w Napomnieniu 11.: „jakikolwiek grzech jakaś osoba popełniłaby i z tego powodu sługa Boży niepokoiłby się i gniewał, ale nie z miłości, gromadzi sobie winę”.

Chrystus mówi o „chwale”, którą jest otoczony. A św. Ireneusz z Lyonu pisze: „chwałą Boga jest żyjący człowiek” (Adv. haereses 4.20.7). Jak to zrozumieć? Chrystus, stając się człowiekiem, doświadczył trudu życia i śmierci w świecie skażonym grzechem, ale jednocześnie dowartościował nasze człowieczeństwo w najwyższym możliwym stopniu. I w Chrystusie odkrywamy prawdziwą godność człowieka: zarówno siebie samego, jak i naszych bliźnich. Jezus mówi: „Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony”. Mówiąc te słowa w momencie, gdy za kilkanaście godzin miało się dokonać odkupienie świata na Krzyżu, Jezus daje nam do zrozumienia, że właśnie ten moment jest kluczem do całej historii świata, jest w samym jej centrum; że poprzez przyjęcie krzyża przez Swego Syna Bóg zostanie otoczony chwałą; że droga do chwały wiedzie przez cierpienie. Zamiast toczyć jałowe spory teologiczne, lepiej wróćmy do Krzyża Chrystusa i pozwólmy, aby moc tej największej w świecie Miłości uleczyła nasze serca i pozwoliła nam naprawdę kochać Boga i naszych braci.

  • Jak sądzisz, dlaczego w tak ważnym momencie Jezus wypowiada te właśnie słowa: „przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem”? Jaka była miłość Chrystusa, z której mamy czerpać wzór i moc?
  • Co przekonuje ludzi do wiary? Mądre rozważania teologiczne? Kształt szat liturgicznych? Czy raczej miłość, która jest silniejsza niż zło i grzech? Jaki płynie z tego wniosek?

4 Niedziela Wielkanocna, rok C

4. niedziela wielkanocna to niedziela Dobrego Pasterza. Chrystus jest tym Dobrym Pasterzem, a Jego owczarnia to nie zamknięta zagroda, ale stado ze wszystkich ludów i plemion, które zna Jego głos i idzie za Nim.

I czytanie: Dz 13,14.43-52

II czytanie: Ap 7,9.14-17

Ewangelia: J 10, 27-30

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Paweł trzymał się zasady, aby głosić najpierw Słowo Boże Żydom, dopiero w drugiej kolejności – poganom. Bóg pozostał wierny swojemu przymierzu z Narodem Wybranym nawet wtedy, gdy Żydzi lekceważyli to przymierze i łamali je. Jego plan zbawienia świata nie ograniczał się jednak do Izraela. Gdy Żydzi odrzucili Ewangelię, którą głosił im Paweł – i to odrzucili zdecydowanie, bluźniąc i sprzeciwiając się jego słowom, Paweł zwrócił się do pogan. Ci okazali się bardziej chętnymi słuchaczami – skorymi do nawrócenia i uwierzenia Słowu Boga. We fragmencie tym zawarte są tajemnicze słowa: „wszyscy, przeznaczeni do życia wiecznego, uwierzyli”. Cóż znaczy, że ktoś „jest przeznaczony do życia wiecznego”? Czyżby Bóg jednych przeznaczył do życia wiecznego, innych – na wieczną zagładę? Teologowie przez wieki zmagali się z tym problemem i pojawiło się wiele błędnych interpretacji tzw. predestynacji (czyli – przeznaczenia). Kwestię tę podjął m.in. III Synod w Walencji (855), wskazując, że poprawnie rozumiana predestynacja oznacza, że Bóg wie, kto zostanie zbawiony, a kto – nie, ale w żaden sposób nie odbiera to wolnej woli konkretnym ludziom. „Przeznaczenie” do zbawienia nie jest więc jakimś determinizmem czy fatalizmem – nie możemy twierdzić, że jesteśmy źli i nie zbawimy się „bo Bóg tak postanowił” ani odwrotnie – że skoro Bóg postanowił, to będziemy zbawieni i już. Bóg nikomu nie narzuca zbawienia wbrew niemu samemu (mówi o tym Konstytucja Unigenitus pap. Klemensa XI, cz. 3. p.12-14, Denz. 1362-1364). Bóg szanuje naszą ludzką wolę i oferuje zbawienie, nawet gdy wie, że je odrzucimy.

Zastanawiające są słowa: „Żydzi podburzyli pobożne a wpływowe niewiasty i znaczniejszych obywateli”. Niestety szczególnie trudno dotrzeć łasce Bożej tam, gdzie są „pobożne a wpływowe niewiasty” oraz „znaczniejsi obywatele”. To pierwsze jest symbolem fałszywej, sentymentalnej religijności; to drugie – pomieszania religii z polityką. Jednego i drugiego musimy się strzec, aby nie stawiać zapory Słowu Bożemu!

  • Jak sądzisz, co jest probierzem zdrowej religijności? Po czym można poznać religijność problematyczną? (kluczem jest słuchanie Boga – posłuszeństwo Słowu Bożemu). Co w twojej własnej religijności może być przeszkodą w słuchaniu Boga?
  • Zastanów się, co znaczą słowa: „odrzucacie Słowo Boże i sami uznajecie się za niegodnych życia wiecznego”. Jaki wniosek płynie z nich, jeśli chodzi o to, kto będzie zbawiony, a kto nie?

2. Wielki tłum, który ujrzał Jan w swojej wizji to zbawieni ze wszystkich narodów świata, ze wszystkich kultur. Boża łaska, która prowadzi nas do zbawienia, nie jest ograniczona żadnymi ramami kulturowymi, etnicznymi czy językowymi. Trzeba o tym pamiętać, gdy przyjdzie nam ochota wynosić swój własny styl wyrażania wiary nad styl innych. Zbawienie zależy od tego, czy idziemy za Chrystusem, jesteśmy Mu posłuszni, a nie od tego, czy modlimy się po łacinie, grecku czy aramejsku. Ci, którzy „wybielili swe szaty w krwi Baranka”, będą zbawieni. Innego sposobu nie ma. Tu znowu dotykamy trudnej kwestii teologicznej (wyjaśnionej w deklaracji Dominus Iesus z 2000 r.). Nie ma innej drogi do zbawienia, jak tylko przez Jezusa Chrystusa. Jednak nie można z tego wyprowadzać wniosku, że Bóg ogranicza swoje działanie tylko do widzialnych struktur Kościoła. Duch wieje tam, gdzie chce i doprowadza ludzi do Chrystusa różnymi drogami. Deklaracja ta mówi: „Królestwo Boże — także rozpatrywane w swej postaci historycznej — nie jest tożsame z Kościołem jako rzeczywistością widzialną i społeczną. Nie można bowiem wykluczyć «działania Chrystusa i Ducha poza widzialnymi granicami Kościoła»” (n. 19).

Wizja Jana pokazuje, że wszyscy, którzy doznali zbawienia w Chrystusie, są blisko Boga, przed Jego tronem, w Jego świątyni. Wszystkie nasze pragnienia będą tam zaspokojone, nie będzie już cierpienia. Jednak nie ma innej drogi ku temu, niż przejście przez tajemnicę Paschy Chrystusa – przez cierpienie, które odkupiło nasz grzech. Każda inna droga jest złudzeniem.

  • Dlaczego problemu grzechu nie da się rozwiązać żadnymi reformami społecznymi albo wprowadzaniem rygorystycznych praw? Jakie rozwiązanie tego problemu dał nam Bóg?
  • Dlaczego ci, którzy poszli za Chrystusem, doznają „wielkiego ucisku”? W czym przejawia się ten „ucisk”? Jak podchodzisz do życiowych trudów i cierpień? Czy potrafisz przeżywać je w zjednoczeniu z Chrystusem?

3. „Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną, a Ja daję im życie wieczne” – to bardzo precyzyjnie ujęta droga do zbawienia. Jezus mówiąc o sobie jako Dobrym Pasterzu posługuje się obrazem zrozumiałym dla wszystkich: aby uniknąć zagrożeń, owce muszą znać głos swojego pasterza i iść za nim. Tak często szukamy innych sposobów, innych dróg rozwiązania naszych problemów, zamiast skupić się na tych słowach: mamy słuchać głosu Pana i iść za Nim. Po pierwsze: słuchać. Jak wiele razy irytowałeś się, że twoja modlitwa nie została wysłuchana? W rzeczywistości każda modlitwa zostaje wysłuchana przez Boga. Problem leży w tym, że my nie umiemy lub nie chcemy wysłuchać tego, co On do nas mówi. Rozeznawanie duchowe to niezwykle ważna umiejętność – Bóg bowiem nie krzyczy, nie narzuca się, ale przemawia w delikatny sposób do głębi naszego ducha. Aby Go usłyszeć, potrzebujemy wyciszyć inne głosy i nauczyć się rozpoznawać Jego głos. A gdy usłyszymy – mamy iść za Nim. Nie można zadowolić się samym tylko usłyszeniem głosu naszego Pasterza, ale trzeba iść tam, gdzie On prowadzi. A nieraz jest to nie ten kierunek, który sami chcielibyśmy obrać w życiu. Jeśli jednak posłuchamy Go i pójdziemy za Nim, możemy być pewni, że „nikt nie wyrwie nas z Jego ręki” – a mówiąc te słowa Jezus podkreśla jedność swoją oraz Ojca. Jeśli zaufamy Jezusowi, dojdziemy do domu naszego Ojca.

  • Co możesz zrobić, aby słuchać głosu Chrystusa i odróżniać go od innych głosów? Po czym możesz poznać, że to faktycznie głos Chrystusa, a nie jakaś ludzka mądrość? Jakie są zasady rozeznawania duchowego?
  • Co w twoim życiu oznacza teraz „iść za Chrystusem”? Jaką decyzję powinieneś podjąć, aby nie iść w swoją stronę, ale za twoim Pasterzem?

2 Niedziela Wielkanocna, rok C

Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Czy na pewno łatwiej byłoby nam wierzyć, gdybyś ujrzeli to, co widzieli Apostołowie? Jeśli tak myślimy, warto dobrze się zastanowić nad sensem Chrystusowego „dziewiątego błogosławieństwa”.

I czytanie: Dz 5, 12-16

II czytanie: Ap 1, 9-11a. 12-13. 17-19

Ewangelia: J 20, 19-31

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Czas ziemskiej posługi Jezusa wypełniony był głoszeniem Słowa Bożego oraz czynieniem znaków i cudów. Ten sam model działania przejęty został przez apostołów. Słowo Boże, znaki i… trzeci element, który łatwo przeoczyć. Zanim przeczytasz następne zdanie, zastanów się, czy wiesz, o co chodzi? Powinno to być oczywiste, a jednak często nie jest. Chodzi o słowa „trzymali się wszyscy razem”. Tu również model działania pierwszych chrześcijan był całkowicie zgodny z modelem działania Jezusa. Nie tylko nauczał On i czynił cuda, ale także stworzył wokół siebie wspólnotę: węższą – dwunastu apostołów, oraz szerszą – uczniów. Nie tylko w pierwszym pokoleniu, ale aż po kres czasów Kościół zobowiązany jest realizować ten właśnie model: głoszenie Dobrej Nowiny, czynienie znaków oraz trwanie w jedności, we wspólnocie. Rezygnacja z któregokolwiek z tych trzech elementów zawsze prowadzi do skrzywień. Kościół, który nie ewangelizuje, nie wychodzi na zewnątrz, głosząc wszystkim Dobrą Nowinę, traci dynamikę i zamyka się w sobie. Mentalność „oblężonej twierdzy” nie jest zgodna z zamysłem Chrystusa. Kościół, który nie czyni znaków (poprzez wieloraką posługę: m.in. przez uzdrawianie, sakramenty, modlitwę o uwolnienie duchowe), przestaje być wiarygodny, a chrześcijaństwo zaczyna być traktowane tylko jako pewna opcja światopoglądowa. Kościół, który nie jest wspólnotą, nie zapewni oparcia (duchowego, ale także ezgystencjalnego), zwłaszcza w trudnych chwilach.

  • „Coraz bardzie też rosła liczba mężczyzn i kobiet przyjmujących wiarę w Pana”. Pomyśl, dlaczego dziś nie widać tak dynamicznego wzrostu, jak w pierwszym pokoleniu chrześcijan? Którego z trzech elementów brakuje najbardziej: jasnego głoszenia Słowa Bożego, znaków Bożej mocy czy miłującej się wspólnoty?
  • Co możesz konkretnie zrobić w swojej wspólnocie, w grupie, w parafii, aby były one miejscem wzajemnej troski?

2. Siedem Kościołów i siedem świeczników. Świecznik w Biblii był symbolem kultu Boga, a jednocześnie świadectwa (por. Wj 37; Zach 4; Mt 5). Chrystus w wizji św. Jana znajduje się wśród siedmiu świeczników, a jednocześnie list pisany jest do siedmiu Kościołów. Kościół (zarówno w całości, jak i w każdej swojej komórce) jest miejscem kultu Boga, a jednocześnie – świadkiem wobec świata. Tych dwóch elementów nie da się rozdzielić. Kościół ma modlić się, żyć misterium paschalnym, a jednocześnie – świadczyć o Jezusie całemu światu. Również i tu konieczna jest równowaga. Gdy skoncentrujemy się tylko na realizacji misji, czynimy wprawdzie rzeczy „dla Boga”, ale niekoniecznie z Nim i Jego mocą. Gdy skupimy się jedynie na oddawaniu chwały Bogu (w liturgii, w modlitwie), grozi nam pokusa pozostawania w duchowym „ciepełku”, tymczasem na zewnątrz pozostają ludzie, którzy potrzebują głoszenia Ewangelii, którym nie ma kto jej głosić. Innymi słowy, nasza działalność w Kościele (czy to ewangelizacja, czy jakakolwiek inna) musi zawsze mieć oparcie w żywej relacji z Bogiem. Żywej – to znaczy stale odżywianej przez modlitwę, rachunek sumienia, odnoszenie Słowa Bożego do swojego życia. A nasza relacja z Bogiem powinna nas prowadzić do ludzi, do posługi realizowanej w mocy Ducha, który działa w naszych sercach. Przestańmy się obawiać o to, że nie damy rady: to nie nasze pomysły, nie nasze siły, nie nasze umiejętności mają przemienić świat, ale sam Chrystus, który jest „Pierwszy i Ostatni, i Żyjący”.

  • Czy czujesz w sercu wezwanie od Boga, któremu nie umiesz podołać? Co frustruje cię, zniechęca, odbiera ci siły w realizacji twoich zadań w Kościele, w rodzinie, w społeczeństwie?
  • Pozwól Bogu, aby twoje poczucie niemocy „pracowało w tobie”, aby przemieniało ciebie od wewnątrz, abyś nie realizował Jego powołania według swoich pomysłów, ale dając się prowadzić Temu, który „jest żyjący na wieki wieków”.

3. „Jak Mnie posłał Ojciec, tak i Ja was posyłam” – Jezus mówi wyraźnie, że to Apostołowie, a po nich kolejne pokolenia Jego uczniów, czyli także my mają to samo posłannictwo, co On. Mamy głosić ludziom Chrystusa, Zbawiciela świata. Mamy opowiadać im Dobrą Nowinę, pokazując, że zasadniczym problemem każdego człowieka, jak i całego świata jest grzech – i że Bóg w osobie Jezusa dał nam rozwiązanie tego problemu. Mamy słowem i życiem świadczyć o tym, że tak właśnie jest. Słowa „pokój wam!” – to nie tylko zwyczajowe pozdrowienie, ale ważne przesłanie: Chrystus przynosi prawdziwy pokój. Pokój, biorący się z rozwiązania problemu grzechu, z naprawienia zamętu, który istnieje w naszej duszy i uleczenia podziałów między ludźmi.

Być może tak jak apostoł Tomasz oczekujemy bezpośredniego doświadczenia, możliwości „dotknięcia” naszego Pana. Bóg jednak lepiej wie, co jest dla nas dobre. Mówiąc „błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”, Jezus pokazuje nam drogę wiary, która pozwala nam dojrzeć wewnętrznie do doświadczenia. Cóż z tego, że doświadczymy mocy Bożej, jeśli wewnątrz jesteśmy nieprzygotowani, jeśli myślimy po ludzku, a nie po Bożemu? Co zrobimy z takim doświadczeniem? Bóg nie przemieni nas na siłę, ale chce, abyśmy Mu wierzyli i pozwolili, aby powoli wyprowadzał nas z tego ludzkiego sposobu myślenia i wartościowania. Nie jest to łatwa droga i zajmuje ona wiele lat, ale jest ona dla nas błogosławieństwem. Jeśli ją przejdziemy, nie znajdziemy się w sytuacji tego, który pojawił się na uczcie Oblubieńca nieprzyodziany we właściwą szatę, czyli nieprzygotowany na spotkanie z Bogiem.

  • Pomyśl o konkretnych problemach, których doświadczasz w swoim życiu? Czy potrafisz powiązać je z grzechem (twoim lub innych ludzi)? W jaki sposób uwolnienie od grzechu pozwoli rozwiązać te problemy?
  • Co oznaczają dla ciebie słowa: „błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”? Co konkretnie powinieneś teraz zawierzyć Panu? W jakiej kwestii powinieneś Mu bardziej zaufać?

Niedziela Wielkanocna, rok C

„Przez Jego imię otrzymujemy odpuszczenie grzechów”. Wszelkie próby szukania rozwiązania problemów ludzkości zawiodą, jeśli nie sięgniemy do źródła tych problemów: do grzechu. A problemu grzechu nie jesteśmy w stanie rozwiązać sami – może to zrobić jedynie Bóg. I właśnie to uczynił, dając nam prawdziwego Zbawiciela – swojego Syna.

I czytanie: Dz 10, 34a. 37-43

II czytanie: Kol 3,1-4

Ewangelia: J 20,1-9

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Piotr zaczyna głoszenie Ewangelii od faktów. To bardzo ważne. Ewangelia to nie teoria. To nie doktryna religijna. To twarde fakty, z którymi zostajemy skonfrontowani: konkretna postać historyczna, która żyła pośród nas, którą widzieliśmy i słyszeliśmy. Jeśli nie osobiście – to za pośrednictwem świadków, którzy nam te fakty przekazali. Od faktów – przez dawanie świadectwa doświadczenia działania Boga – poprzez wezwanie do nawrócenia i przyjęcia Jezusa jako jedynego Zbawiciela – to najwłaściwszy sposób głoszenia Dobrej Nowiny. Nie moralizowanie, nie głoszenie doktryny, ale ukazywanie Jezusa i świadczenie o Nim. Jeśli wydaje nam się, że nasze otoczenie nie słucha nas, gdy mówimy o wierze, pomyślmy, czy faktycznie idziemy za tym apostolskim wzorcem głoszenia Ewangelii, czy też zaczynamy nie od tej strony, co trzeba.

  • Co przekonało cię, że warto uwierzyć Jezusowi, warto oddać Mu swoje życie?
  • W jaki sposób świadczysz o tym w swoim środowisku i wszędzie tam, gdzie Bóg cię postawi (pomyśl, jak w niekomfortowej sytuacji był Piotr, który głosił Ewangelię nie-Żydowi, komuś całkowicie spoza swojego kręgu społecznego)?

2. „Jeśli razem z Chrystusem powstaliście z martwych, szukajcie tego, co w górze”. Co znaczy „powstać z martwych razem z Chrystusem”? Aby powstać z martwych, trzeba najpierw umrzeć. Dlatego Paweł pisze „umarliście bowiem”. Grzech sprawia, że nie jesteśmy w stanie zrealizować dobra, którego tak bardzo pragniemy. W naszym życiu ciągle potykamy się o grzech, zarówno swój własny, jak i innych. Nieraz mówimy: „chciałem dobrze, a wyszło tak, jak zawsze…” Potrzebujemy doświadczenia frustracji, bezradności, cierpienia, aby w końcu dotarło do nas, że źródło naszych problemów nie leży w jakimś „systemie” i nie da się ich rozwiązać wprowadzaniem takich czy innych przepisów i zasad. Dopiero, gdy nasze próby realizacji dobra na własną rękę upadną, jesteśmy gotowi na powstanie z martwych razem z Chrystusem. Najpierw musimy umrzeć: doświadczyć porażki, zrezygnować z udowadniania sobie i innym, że damy radę. Musimy przyznać: problem jest we mnie. Gdy to się stanie, możemy wejść w Paschę Chrystusa – doświadczenie ciemności, z którego Bóg wyprowadza nas ku nowemu życiu. Ważne jednak, aby potem nie wracać do sposobu myślenia i postępowania sprzed tego przejścia przez nasze osobiste Morze Czerwone. Nie myślmy o swoim Egipcie, o sposobach i sztuczkach tego świata. Skoro pozwoliliśmy Bogu, aby przeprowadził nas przez ciemność, nie porównujmy się z ludźmi tego świata, którzy tego nie doświadczyli. Idźmy naprzód – ku górze, bo tam jest prawdziwe życie. Nie „łatwe” życie, ale właśnie: prawdziwe.

  • Czy doświadczyłeś przejścia przez ciemność, śmierć twoich pragnień, planów, ambicji? Co jeszcze w twoim życiu „umarło”? Czy zaprosiłeś Boga do tych najtrudniejszych doświadczeń? Czy pozwoliłeś Mu, aby cię przeprowadził do prawdziwego życia?
  • Popatrz na to, na czym ci zależy w życiu, czym się zajmujesz, co jest dla ciebie ważne. Czy te rzeczy są faktycznie „dążeniem do tego, co w górze”? Jeśli nie, czy jesteś gotów oddać je Bogu, aby doświadczyć pełniejszego życia?

3. Maria Magdalena, Piotr i Jan – to pierwsze osoby, które zobaczyły pusty grób Jezusa. Jaka była ich reakcja? Maria była skonsternowana, nie wiedziała, jak się zachować. Jan zawahał się. Piotr natomiast wszedł do wnętrza grobu, aby na własne oczy przekonać się, co się stało. Wszedł – i uwierzył. A w ślad za nim – także i Jan. Wiara bierze się z doświadczenia Boga, z faktów, a nie ze spekulacji. Owszem, intelekt może być wsparciem dla wiary, ale nie może jej zastąpić. Z myślenia o Bogu nie wynika wiele, dopóki nie pozwolimy Bogu, aby skonfrontował nas z faktami. Piotr i Jan słyszeli przecież od samego Jezusa, że zmartwychwstanie. A jednak nie trafiało to do nich, nie rozumieli tego. Dopiero, gdy ujrzeli pusty grób, płótna i chustę, nagle ich serce się otwarło i uwierzyli. Bóg także i do nas przemawia przez fakty, które dotykają naszego serca. Nieraz wcześniej nakierowuje nas w różny sposób, abyśmy odczytali te fakty. Czy będziemy mieli odwagę – jak Piotr i Jan – pobiec do grobu i pozwolić Bogu, aby otworzył nasze serce? Czy pozwolimy, aby z naszego doświadczenia lęku, konsternacji, zagubienia, słabości wyprowadził nas do życia?

  • Spróbuj wyobrazić sobie, co czuli Maria Magdalena, Piotr i Jan, zanim poszli do grobu. Jakie myśli mogły krążyć po ich głowach? Czego mogli się spodziewać?
  • Co jest twoim powodem do zmartwienia? Co cię przytłacza? Co sprawia, że tracisz nadzieję, że będzie lepiej? Pomyśl, czy właśnie to negatywne doświadczenie nie jest potrzebne, abyś zmienił swoją życiową perspektywę, abyś pozwolił poprowadzić się Bogu dalej?

Niedziela Palmowa (6. niedziela Wielkiego Postu), rok C

Tajemnicą naszego zbawienia jest posłuszeństwo. Posłuszeństwo Chrystusa, ale i nasze posłuszeństwo Bogu. Grzech pierworodny był buntem przeciwko Bogu, a zbawienie – to złamanie tego buntu i przywrócenie nam dziecięcej relacji do naszego Ojca.

I czytanie: Iz 50, 4-7

II czytanie: Flp 2, 6-11

Ewangelia: Łk 22, 14 – 23, 56

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. „Pan Bóg otworzył mi ucho” – te słowa odnoszą się do Sługi Jahwe: Chrystusa. Odnoszą się także do nas, uczniów Chrystusa. Nie ma uczniostwa bez słuchania mistrza. Nie chodzi tu o teologiczną wiedzę „o Bogu”, ale o słuchanie Boga, który kieruje swoje słowo do mnie samego. Nie mamy być posłuszni „przykazaniom religijnym”, ale Bogu, który jest autorem tych przykazań. Wielu ludzi nie dostrzega tu różnicy: przestrzegają litery prawa, koncentrując się na wypełnianiu przepisów, nie dostrzegają jednak celu prawa. Może się okazać, że tak podchodząc do Bożego prawa, zwrócimy się przeciw samemu Bogu, jak faryzeusze i uczeni w Piśmie. To, co robił Jezus, nie zgadzało się z ich interpretacją przepisów religijnych, odrzucili Go więc i wydali na śmierć. Bóg przychodzi do każdego z nas w osobie Jezusa, pokornego Sługi, który „poddał swój grzbiet bijącym i policzki rwącym Mu brodę”. Pragnie naszego serca, a nie legalizmu. Ten, kto chciałby się zbawić dzięki przestrzeganiu przepisów, nie osiągnie zbawienia, bo ufa samemu sobie, wierzy w swoje własne siły. Zbawi się natomiast ten, kto pojmie, że o własnych siłach nie zdoła wyrwać się z sideł grzechu i zwróci się z prośbą o ratunek do Jezusa, jedynego Zbawiciela.

  • Niedziela Palmowa to dobry czas, aby zastanowić się nad tajemnicą naszego zbawienia. Dlaczego Bóg wybrał tak „trudną” drogę – przez mękę i śmierć Swojego Syna? Czemu kluczem do zbawienia jest posłuszeństwo, a nie wypełnianie przepisów?
  • Jeśli doświadczasz życiowych trudów, niepowodzeń, cierpienia – oddaj je Bogu i pozwól, aby wykorzystał je dla pogłębienia twojej wrażliwości, abyś umiał „pomagać strudzonemu krzepiącym słowem”. Jakie słowa przynoszą prawdziwe pokrzepienie, a jakie są tylko płytkimi zapewnieniami „wszystko się ułoży”?

2. „Chrystus… nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi… stał się podobny we wszystkim do człowieka, z wyjątkiem grzechu”. W tych słowach zawiera się tajemnica naszego zbawienia. Poprzez swoje posłuszeństwo Jezus złamał siłę grzechu pierworodnego – buntu i nieposłuszeństwa wobec Boga. A ponieważ uczynił to w ludzkiej naturze, będąc prawdziwym człowiekiem, poniósł cały ciężar grzechu w imieniu całej ludzkości. Można powiedzieć, że jest to „rachunkowość” nie na zwyczajnych liczbach, ale na nieskończonościach. Tak jak grzech był nieskończenie wielką obrazą Boga, tak też przyjęcie na siebie kary za grzech przez kogoś, kto był doskonały, bezgrzeszny, w pełni zrównoważyło tę obrazę. To oczywiście język analogii – bo dla Boga liczą się relacje, nie rachunki, ale trudno nam w inny sposób opisać niewyobrażalnie wielkie zło, które przyniósł ze sobą grzech i niewyobrażalnie wielką miłość, która ten grzech odkupiła.

  • Co znaczy, że grzech jest buntem przeciwko Bogu? Na czym polega zło buntu (pomyśl o buntownikach, którzy rozbijają jedność społeczną, skłócają jednych z drugimi, są nielojalni względem władzy)? Dlaczego bunt przeciwko Bogu, który jest absolutnym dobrem i źródłem wszelkiego dobra, jest tak groźny?
  • Pomyśl o konkretnych grzechach: jaki nieporządek w życiu wprowadzają (np. kradzież, obmowa, wykorzystywanie innych, zaniedbanie swoich obowiązków, zdrada)? Jakie są ich skutki w dłuższej perspektywie? Czy łatwo je naprawić?

3. Opis Ostatniej Wieczerzy i Męki Pańskiej to materiał raczej do kontemplacji sercem niż do intelektualnego rozważania. Aby pomóc w takim kontemplatywnym spojrzeniu, zwrócę uwagę na trzy wątki:

– Gdy Jezus w postawie sługi umywa uczniom nogi (to wiemy z Ewangelii Jana), ci kłócą się, który z nich jest największy. To bardzo znamienne: tam gdzie świętość, tam też wrażliwość na innych, postawa służebna. Tam, gdzie grzech, tam wrażliwość na samego siebie, dochodzenie swoich praw i stawianie się nad innymi.

– Modlitwa w Ogrodzie Oliwnym pokazuje, że świętość nie chroni nas przed cierpieniem, przed odczuciem wewnętrznego bólu i lękiem. Żyjemy w świecie skażonym grzechem i skutki grzechu dotykają wszystkich, nie tylko bezpośrednio tych, którzy grzeszą. Uczeń Chrystusa to nie buddysta, który miałby zobojętnieć na cierpienie, ale ktoś, kto idzie w ślady Mistrza i oddaje swoje cierpienie Bogu, mówiąc: „niech będzie Twoja wola, nie moja”.

– Postawa Piłata, Heroda, członków Sanhedrynu, żołnierzy kontrastuje z postawą nawróconego złoczyńcy. CI pierwsi mieli w swym ręku władzę, mieli poczucie siły, byli pewni siebie. To prowadzi ostatecznie do odrzucenia Boga, do szyderstwa z Boga. Nawrócony złoczyńca miał natomiast tylko sumienie, które mówiło mu: jestem grzesznikiem, potrzebuję zbawienia. I to on właśnie otrzymał obietnicę zbawienia, a tamci utknęli w swej pysze, zbuntowani przeciw Bogu.

  • Przeczytaj uważnie opis Męki Pańskiej. Nie spiesz się, pozwól, aby Bóg poruszył twoją wyobraźnię i uruchomił wrażliwość. Przez co Bóg najbardziej przemawia do twojego serca? Na co zwraca ci uwagę?

5. niedziela Wielkiego Postu, rok C

Oto Ja dokonuję rzeczy nowej. Zamiast skupiać się na przeszłości, zamiast opierać się wyłącznie na wcześniejszym doświadczeniu, możemy doświadczyć Bożej mocy, która przekracza to, co znamy. Nie oznacza to jednak bierności z naszej strony, ale aktywne podjęcie daru, który otrzymujemy od Boga

I czytanie: Iz 43, 16-21

II czytanie: Flp 3, 8-14

Ewangelia: J 8, 1-11

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Bóg nie wymazuje przeszłości, nie „kasuje” przeszłości, nie chce jednak, abyśmy tkwili w przeszłości. Nasza przeszłość ma wpływ na teraźniejszość, ale nie determinuje przyszłości. Bóg obdarzył nas wspaniałym darem: dał nam wolną wolę i zawsze, nawet w najtrudniejszych okolicznościach, możemy się tym darem posłużyć. Krótko mówiąc: zawsze masz wybór. Bóg działał w przeszłości – tak jak wtedy, gdy wyprowadził z niewoli Izraela i działa nadal. To, co po ludzku wydaje się niemożliwe, dla Boga jest możliwe. Istotne jest, abyśmy do Bożego daru nie podchodzili biernie. Bóg nie daje „gotowców”, ale każdy jego dar jest zaproszeniem do współpracy. Jest raczej „wędką” niż „rybą”. Dając głodnemu rybę nakarmimy go raz; dając mu wędkę, pozwalamy mu łowić rybę tyle razy, ile potrzebuje.

  • Zastanów się nad swoim dotychczasowym życiem: w jakich momentach doświadczyłeś Bożej opieki? Bożego natchnienia? Bożego działania? Jakie dary i zdolności już otrzymałeś od Boga?
  • Czy jest coś, co blokuje cię w życiu, nie pozwala się rozwijać, korzystać ze swoich zdolności? Jeśli tak, powierz to Bogu, aby „otworzył ci drogę na pustyni”. Pozwól jednocześnie Mu przeprowadzić się przez tą pustynię.

2. „Wszystko uznaję za stratę”. Paweł nie jest nihilistą, nie odbiera niczemu wartości. Pokazuje natomiast prawdziwą skalę wartości: wobec przeogromnej mocy Bożej, która ujawniła się w Chrystusie, wszystko jest po prostu małe (ale nie pozbawione znaczenia). Bez Chrystusa nasze wysiłki będą jak młócenie powietrza; z Nim natomiast – będą przynosiły owoce.

„Nie mówię, że już to osiągnąłem”: to ważne słowa. To, co otrzymujemy od Boga, także największy dar, jaki otrzymaliśmy: Jego Syn, wymaga naszej odpowiedzi. Tego wydaje się nie rozumieć część protestantów, którzy zbawienie rozumieją jak automat. Nie możemy sami uzyskać usprawiedliwienia – czyli naprawić naszej relacji z Bogiem popsutej przez grzech. Żadne uczynki nie są w stanie tego osiągnąć. Mówi o tym jasno Sobór Trydencki w Dekrecie o usprawiedliwieniu (kanon 1). Podkreśla jednocześnie, że człowiek musi współpracować z łaską (kanon 9). Mowa jest o naszej „dyspozycji” – czyli nastawieniu naszej woli. Znów więc pojawia się termin: wolna wola. Zbawienie nie dokonuje się na zewnątrz nas, ale musi dotknąć naszej woli. Jeśli pozostaniemy bierni, jeśli nie podejmiemy współpracy z Bogiem, nie możemy się zbawić. O tym właśnie bardzo jasno mówi dzisiejsze 2. czytanie. Jeśli ktokolwiek, być może pod wpływem protestanckich nauczań, będzie ci usiłował wmówić, że zbawienie jest czymś, co dokonuje się bez naszego udziału, wróć do tego fragmentu, przeczytaj go uważnie i wyciągnij wniosek. Kto ma rację: twój protestancki znajomy, czy św. Paweł, który pisze „nie mówię, że już to osiągnąłem, ale pędzę, abym też to zdobył [pełne powstanie z martwych]; wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę, w Chrystusie Jezusie”.

  • Czy są w twoim życiu jakieś rzeczy, które wydają ci się tak wielkie, tak ważne, tak istotne, że przysłaniają ci Jezusa? Być może chodzi o jakieś wspomnienia, o poczucie krzywdy, o samotność, poczucie niezrozumienia, a może – o twoje niezrealizowane plany. Spróbuj popatrzeć na nie z perspektywy Jezusa, aby nabrały właściwego rozmiaru, aby nie mieć zaburzonej perspektywy.
  • Pomyśl o konkretnej dziedzinie swojego życia. W jaki sposób możesz pozwolić Bogu, aby rozwiązał twój problem, pozwolił ci pójść do przodu? Co ty sam musisz zrobić, aby dobrze wykorzystać tę Bożą łaskę?

3. Sens sceny spotkania Jezusa z kobietą cudzołożną znajdujemy w ostatnim wersecie: „Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz”. Łaska Boża, dana nam w Chrystusie, jest pełna, nic jej nie brakuje. Całkowicie uwalnia nas od grzechu, nasza relacja z Bogiem zostaje naprawiona. Nie oznacza to jednak, że nie jest istotne nasze zaangażowanie, nasza wola, nasze czyny. Uwierzyć Bogu nie znaczy biernie przyjąć Jego łaskę, ale podjąć tę łaskę, współpracować z nią, tak by „już więcej nie grzeszyć”. To najważniejsze przesłanie dzisiejszej ewangelii.

Jest jednak jeszcze drugi wątek: postawa uczonych w Piśmie i faryzeuszów. Ich wiedza religijna nie zdała się na nic, bo zabrakło im Bożego spojrzenia, Bożego miłosierdzia. Liczyły się dla nich zasady i prawo, które ktoś złamał. Nie liczyła się osoba. Tak nie patrzy Bóg. Prawo jest dla osoby, a nie osoba dla prawa. Niestety my sami także bardzo często wpadamy w pułapkę faryzeizmu i „uczoności w Piśmie”. Tak często osądzamy innych, bo modlą się inaczej niż my, bo w inny sposób wyrażają swoją wiarę, bo nie spełniają takich czy innych zasad. Nie potrafimy zajrzeć w ich serce, ale wydaje nam się, że mamy prawo im dyktować, jak mają myśleć, jak mają żyć, jak się modlić. Wtedy staje przed nami Jezus i nic nie mówiąc, pisze palcem po ziemi. Nie wiemy, co pisał w obecności faryzeuszy. Pomyśl jednak, co napisałby tobie, gdyby miał rozliczyć wszystkie twoje niedociągnięcia, złamane zasady, lekceważenie innych ludzi, brak czasu dla Boga i inne twoje grzechy…

  • Zrób rachunek sumienia, skupiając się na tym, co najbardziej ci ciąży (nie wyliczaj wszystkich grzechów, ale skup się na jednym). Pomyśl o tym, jaką krzywdę ten grzech wyrządza: tobie samemu, twoim relacjom z innymi, twojej relacji z Bogiem. Oddaj ten grzech Bogu, prosząc o wybaczenie i łaskę do poprawy.
  • W jakich sytuacjach masz skłonność do osądzania, oceniania innych? Czy nie stawiasz prawa i zasad przed osobą? Czy potrafisz innych napominać z miłością (a nie z gniewem, oburzeniem, odrzuceniem)?

4. niedziela Wielkiego Postu, rok C

Olbrzymi grzech syna marnotrawnego i pełne przebaczenie ze strony ojca, który widzi syna wracającego do domu. A jednocześnie – nadal popsuta relacja między braćmi. To dobry obraz, który uzmysławia nam, że Boża miłość jest tak mocna, że może natychmiast naprawić naszą relację do Niego, a jednocześnie tak delikatna, że nie narzuca nic siłą i nie usuwa konieczności naszego wewnętrznego dojrzewania i naprawiania relacji z innymi ludźmi.

I czytanie: Joz 5, 9a. 10-12

II czytanie: 2 Kor 5, 17-21

Ewangelia: Łk 15, 1-3.11-32

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Od Paschy do Paschy. Wędrówka Izraelitów z Egiptu, rozpoczęta pierwszą Paschą i dramatycznymi wydarzeniami, które towarzyszyły wyjściu z kraju niewoli kończy się po 40 latach w całkiem odmiennych okolicznościach. Tu mamy opis sytuacji, która mogłaby się wydawać sielanką, gdyby nie te właśnie 40 lat trudu związanego z drogą przez pustynię, które ją poprzedziły. Może się wydawać niezrozumiałe, dlaczego Bóg, który sprawił tyle cudów, aby wyprowadzić swój lud z niewoli, uwalniając Izraelitów (fizycznie) z rąk faraona, musiał czekać aż 40 lat, dopóki Jego lud nie dojrzał (duchowo) do wejścia do Ziemi Obiecanej. Jest w tym bardzo ważna nauka dla nas. Bóg nie może uczynić cudu „nawrócenia nas na siłę” – bo w ten sposób złamałby naszą wewnętrzną wolność. Nie może nawrócić nas bez nas samych. Dlatego bardzo groźną iluzją jest oczekiwanie od Boga, że to zrobi, bez uczciwego podejmowania trudu nawrócenia każdego dnia. Zamiast czekać na mannę z nieba, trzeba otwierać swoje serce przed Bogiem i pozwalać Mu, aby dotykał tego serca, uzdrawiając nasze zranienia i powoli prowadząc do dojrzałości. Bóg pragnie, abyśmy ufali Mu jak dzieci, ale nie – żebyśmy byli emocjonalnie dziećmi, skoncentrowanymi na sobie, kapryśnymi, strzelającymi „focha” i przenoszącymi się do innej piaskownicy, gdy drugie dziecko zrobi coś nie po naszej myśli. Bóg nie chce, abyśmy żyli w kolejnych piaskownicach, ale – tak jak Izraelitów – tak i nas pragnie przeprowadzić przez pustynię, dopóki nie dotrzemy do najniższego punktu na ziemi, do naszego duchowego Jerycha (to najniżej położone miasto na naszej planecie).

  • Spróbuj wczuć się w sytuację Izraelitów. Co w ich przypadku oznaczały słowa „zrzuciłem z was hańbę egipską”? Na czym polegała ta hańba? [Chodzi o niewolę, upokorzenie i co jeszcze?] Dlaczego Bóg potrzebował aż 40 lat, aby przygotować swój lud do wejścia do nowego życia w Ziemi Obiecanej?
  • Co w sensie duchowym oznacza, że Bóg zdejmuje z nas hańbę? Na czym polega dramat niewoli „wewnętrznej”? Dlaczego do uwolnienia z tej niewoli nie wystarcza jednorazowy akt, jednorazowa deklaracja, ale potrzebny jest proces, trwający nieraz długie lata? Co jest twoim duchowym Jerychem – największym „dołem”, duchowym bólem, depresją, poczuciem krzywdy, niezrozumienia? Czy pozwolisz Bogu doprowadzić się do tego miejsca, aby się nim zajął?

2. „Nowe stworzenie” nie jest nowe w tym sensie, że Bóg neguje naszą naturę, usuwa naszą psychikę, anuluje to, co sam stworzył. Jest natomiast nowe, ponieważ „to, co dawne minęło”. Nasza przeszłość pozostaje w naszej pamięci, kształtuje nasze postawy, ale nie musi determinować naszej przyszłości. Bóg daje nam w Chrystusie wielką szansę: możemy przepracować tę przeszłość, wpuścić w nią Jego łaskę, która oczyści nasze wspomnienia, uleczy poczucie krzywdy i żalu, opatrzy duchowe rany. Grzechy przeszłości, zarówno te, które sami popełniliśmy (i mamy z tego powodu poczucie winy), jak i te, które popełniono przeciw nam (i czujemy się skrzywdzeni) zostają naprawdę zgładzone przez Chrystusa. Jego „posługa jednania” jest jak balsam, który zabliźnia rany, które wydawały się nie do uleczenia. Rozdarcie między nami a Bogiem zostaje uleczone natychmiast, gdy przyjmujemy Boże przebaczenie w Chrystusie. Natomiast rozdarcie w nas samych (wewnętrzny nieład) oraz rozdarcie między nami a innymi ludźmi wymaga czasu, aby mogło zostać uleczone. Wymaga także „posługi jednania” – nie jednorazowej deklaracji, ale właśnie posługi (gr. diakonia). Posługa zaś to nie narzucanie czegokolwiek, ale służba, z cierpliwością, aż do skutku. Nie „rozkazujemy”, nie „nakazujemy”, nie „oznajmiamy” w imię Chrystusa, ale „prosimy”. Jedyna sytuacja, gdy w posłudze słowo „nakazuję” jest właściwe – to egzorcyzm. We wszystkich innych niech będzie raczej: „proszę”! Tylko w ten sposób możemy coś zszyć, uleczyć, naprawić, a nie – powodować jeszcze gorsze rozdarcie.

  • Dlaczego śmierć Chrystusa przynosi całkowite pojednanie w relacji z Bogiem, tak, że Bóg w ogóle już nie „poczytuje nam naszych grzechów”? Dlaczego nie usuwa automatycznie wszystkich konsekwencji grzechu (krzywda, zranienie, szkody duchowe i fizyczne, cierpienie)?
  • Czy to, co robisz jako uczeń Chrystusa w domu, w pracy, w Kościele i we wspólnocie, jest faktycznie „posługą jednania”? Czy raczej „posługą narzucania swojego stylu, swojego punktu widzenia”?

3. Przypowieść o synu marnotrawnym jest tak bogata w znaczenie, że można by na jej temat napisać książkę. Znakomicie pokazuje bowiem dramat naszego ludzkiego losu, naszej popsutej relacji z Bogiem, naszym Ojcem, nasze skrzywione pragnienie wolności, niewłaściwe posługiwanie się „ojcowizną”, zerwane relacje z braćmi, a jednocześnie – szeroko otwarte ramiona naszego Ojca w niebie, który czeka na nasz powrót. Tu spróbuję zwrócić uwagę na trzy szczegóły:

„Roztrwonił swoją własność, żyjąc rozrzutnie”. Bóg stwarzając nas, dał nam na własność dary: naszą naturę, nasze talenty, naszą wrażliwość, nasz olbrzymi potencjał. Nie chodzi o to, żebyśmy to negowali, ale żebyśmy dostrzegli, że problemem jest sposób, w jaki to wszystko wykorzystujemy. Rozrzutność to bezsensowne wydawanie pieniędzy. Zamiast kupować to, co potrzebne, inwestować i pomnażać dobra, próbujemy mieć wszystko dla siebie, tu i teraz, nie patrząc na cenę. Tak właśnie bardzo często wykorzystujemy to, co dostaliśmy od Boga. Ostatecznie, zamiast tworzyć trwałe dobro, tracimy wszystko. Można to odnieść do wszystkich sfer życia: nieuporządkowanego podejścia do obowiązków zawodowych, do różnych hobby, do kultu rodziny („rodzina jest dla mnie wszystkim”), do zaangażowania społecznego, do twórczości, do seksualności. Bez powrotu do domu Ojca, czyli bez głębokiego nawrócenia, nie wykorzystamy dobrze naszych talentów. Bóg nie potrzebuje „działaczy”, „organizatorów”, „celebrytów”, ale ludzi nawróconych.

„On sam zaczął cierpieć niedostatek”. Borykamy się nieraz z pytaniem: dlaczego tyle cierpienia? Dlaczego tyle krzywdy? Powód jest jeden: grzech, odejście z domu Ojca. A grzech przynosi cierpienie, krzywdę, śmierć. Gdyby Bóg przebaczył nam grzech, a jednocześnie „anulował” konsekwencje grzechu, tak że nie byłoby cierpienia wynikającego z grzechu, nigdy byśmy się naprawdę nie nawrócili. Dopiero, gdy odczuwamy brak, głód, cierpienie, zaczynamy naprawdę pojmować, że grzech to zło, chcemy się od niego odciąć i wrócić do domu Ojca. Dobrobyt daje fałszywe poczucie, że „wszystko jest w porządku”. Przestajemy ufać Bogu, zaczynamy wierzyć we własne siły, wpadamy w pychę. A pycha kroczy przed upadkiem…

„Wrócił twój syn, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami”. Bóg wybacza zawsze , ludzie rzadko. Nasz własny grzech – pycha kryjąca się w głębi naszego serca, poczucie wyższości w stosunku do innych – wypacza nasze patrzenie na innych. Młodszy syn roztrwonił majątek ojca, ale niekoniecznie z nierządnicami (o tym nie mówi pierwsza część przypowieści). Tymczasem starszy syn już „wie”. On, nie znając serca swojego brata, już go osądził, a jednocześnie – osądził także swego ojca jako niesprawiedliwego i odciął się tym samym i od brata, i od ojca. Okazuje się, że łatwiej wrócić do domu ojca grzesznikowi, który żałuje niż temu, kto ma poczucie religijnej i moralnej wyższości. Zewnętrznie jest blisko Ojca, w sercu – najdalej, jak to możliwe…

  • Popatrz na tę przypowieść z perspektywy młodszego brata: co w twoim przypadku oznacza „trwonienie” Bożych darów? Jak wykorzystujesz swoje talenty, swój czas, swoje zasoby materialne?
  • Popatrz także z perspektywy starszego brata: czy twoja religijność nie wiąże się z poczuciem moralnej wyższości? Jak często zdarza ci się osądzać innych ludzi, przypisywać im jakieś niewłaściwe motywacje? Czy nie nosisz w sercu żalu do Boga z jakiegoś powodu?

3. niedziela Wielkiego Postu, rok C

Ubóstwo i dobrobyt. Brak i nadmiar. Głód i sytość. Co bardziej sprawia, że nasze serca kierują się ku Bogu? Odpowiedź wydaje się oczywista. Dlaczego więc nie umiemy wyciągnąć z tego wniosku i ciągle się „ubogacamy”, gromadzimy i często przejadamy się – także w sensie duchowym?

I czytanie: Wj 3, 1-8a. 13-15

II czytanie: 1 Kor 10, 1-6. 10-12

Ewangelia: Łk 13, 1-9

Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji

1. Krzew gorejący to znak Bożego objawienia. Jest czymś, co wzbudza naszą ciekawość, a jednocześnie lęk. „Pójdę się przyjrzeć temu niezwykłemu zjawisku”. Bardzo często nasze spotkanie z Bogiem rozpoczyna się od takich właśnie motywacji: ciekawości, zainteresowania, poruszenia naszych emocji. Bóg jednak prowadzi nas dalej. Każe nam – jak Mojżeszowi – zdjąć sandały z nóg, bo tam, gdzie On jest, tam jest ziemia święta. Nie możemy sami zbliżyć się do Boga. Żadne obrzędy, żadne modlitwy, żadne ofiary z naszej strony nie są wystarczające, abyśmy mogli przeskoczyć przepaść między Stwórcą a stworzeniem. Tylko Bóg może tę przepaść zasypać i to właśnie robi, wychodząc do nas. Nie jest obojętny, ale interesuje się moim i twoim losem – jak losem Izraelitów. „Dość się już napatrzyłem na udrękę mego ludu…” – mówi Pan. Bóg chce interweniować, chce działać w naszym życiu, jak w czasach Mojżesza. Wiemy jednak, co było dalej: choć Izraelici wyruszyli w drogę ku Ziemi Obiecanej, bardzo szybko zaczęli szemrać i ich serca odwróciły się do Boga. Zaczęli wspominać niewolę egipską, tęskniąc do warzyw, które tam jedli. Nie umieli znieść rzeczywistości pustyni. A droga do wypełnienia Bożych obietnic zawsze biegnie przez pustynię. Pustynia – to miejsce oczyszczenia naszych motywacji, naszych wyobrażeń, naszego postępowania. Jeśli chcesz, aby Boże obietnice spełniły się w twoim życiu, pozwól Bogu przeprowadzić się przez pustynię.

  • Jaki jest twój obraz Boga? Kim jest dla ciebie? Czy kimś bliskim, czy odległym? Zrozumiałym, czy tajemniczym? Co czujesz, gdy myślisz o Bogu?
  • Czy chcesz pozwolić Bogu, aby wyprowadził cię z tego, co cię zniewala? Jeśli tak – czy jesteś gotów na doświadczenie pustyni? Z czego powinieneś zrezygnować, aby nie zagłuszyć głosu Boga, nie hamować Jego działania?

2. Izraelici doświadczyli Bożego działania, widzieli Jego obłok, który ochronił ich w trakcie ucieczki z Egiptu, przeszli przez morze, spożywali mannę, a jednak… nie przeszli pustyni, nie dotarli do celu. Dlaczego tak się stało? W ich sercu ciągle mieszkała skłonność do złego. Boga traktowali jak narzędzie. Owszem, wierzyli w Jego moc, ale ich życiowe nastawienie pozostawało niezmienione. Boża moc miała służyć do zaspokojenia ich przyziemnych pragnień. Dlatego szemrali, gdy coś poszło nie po ich myśli. Szemranie to postawa, która wyraża niezadowolenie i bunt jednocześnie. To jedna z najbardziej destruktywnych postaw. Widząc problemy, możemy je na różny sposób podejmować. Możemy rozmawiać o nich z innymi, szukając razem rozwiązania. Możemy jednak także szemrać, czyli mówić jeden drugiemu „jak to jest źle”, szukając winnych, zamiast rozwiązania problemu. Taka postawa jest czymś, co zamyka nas i na innych ludzi, i na Boga. Taka postawa zawsze prowadzi do zagłady – do destrukcji. Nie szukajmy winnych. Nie porównujmy się z innymi (aby udowodnić sobie, że jesteśmy lepsi). Nie uważajmy się za lepszych. Ten, komu się zdaje, że stoi, niech uważa, żeby nie upadł. Jak mówi powiedzenie: „pycha kroczy przed upadkiem” – tak właśnie ten, który patrzy na innych z góry, osądza ich, doszukuje się w nich zła i winy, jest już o krok od upadku. A im wyższy piedestał pychy postawimy, tym ten upadek będzie boleśniejszy.

  • Pomyśl, w jakich sytuacjach w życiu zamiast starać się konstruktywnie rozwiązywać problemy, narzekasz, szemrzesz, szukasz winnych? Pomyśl o swojej rodzinie, o miejscu pracy, o społeczeństwie.
  • Dlaczego tak bardzo pragniemy postawić na swoim, udowodnić swoją rację? Jaki jest skutek takiej postawy – gdy wszyscy usiłują postawić na swoim i udowodnić swą rację?

3. Słowa Jezusa „Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami…” sugerują, że tak właśnie sądzili jego rozmówcy. Wyobrażali sobie, że nieszczęścia, które spadają na ludzi, to bezpośrednio Boża kara za ich grzechy. Jezus jednak mówi: „jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”. Nie dosłownie – przywaleni murem, ale w tym sensie, że źle skończymy, że nasza życiowa klęska przyjdzie niespodziewanie. Łatwo porównujemy się z innymi, myślimy „ja nie jestem taki zły, na mnie to nie przyjdzie”. To właśnie owa pycha krocząca przed upadkiem. Jeśli się nie nawrócisz, zginiesz.

Jezus podaje przykład nieurodzajnego figowca, który odnosi się zarówno do Jego bezpośrednich słuchaczy – Żydów, jak i do nas. Do Żydów, ponieważ byli tak przekonani o swojej niezwykłości w Bożych oczach, że nie potrafili przyjąć Jezusa-Mesjasza, którego posłał im Bóg. Do nas, bo i my nieraz mamy o sobie nazbyt wysokie wyobrażenie, tymczasem owoc, który przynosimy w życiu, jest marny albo żaden. Zamiast uznać, że potrzebujemy nawrócenia, pouczamy innych, wynosimy się nad nich. Mamy obfity nawóz duchowy, tylko nie korzystamy z niego. Efektem naszego religijnego ubogacania niestety często jest religijna pycha, a nie prawdziwa chrześcijańska wrażliwość, szczera miłość Boga i bliźniego.

Zastanów się, czy przypadkiem nie oceniasz religijności innych ludzi. Czy w swoim sercu nie osądzasz ich (bo inaczej się modlą, bo się nie modlą, bo inaczej śpiewają, bo…)?

Jaka jest twoja religijność? Jakie są jej owoce? Czy twoja modlitwa, uczestnictwo w liturgii, czytanie Słowa Bożego prowadzi do rzeczywistej przemiany twojego życia?

Autor: Maciej Górnicki
Wszystkie treści zamieszczone na tej stronie są chronione prawem autorskim. Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody autora jest zabronione. Można je wykorzystywać wyłącznie do użytku własnego oraz do celów formacyjnych w ramach wspólnoty.