
ARCHIWUM KOMENTARZY
DO NIEDZIELNYCH CZYTAŃ
4. Niedziela zwykła – Rok A
Według oceny ludzkiej… według oceny Bożej… To, co wydaje się wartościowe w oczach świata, który patrzy na pozory, na próżną chwałę i słucha zarozumiałych słów, jest bez wartości w oczach Boga. Czy jesteśmy w stanie przyjąć od Boga to, co jest prawdziwą wartością, nawet gdy wydaje się to być wbrew naszej ludzkiej – ułomnej – logice?
I czytanie: So 2, 3; 3, 12-13
II czytanie: 1 Kor 1, 26-31
Ewangelia: Mt 5, 1-12a
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Szukajcie Pana, wszyscy pokorni… szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory. Pęknięcie, które grzech pierworodny zostawił w naszej duszy, objawia się przede wszystkim przez pychę. Pycha ma tysiące oblicz i tysiące odmian. Bardzo łatwo się maskuje pod pozorem pokory. Dlatego pokory i sprawiedliwości trzeba szukać, trzeba do nich aktywnie dążyć. Nie wystarczy być upokorzonym, aby być pokornym. Człowiek pokorny nie nosi w sobie poczucia krzywdy, nie hoduje w sobie oburzenia, całkowicie wyrzekł się postawy „należy mi się”, „mam prawo wymagać”. Pokora może się wydawać czymś ponad ludzkie siły – i faktycznie jest ponad ludzkie siły. Tylko wracając do Boga, odnajdujemy swój prawdziwy obraz, który jest podstawą pokory: odkrywamy zarówno swoją godność, jak i kruchość. Tylko w imieniu Pana odnajdujemy prawdziwe schronienie dla naszego „ja”. Dopóki pragniemy uznania od ludzi, będziemy wpadać w pułapkę nieprawości i kłamstwa: będziemy bardziej dbać o swój „image”, o to, jak nas odbierają inni, jak mówią o nas, jak nas traktują, niż o prawdę. Nie jest łatwo uwolnić się od tego pragnienia uznania wśród ludzi, nie wpadając jednocześnie w alienację, zgorzknienie, izolację. Naprawdę tylko w Bogu możemy uniknąć tej pułapki, aby z jednej formy pychy nie wpaść w drugą – w ciche gardzenie innymi, odrzucenie ich i odcięcie się od nich.
- Po czym można poznać prawdziwą pokorę? Jak zachowuje się człowiek pokorny, gdy nie otrzymuje od innych tego, co mógłby od nich otrzymać? Gdy nie słyszy słów uznania, wdzięczności? Gdy słyszy słowa krytyki?
- Czym jest postawa roszczeniowa? Czy jest ona do pogodzenia z postawą pokory? Dlaczego tak łatwo jest nam szukać sprawiedliwości dla siebie samych, a tak trudno prawdziwej sprawiedliwości – mającej na względzie nie tylko nasze własne dobro? Dlaczego próbujemy usprawiedliwiać swoje własne postępowanie, doszukując się winy w innych?
2. „Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców”. Można zapytać: „a właściwie, to dlaczego? Czy Bogu przeszkadza to, że ktoś jest mądry?” Oczywiście, że nie. Problem w tym, że ludzka mądrość jest zwykłą przemądrzałością, gdy nie odnosi się do mądrości Bożej. Człowiek mądry powie: „wiem, że nic nie wiem”. Człowiek głupi nie widzi własnej głupoty i wydaje mu się, że to co wie, to pełna prawda. W 1999 r. Justin Kruger opisał to zjawisko szczegółowo od strony psychologicznej (zwane jest „efektem Dunninga-Krugera”). Osoba niekompetentna nie dostrzega swojej niekompetencji, a na dodatek wydaje się jej, że to wszyscy inni są głupi i niekompetentni. Ostatecznie – wobec mądrości Bożej wszyscy jesteśmy niekompetentni i potrzebujemy stale odnosić się do tej mądrości, aby nie wpaść w pułapkę intelektualnej pychy. Jednym z najgroźniejszych oblicz pychy jest właśnie pycha intelektualna: przekonanie o tym, że właściwie to wiem już wszystko i nikt nie może mnie niczego nauczyć. Taka postawa zamyka mnie na prawdę, a jednocześnie niszczy relacje z innymi. Gdy to ja zawsze mam rację, inni nie wytrzymają ze mną – można mieć „albo rację, albo relację”. Ostatecznie Bogu nie chodzi o to, abyśmy byli głupi i biedni, ale abyśmy uznali prawdę o sobie: o swojej niewystarczalności, o swojej słabości. To jest właściwy punkt wyjścia na drodze do poznania prawdy.
- Jak rozumiesz słowa Pawła: „przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem”? Po czym można poznać, że ktoś swoje „ja” oparł w całości na relacji z Chrystusem?
- Dlaczego Bóg wybiera właśnie tych, którzy w oczach świata nie są wartościowi? Co jest największym zagrożeniem i przeszkodą na drodze poszukiwania Boga? [podpowiedź: „by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga”]?
3. „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie”. W tym błogosławieństwie streszczają się kolejne: jeśli dobrze pojmiemy, czym jest prawdziwe ubóstwo ducha, zrozumiemy także, dlaczego błogosławieństwem może być: smutek, cichość, pragnienie sprawiedliwości (niezaspokojone w tym świecie), miłosierdzie, czystość serca, wprowadzanie pokoju, cierpienie prześladowania dla sprawiedliwości i znoszenie urągania i kłamstw. Ubóstwo ducha oznacza uznanie prawdy o sobie: nie mam się za kogoś większego, ważniejszego niż jestem. Bez tego ubóstwa ducha nie mamy wstępu do królestwa niebieskiego. To nie jakiś wygórowany ideał, ale punkt wyjścia! Może warto sobie powtarzać każdego ranka: „jestem omylny”, „jestem grzeszny”, „mam różne słabości”, „mam gorsze chwile”, „nic mi się nie należy”, „zamiast wymagać od innych powinienem wymagać od siebie”, aby wykorzenić w sobie pychę, która odrasta jak chwast. Gdy nauczymy się, jak być „ubodzy duchem”, nasz smutek nie będzie poczuciem krzywdy, nasza cichość nie będzie milczeniem tam, gdzie powinniśmy bronić innych, nasze pragnienie sprawiedliwości będzie odnosić się do wszystkich, a nie tylko do nas samych. Miłosierdzie wobec innych zastąpi osądzanie ich; nasze serce będzie się oczyszczać z chaosu fałszywych motywacji, niewłaściwych ambicji i pożądań. Zamiast wykłócać się o swoje racje i swoje prawa, będziemy wprowadzać pokój. Będziemy umieć znosić niesprawiedliwe traktowanie i urąganie nam, bo będziemy patrzeć realistycznie na innych ludzi: wszyscy są skażeni grzechem i tylko doświadczenie żywego Boga może ich uleczyć; jeśli brak im tego doświadczenia, nic dziwnego, że nie umieją pojąć, czym jest prawda i czym jest sprawiedliwość.
- W czym przejawia się miłosierdzie wobec innych? Jak wyglądałby świat, gdyby wszyscy mieli postawę roszczeniową – domagaliby się czegoś od innych, sami zaś traktowaliby ich z góry? Jak wyglądałoby społeczeństwo, w którym nie byłoby miejsca na przebaczenie, wyrozumiałość i łagodność?
- Po czym można poznać, że ktoś ma czyste serce? Dlaczego o dzieciach nieraz mówimy, że mają „czyste serduszka”? Co dzieje się z nami w trakcie dorastania, że tracimy tę czystość serca? Co jest przeciwieństwem czystego serca?
- Czy mogę o sobie powiedzieć, że jestem „ubogi duchem”? Czy moja religijność jest pełna prostoty, dziecięcego zaufania do Boga, czy raczej jest zawiła i skomplikowana?
3. Niedziela zwykła – Rok A
Sens czytań 3. niedzieli zwykłej najlepiej streszcza 1Kor 1,21: „skoro świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących”. Uważajmy, aby nie mądrzyć się głosząc Ewangelię! To nie nasze słowa, ale Słowo Boże ma moc przemiany serc i moc zbawienia.
I czytanie: Iz 8, 23b – 9, 3
II czytanie: 1 Kor 1, 10-13. 17
Ewangelia: Mt 4, 12-23
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Ziemia Zabulona i Neftalego nie była w centrum Izraela, ale na jego północnych obrzeżach. Oznaczało to sporą odległość do Jerozolimy, a jednocześnie bliskość kultur pogańskich, m.in Asyrii oraz Tyru. Także w czasach Jezusa Galilea i jej mieszkańcy traktowani byli jak Izraelici drugiej kategorii, o małej świadomości religijnej i mówiący charakterystycznym dialektem (por. J 7,41-52; Mt 26, 73). A jednak to właśnie spośród galilejskich rybaków Jezus wybrał sobie najbliższych uczniów i na nich zbudował swój Kościół, przez który zbawienie dotarło aż na krańce ziemi. Nie zawsze to, co jest w centrum według ludzkiego mniemania, jest rzeczywistym centrum Bożej historii. Bóg posługuje się tym, co słabe, co niemądre w oczach świata, aby dać ludziom zbawienie. Czy jest w tym coś dziwnego? Z pozoru tak, ale jeśli uświadomimy sobie, że to właśnie pycha jest najgorszym grzechem, który uniemożliwia nam powrót do domu Ojca, byłoby wręcz niemożliwe, aby Bóg działał w sposób, który jeszcze bardziej umacniałby nasze przekonanie o tym, że sami damy sobie radę, że jesteśmy mądrzy, zdolni i obfitujemy we wszystko co trzeba. Zbawienie wymaga uznania tego, że jestem w ciemnościach, że jestem w niewoli – bez poczucia braku, poczucia słabości i nieumiejętności poradzenia sobie z życiem nie otworzymy się na Bożą łaskę, która to życie ma przemienić. Radość nawrócenia przychodzi po zasmuceniu (por. 1P 1,6-7; 2Kor 7,9), a nie po religijnych manifestacjach!
- W czym przejawiają się mroki i zniewolenie współczesnego świata? Jak te mroki i zniewolenia oddziałują na ciebie? Czy możesz się całkowicie odizolować od treści płynących ze świata? Czy umiesz postępować całkowicie odmiennie od swojego otoczenia, idąc tylko i wyłącznie za głosem Boga?
- Dlaczego każdy człowiek potrzebuje wielokrotnie się nawracać? Pomyśl, w jaki sposób pierwsze nawrócenie (oddanie swego życia Jezusowi) przekłada się na twoją codzienność: czy nie ma tam obszarów, w których postępujesz tak jak poganie, jak ludzie, którzy nie znają Chrystusa?
2. Redaktor opracowujący niedzielne czytania mszalne potraktował wiernych bardzo litościwie: opuścił niektóre wersety, aby nie zmęczyć za bardzo słuchaczy i nie pozwolił skończyć myśli biblijnemu autorowi. Warto jednak przeczytać cały 1 rozdział Pierwszego Listu do Koryntian, aby zrozumieć jego sens. Kontynuując pozdrowienie (które słyszeliśmy tydzień temu) Paweł mówi o zbawieniu Bożym, które stało się udziałem jego adresatów. Mówi o zbawieniu nie jako o jednorazowym akcie, ale jako o procesie, który dokonuje się w nas, aż do dnia, w którym spotkamy się z naszym Panem. Jakże to odmienne od protestanckiego przekonania, że wystarczy raz podejść do ołtarza (tzw. „altar call”), wyznać, że Jezus jest Panem i już się jest zbawionym! Ten akt to początek mojej drogi ucznia, ale jeśli nie idę tą drogą przez całe życie, jaki ma sens wyznawanie, że Jezus jest Panem mojego życia? Wezwanie, aby być „jednej myśli”, aby żyć w zgodzie, umieszczone jest w tym kontekście. Nie chodzi o to, żeby uczniowie Chrystusa pomijali trudne pytania, żeby przymykali oczy na problemy, ale całym swoim życiem szli za Chrystusem – tylko w ten sposób mogą osiągnąć zgodę i jednomyślność. Niestety od czasów Pawła aż do dziś chrześcijanie skupiają się na rzeczach drugorzędnych, tocząc nieustanne spory. Jezus nie kazał swoim uczniom opracowywać najdoskonalszej na świecie doktryny teologicznej. W potoku słów łatwo może zginąć sens. Po długotrwałym wysiłku tworzenia Summy Teologicznej św. Tomasz z Akwinu stwierdził, że to wszystko jest jak „wymłócona słoma” (wypowiedź tę zapisał jego sekretarz, br. Reginald z Piperno). Nie jesteśmy mądrzejsi od św. Pawła, nie jesteśmy mądrzejsi od św. Tomasza z Akwinu. Nie bądźmy więc przemądrzali, nie spierajmy się z innymi o poglądy teologiczne, ale dbajmy o to, czy sami trzymamy się Ewangelii i odnosimy ją do swojego życia!
- Jak rozumiesz słowa Pawła, że był powołany do głoszenia Ewangelii „nie w mądrości słowa, by nie zniweczyć Chrystusowego krzyża”? Jaką „mądrość słowa” ma na myśli (odpowiedź znajdziesz w 1Kor 1, 22-31)?
- Co znaczy dla ciebie w praktyce być uczniem Chrystusa i iść za Nim? W jaki sposób odnosisz Ewangelię do samego siebie? Jak wpływa na twoje codzienne życie?
3. Galilea Galilei nierówna. Nazaret to była niewielka miejscowość, leżąca na wzgórzu, do której niewielu przybyszów zaglądało. Kafarnaum natomiast to niewielkie wprawdzie miasteczko (ok. 1000-1500 mieszkańców), ale położone w znacznie lepszym miejscu: nad Jeziorem Galilejskim i tuż obok niego przechodził od dawnych czasów ważny szlak handlowy (via maris) z Afryki do Damaszku i dalej. Miejscowość ta leżała przy granicy, znajdował się w niej garnizon rzymski oraz placówka celna. Nie było to z pewnością „centrum intelektualne” ani „centrum religijne”. Mieszkańcy zajmowali się głównie rybołówstwem. Dlaczego więc Jezus tam skierował swoje kroki i spośród mieszkańców tego miasteczka wybrał swoich pierwszych uczniów? Wiedząc, w jaki sposób odnosili się do Niego faryzeusze i uczeni w Piśmie, nie powinniśmy się dziwić. Gotowość prostych rybaków do pójścia za Jezusem i oddania Mu swojego życia, do bycia kształtowanym przez Niego kontrastowała z „kwasem faryzeuszów” (por. Mt 16, 6). Kwas kojarzy nam się z kiszeniem, z fermentacją. Gdy zamiast iść za Jezusem, słuchać Go i głosić Jego ewangelię, zaczynamy tworzyć doktryny religijne, prowadzi to do „zakiszenia się” w religijnych dociekaniach, niekończących się sporach i wzajemnych oskarżeniach o herezje. Nie idźmy tą drogą! Zostawmy teologom pisanie doktoratów i habilitacji. Jeśli teolog jest uczniem Chrystusa, jego wiedza religijna przyniesie pożytek. Jeśli nie – z całą pewnością nawet najbardziej wysublimowana teologia nie da mu zbawienia.
- Pomyśl o tym, że Jezus głosił Ewangelię o królestwie Bożym nie teologom, ale prostym ludziom. Później także posyłał swoich uczniów, aby głosili Ewangelię i dokonywali znaków i cudów tak jak On, choć nie mieli przygotowania teologicznego (por. Łk 10,17-21). Jaki wniosek płynie z tego dla ciebie, jeśli chodzi o twoje świadectwo o Chrystusie?
- W jaki sposób powinieneś innym mówić o Chrystusie, tak aby nie błyszczeć słowami ludzkiej mądrości, ale faktycznie pociągać ich do Chrystusa?
Uroczystość Najświętszej Trójcy, rok C
Najświętsza Trójca jest tajemnicą, której nie pojmie nasz umysł, może jednak pojąć ją nasze serce. Skoro Bóg jest Miłością, jakżeby mógł być sam? Miłość domaga się wzajemności, znajduje swe spełnienie we wspólnocie osób. Tajemnica Trójcy Świętej wskazuje nam jednocześnie na tajemnicę naszej własnej osoby – nie jesteśmy w stanie pojąć siebie samych bez odniesienia do Boga-Miłości.
I czytanie: Prz 8, 22-31
II czytanie: Rz 5, 1-5
Ewangelia: J 16, 12-15
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Mądrość Boża, o której mówi czytanie z Księgi Przysłów to nie abstrakcyjna wiedza, nie zbiór informacji, ale mądrość żywa i dająca życie. Być może zaskakuje nas opis Mądrości, który brzmi, jakbyśmy mówili o osobie: „zostałam zrodzona… byłam przy Nim … igrając przed Nim”. To jednak bardzo właściwy sposób mówienia o Mądrości Bożej – jest ona bowiem czymś nieskończenie większym niż zbiorem idei – jest osobą. W Starym Testamencie Bóg nie objawiał się Izraelitom wprost jako Trójca Święta. Żyli oni wśród kultur politeistycznych; nie byliby w stanie pojąć tego, że jest jeden Bóg, ale trzy Osoby Boskie. Rozumieliby Trójcę na sposób politeistyczny, jako trzech „bogów”. Jest jednak wiele miejsc w Starym Testamencie, gdzie Bóg niejako uchyla rąbka swej tajemnicy, mówiąc o sobie w liczbie mnogiej (w j. hebrajskim Elohim), mówiąc o Duchu Bożym, albo tak jak w tym fragmencie – o Bożej Mądrości. W Nowym Testamencie doświadczyliśmy objawienia Boga w osobie Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który mówił wprost o Ojcu, Synu oraz Duchu Świętym. Dlatego możemy utożsamiać Mądrość Bożą z Logosem. Gdy czytamy prolog Ewangelii Jana, trudno nie dostrzec analogii: „Pan mnie zrodził jako początek swej mocy, przed dziełami swymi”; „Na początku było Słowo… wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało”. Także słowa „radowałam się przy synach ludzkich” można odczytać jako radość Syna Bożego – Logosu, na którego wzór zostaliśmy stworzeni i który miał się sam stać człowiekiem.
- Czym różni się bezduszna, abstrakcyjna wiedza od prawdziwej mądrości? Pomyśl o różnych sytuacjach, w których ludzie mają wiedzę (np. naukowcy konstruujący śmiercionośną broń, politycy manipulujący społeczeństwem), która nie tylko nie daje życia, ale wręcz niszczy życie. Dlaczego sama wiedza nie wystarcza?
- Co jest w życiu najwyższą wartością, najwyższym dobrem? W jaki sposób mądrość pomaga nam osiągnąć to dobro, sprawiając, że wszystko inne układa się w uporządkowaną hierarchię wartości?
2. Pierwsze zdanie z Rz 5,1 jest bardzo złożone (do tego stopnia, że w Biblii Tysiąclecia w środku ma średnik, będący formą przeproszenia za nazbyt skomplikowane zdanie). W języku greckim nie ma średnika, nie ma też „dostąpiwszy” (imiesłów przysłówkowy), ale „usprawiedliwieni” (imiesłów przymiotnikowy w funkcji podmiotu zdania). To jedno słowo opisuje nasz status: jesteśmy u Boga „usprawiedliwieni”. Nie chodzi jednak o usprawiedliwienie w sensie „wytłumaczenia” (tak jak uczeń dostaje usprawiedliwienie od rodziców), ale o przywrócenie porządku duchowego. W oczach Boga jesteśmy „usprawiedliwieni”, czyli nasza synowska relacja do Niego jest przywrócona dzięki Jezusowi, Jego Synowi. Innymi słowy, jesteśmy znów w sferze „łaski” – przyjaźni z Bogiem, naszym Ojcem.
Jeśli pierwsze zdanie wydaje nam się trudne, co powiedzieć o drugim? „Chlubimy się także z ucisków”? Jak można chlubić się (w j. greckim jest „kauchometha”, które znaczy wręcz „chełpić się”, „przechwalać się”, por. Jk 4,16) z ucisków? Uzasadnienie jest w drugiej części zdania: bo ucisk wyrabia wytrwałość, wytrwałość – cnotę, a cnota – nadzieję. W oczach Bożych jesteśmy już usprawiedliwieni, musimy jednak „dojrzeć” do przebywania w Jego chwale. W przeciwnym razie bylibyśmy jak gość zaproszony na wesele, który nie miał właściwej szaty (Mt 22,12). To właśnie trudy i przeciwności życiowe „sprawdzają nas”, stawiają nas w prawdzie, zmuszają do refleksji i zmiany nastawienia. Bóg nie zsyła ich na nas, ale wykorzystuje, aby nas uformować. Dlatego możemy się nimi przechwalać, bo kto przeszedł te życiowe próby, ufając zawsze Bogu, wyzbywając się pychy oraz przekonania, że sam wszystko wie najlepiej i sam sobie poradzi, ten dojrzał do nieba.
- Dlaczego istnieje napięcie między tym, że w oczach Bożych już jesteśmy usprawiedliwieni, a jednak ciągle doświadczamy trudów życia i własnej niedoskonałości? Czy bycie dzieckiem króla oznacza, że jest się zwolnionym z trudu dojrzewania?
- Jak podchodzisz do życiowych przeciwności? Co jest dla ciebie największym trudem? Z czym nie umiesz się pogodzić? Zapytaj Boga, jak On patrzy na tę sytuację. Czego chce cię przez nią nauczyć? Z czego chce cię oczyścić?
3. „Teraz znieść nie możecie”. To, że jesteśmy dziećmi Bożymi, jest faktem. To, że przez krew Jezusa zostaliśmy usprawiedliwieni, także jest faktem. Bycie dzieckiem nie oznacza jednak bycia dojrzałym, ale przeciwnie: oznacza możliwość dojrzewania i wezwanie do dojrzewania. Bóg patrzy na to dojrzewanie z perspektywy całej historii, a także z perspektywy każdego człowieka. Jego objawienie w historii dokonywało się stopniowo – ludzie musieli bowiem „dorastać” do możliwości zrozumienia i przyjęcia Bożej prawdy. Bóg wychowywał ludzi przez swoje Słowo, ale także przez działanie w ludzkiej historii. Punktem kulminacyjnym było wcielenie Syna Bożego, Jego męka, śmierć i zmartwychwstanie, a także Zesłanie Ducha Świętego. Większego objawienia niż objawienie Syna Bożego nie będzie i być nie może. Może jednak wzrastać zrozumienie tego objawienia – zarówno w całym Kościele, jak i w życiu każdego z nas. Boży Duch działa nieustannie, nie narzuca się jednak „odgórnie”, ale tchnie „od wewnątrz” – w sercach ludzkich. Na tyle, na ile jesteśmy gotowi przyjmować to działanie i dojrzewać, na tyle wzrastamy w poznaniu Prawdy, zbliżając się coraz bardziej do Boskiej Mądrości.
W Biblii Tysiąclecia mamy słowa: „otoczy chwałą”. W oryginale jest jednak jedno słowo „doksasei”. Nie ma nic o „otaczaniu”, ale raczej o „wsławieniu”. Chodzi o dopełnienie dzieła Chrystusa, o to, że poprzez działanie Ducha trafi ono do serc ludzkich i dokona ich przemiany. Przez to Jezus zostanie „wsławiony”. Św. Ireneusz z Lyonu napisał: „chwałą Boga jest żyjący człowiek” (Adv. haereses 4.20.7). W ten sposób my sami jesteśmy włączani w tajemnicę miłości Trójcy Świętej. To, że żyjemy, że kochamy i wzrastamy w miłości wzajemnej oraz w miłości Bożej, jest Bożą chwałą i Bożą radością. Mądrość Boża naprawdę raduje się i „pląsa” z radości przy synach ludzkich!
- W jaki sposób otwierasz swój umysł i serce na Bożą Mądrość i działanie Ducha Świętego? Czy robisz to codziennie? Czy pamiętasz o tym, że jesteś dzieckiem Bożym, które potrzebuje wzrastać każdego dnia, a nie tylko od święta?
- Co znaczy „żyć pełnią życia”? Jak to zdanie rozumie świat? A jak powinien je rozumieć chrześcijanin?
Zesłanie Ducha Świętego, rok C
Duch Święty – ten, który mówi w naszym sercu językiem zrozumiałym dla naszego serca. Ten, który wspiera świadectwem naszego ducha, upewniając nas o tym, że jesteśmy dziećmi Boga. Ten, który zamienia „suchą” treść w słowa dające życie.
I czytanie: Dz 2, 1-11
II czytanie: Rz 8, 8-17
Ewangelia: J 14, 15-16. 23b-26
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Duch Święty to ten, który scala, ale nie homogenizuje. Jaka jest różnica? Homogenizacja to zrobienie jednolitej masy; scalenie – to zapewnienie jedności i spójności. To bardzo ważne rozróżnienie. Homogeniczna masa jest łatwa do uformowania; tak traktują nas politycy i rozmaici manipulatorzy, usiłujący zrobić nam „papkę” z mózgu. To, co łatwe do uformowania, nie jest jednak trwałe, bo brak temu struktury. Wyobraźmy sobie naczynie z amorficznej gliny – nawet po wypaleniu jest bardzo delikatne i trzeba uważać, aby go nie stłuc. Pomyślmy teraz o kamieniu: jest trudny w obróbce, ale bardzo trwały, bo nie jest ulepiony z masy, ale posiada wewnętrzną strukturę krystaliczną, kształtowaną przez wysokie ciśnienie i temperaturę. W Japonii znana jest sztuka lepienia tzw. dorodango – kul z błota, które do złudzenia przypominają kamień. Ten efekt uzyskuje się przez powierzchowne kształtowanie, wielokrotne polerowanie z zewnątrz. Jeśli jednak taką kulę upuścić na twardą ziemię, rozpadnie się w kawałki. Tym właśnie różni się działanie Ducha Świętego, który pracuje w nas od wewnątrz, nadając prawdziwą strukturę, spójną i trwałą od działania tego świata, które szlifuje nas z zewnątrz, tworząc pozorną rzeczywistość. Wystarczy jednak, że uderzymy o twarde podłoże życia i wszystko się rozpada. Gwałtowny wicher, ogień – to nie są łagodne zjawiska. Duch Święty potrafi posłużyć się życiowymi trudami, cierpieniami, aby nadać naszej duszy szlachetność. A jednym z przejawów tej szlachetności jest dystans do siebie samego i umiejętność słuchania innych i mówienia do nich nie z góry, ale „ich własnym językiem”. Dziś niekoniecznie Duch Święty niekoniecznie dosłownie daje nam dar mówienia „obcymi językami”, ale z całą pewnością może nas uzdolnić do wychodzenia ku innym ludziom tak, abyśmy głosili im Ewangelię nie sztucznymi, wyuczonymi słowami, ale słowami płynącymi z naszego serca, przemawiającymi do ich serc.
- Skąd biorą się niesnaski, niezgoda i problemy w relacjach międzyludzkich. Jak wiele z nich wynika z tego, że nie słuchamy się nawzajem, nie szanujemy zdania innych i nie chcemy ich zrozumieć?
- Po czym można poznać, że istnieje między ludźmi „zgodność serc”? Czym się różni taka zgodność od rozmaitych tymczasowych – politycznych czy biznesowych sojuszy?
2. Ci, którzy żyją „według ciała”, nie mogą się podobać Bogu. Co właściwie znaczy „żyć według ciała”? To znaczy: skupić się tak bardzo na sobie samym, na zaspokajaniu swoich potrzeb, na realizacji własnych pragnień i pomysłów (Paweł pisze tu o „popędach ciała”), że znika nam sprzed oczu to, co jest wyższym, obiektywnym dobrem. Kilka rozdziałów dalej w Liście do Rzymian Paweł pisze: „Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie” (Rz 14,7). Tym wyższym dobrem jest bezinteresowna miłość: bycie dla drugiej osoby i doświadczanie jej „bycia dla mnie”. Odnosi się to zarówno do naszych bliźnich, jak i do Boga. Perspektywa „bycia dla drugiej osoby” rozjaśnia nasze życie, nadaje mu sens, wyzwala nas z ciasnoty naszego „ja”. Ta perspektywa jest czymś całkowicie przeciwnym niż to, czego uczy nas współczesna kultura, skoncentrowana aż do absurdu na „samorealizacji”, na „bądź sobą”, na „słuchaj własnych uczuć”. Nie należy lekceważyć swoich uczuć ani być „kimś innym niż ja”, ale skupienie się na sobie samym nie przynosi szczęścia, tylko coraz silniejsze poczucie izolacji. Bóg nie tego chce dla nas. Dając nam swego Ducha, otwiera nasze oczy i serca na to, że jesteśmy Jego dziećmi. Jego dziećmi, a więc – braćmi i siostrami dla siebie nawzajem. Tu nie chodzi o rodzinną sielankę, ale o rodzinną miłość, która pozwala przezwyciężyć przeciwności i cierpienia. Prawdziwa wolność to nie „wolnoć Tomku w swoim domku”, ale „kochaj swego bliźniego, jak siebie samego”. „Wolnoć Tomku” prowadzi do podziałów i poczucia krzywdy; „kochaj bliźniego swego” – do jedności i poczucia bliskości z innymi.
- Jakie „popędy ciała” w twoim przypadku mogą sprawiać, że zamykasz się na działanie Ducha Bożego? Czy chodzi o nadmierne przywiązanie do jakichś rzeczy? Do pieniędzy? Do twoich hobby? A może – o realizację twoich własnych pomysłów i planów życiowych bez rozeznania, czy faktycznie są wolą Boga? A może o lenistwo, nieumiarkowanie lub inny z grzechów głównych?
- Co oznacza „odziedziczyć”? Co dziedziczymy po rodzicach? (nie chodzi bynajmniej tylko o spadek!) Co odziedziczyliśmy po naszym Ojcu w niebie? Godność? Zdolności? Jakie Boże „geny” nosisz w sobie?
3. Porządek, ład bierze się z miłości. Miłość zaś nie jest czymś abstrakcyjnym, ale żywą i życiodajną siłą, pochodzącą od samego Boga, czerpiącą z Jego natury. Pomyślmy, jak często i w jaki wielu sytuacjach usiłujemy uporządkować rzeczywistość wprowadzając kolejne przepisy, nakazy i zakazy. Dotyczy to zarówno życia społecznego, zawodowego, jak i rodzinnego. Owszem, do pewnego stopnia może się to udać, ale w pewnym momencie okazuje się, że przepisy interpretowane nazbyt ściśle stają się ciężarem nie do uniesienia i zamiast pomagać w życiu, utrudniają je. Poza tym przepisy wymagają egzekwowania – gdy nie ma sankcji i nie ma kontrolera, bardzo szybko przepisy stają się martwą literą. Podobnie jest z wiedzą teoretyczną: niby coś wiemy, ale w praktyce robimy inaczej. To, czego potrzebujemy, to nie więcej przepisów i więcej wiedzy, ale przede wszystkim więcej miłości. Chodzi o naszą wewnętrzną postawę, o nasze nastawienie: czy ostatecznie liczy się dla nas tylko własna przyjemność, własny zysk, własna korzyść i własna pozycja wśród innych, czy też naprawdę, szczerze i autentycznie kochamy ludzi dookoła siebie i z dobrego serca pragniemy dzielić się z nimi tym, co najlepsze? Podobnie jest w sferze religijnej: możemy mieć postawę faryzeuszów, którzy mnożyli przepisy i starali się je egzekwować na każdym kroku w najściślejszy możliwy sposób, aż… odrzucili Boga. Przepisy religijne zastąpiły im Boga i nie byli zdolni rozpoznać Go, gdy przyszedł do nich. Tymczasem prości ludzie rozpoznali Chrystusa i poszli za Nim. Pozwolili, aby Bóg poruszył ich serca, a On dopełnił ich braków poprzez swego Parakleta i zbudował na nich swój Kościół. To jest także droga dla nas: pozwólmy, aby Bóg działał w naszych sercach poprzez swego Ducha, nie sądźmy, że w religii chodzi głównie o ścisłe przestrzeganie przepisów. Ostatecznie chodzi bowiem nie o przepisy, ale o miłość.
- Pomyśl o zwykłej ludzkiej miłości (matki do dziecka, małżonków do siebie nawzajem itp.). W jaki sposób pozwala ona czynić rzeczy, które wydają się trudne lub wręcz niemożliwe?
- Dlaczego w naszej relacji do Boga tak często zwracamy uwagę na rzeczy drugorzędne, a tak trudno nam przychodzi miłość – której Bóg oczekuje od nas? Co możesz zrobić, aby pozwolić Bogu dotknąć twojego serca, rozgrzać je Jego miłością?
7 Niedziela Wielkanocna (Wniebowstąpienie Pańskie), rok C
Wniebowstąpienie Jezusa to nasz duchowy drogowskaz (dużo pewniejszy niż GPS w samochodzie): „mamy pewność, iż wejdziemy do Miejsca Świętego przez krew Jezusa”.
I czytanie: Dz 1, 1-11
II czytanie: Hbr 9, 24-28; 10, 19-23
Ewangelia: Łk 24, 46-53
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Okres 40 dni to czas „przejścia” od zmartwychwstania Chrystusa do Jego wniebowstąpienia. Liczba 40 w Biblii kojarzy się z przygotowaniem, przejściem z jednego stanu do drugiego (m.in. 40 lat wędrówki Izraela przez pustynię). W stosunku do Starego Przymierza, dojrzewanie uczniów Chrystusa w Nowym Przymierzu było niemal błyskawiczne. Nie 40 lat, ale 40 dni. Tyle musiało wystarczyć apostołom, aby dojrzeć do momentu, w którym Jezus pozostawi w ich rękach kontynuowanie swej misji. Co istotne, nie udzielał im wtedy wskazówek, jak mają to robić, ale mówił „o królestwie Bożym”, czyli o celu. Do wszystkiego, co robimy w życiu, a zwłaszcza w sferze duchowej, nie można podchodzić wyłącznie na sposób techniczny, pytając „jak to robić”, ale trzeba pytać: „dlaczego?” i „po co?” Apostołowie, jak widać, ciągle nie rozumieli tego: „po co?” – dopytywali się bowiem o ziemskie królestwo Izraela. Ich cel był zbyt bliski, zbyt przyziemny i zasłaniał im to, co istotniejsze. W analogiczny sposób możemy w naszych działaniach koncentrować się na formalnej poprawności, na osiąganiu krótkoterminowych celów, tracąc z oczu ostateczny cel. Tak jak apostołowie, i my potrzebujemy Ducha Świętego, aby przywracał nam właściwą perspektywę, aby dawał nam moc do rzeczywistego wypełniania Bożej woli, a nie tylko „robienia czegoś dla Boga”. Aby Go otrzymać, potrzebujemy „nie odchodzić z Jerozolimy” – trwając na modlitwie za każdym razem, gdy mamy przed sobą ważne zadanie. W królestwie Bożym nie chodzi bowiem o aktywizm, ale o posłuszeństwo głosowi Ducha i o działanie w Jego mocy.
- Jak podchodzisz do swoich zadań związanych z różnymi sferami życia: rodziną, pracą, wspólnotą Kościoła? Czy dajesz Bogu czas, aby zmieniał twoją perspektywę i twoje podejście do tych spraw? W jaki sposób wsłuchujesz się w głos Ducha Świętego?
- Zwróć uwagę, że apostołowie oczekiwali na Ducha Świętego razem, nie każdy z osobna. W jakich sytuacjach szczególnie potrzebujemy wspólnej modlitwy, trwania w jedności? Czym grozi indywidualistyczne podejście do różnych zadań i ról w Kościele?
2. Każda ludzka świątynia, budowana ludzkimi rękami jest odbiciem świątyni duchowej, niebieskiej. To, co działo się w świątyni jerozolimskiej – składanie ofiar, modlitwy i rytuały było „typem” (czyli zapowiedzią) Chrystusa i Jego ofiary. Bogu nie chodziło o krew kozłów i cieląt – ona bowiem nie może zmyć naszych grzechów; wszystko to było znakiem wskazującym na prawdziwą, jedyną i ostateczną ofiarę, którą złożył sam z siebie Chrystus.
„Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” – to bardzo trzeźwiące słowa i bardzo potrzebne w świecie, który żyje tym, co doczesne, niemal zupełnie ignorując ostateczną perspektywę. Głosząc Ewangelię, nie bójmy się przypominać tych słów. Nie po to, aby kogoś straszyć Bogiem, ale aby uzmysłowić, że nasze życie nie kończy się w momencie śmierci i że jest Ktoś, przed kim nic się nie ukryje. Można oszukiwać innych ludzi, można oszukiwać samego siebie, Boga jednak nie oszukamy. Mówmy jednak te słowa w kontekście, w jakim znajdują się w Liście do Hebrajczyków, głosząc zbawienie, a nie potępienie. Ten bowiem, kto uwierzył w Chrystusa, oddając Mu swoje życie, nie musi się lękać sądu. „Godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę”.
- Co znaczy „przystąpić do Boga z sercem prawym”? Czy rozumiesz, czym różni się postawa człowieka prawego od tego, który jest nieprawy? Który z nich poszukuje prawdy i prawdziwego dobra, a który kieruje się tylko swoim prywatnym interesem?
- Czy zdarza ci się powątpiewać o swoim zbawieniu? Z czego wynikają te wątpliwości? Czemu/komu ufasz – swoim uczynkom i ofiarom składanym Bogu, czy też Chrystusowi?
3. Jezus mówił uczniom o swej śmierci i zmartwychwstaniu, choć wiedział, że nie są w stanie pojąć tych słów. Ich myślenie było bowiem myśleniem „starego człowieka” (por. Ef 4,22-24), „człowieka zmysłowego” (por. 1Kor 2,14) skupionego na sprawach doczesnych, krótkoterminowych. Taki człowiek rozumuje w kategoriach zysku, korzyści, władzy nad innymi. Jezus jednak wiedział, że na uczniów zstąpi Duch Święty, który otworzy ich duchowe oczy, zmieni ich perspektywę – i wtedy te słowa odżyją w ich duszy. Tak dzieje się również z nami oraz ze wszystkimi, którymi głosimy Ewangelię. Początkowo nasza perspektywa jest „hermetyczna” – sprawy Boże nie docierają do naszego serca. Słowo Boże ma jednak moc i „nie wraca do Boga bezowocne, zanim nie spełni swego posłannictwa” (por. Iz 55,11). To słowo raz usłyszane, zostaje w naszej duszy – i gdy przyjdzie właściwy moment, Duch Święty otwiera nasze serce, abyśmy mogli je pojąć i przyjąć. Nie bójmy się głosić Ewangelii ludziom, którzy jej nie rozumieją i odrzucają ją. Nie musimy ich do niczego przekonać – to Duch Święty ich przekona. My mamy po prostu głosić Dobrą Nowinę: miłość Boga, którą ludzkość odrzuciła przez grzech, ale do której może wrócić poprzez uznanie Chrystusa jako Zbawiciela i osobiste nawrócenie. Nie próbujmy dyskutować z ludźmi o skomplikowanych kwestiach związanych z wiarą, jeśli brakuje im tego fundamentu. Nic nie pojmą, a raczej jeszcze bardziej „zapieką się” w swojej duchowej skorupie. Głośmy po prostu Ewangelię i pozwólmy Duchowi działać.
- Jak rozmawiasz o sprawach związanych z wiarą i Kościołem z ludźmi z twojej rodziny i otoczenia? Do czego prowadzą te dyskusje? Czy Jezus kazał nam prowadzić dysputy teologiczne, czy raczej polecił nam głosić Dobrą Nowinę?
- Pomyśl o osobach, które są niewierzące (lub obojętne), na których ci zależy. Proś Boga, aby im dał łaskę nawrócenia, a tobie sposobność, by ogłosić im Dobrą Nowinę o Chrystusie.
6 Niedziela Wielkanocna, rok C
Co jest pierwsze: przepisy czy miłość? Dlaczego w naszym życiu religijnym tak łatwo przychodzi nam odwracać tę kolejność?
I czytanie: Dz 15, 1-2. 22-29
II czytanie: Ap 21, 10-14. 22-23
Ewangelia: J 14, 23-29
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. „Jeżeli się nie poddacie obrzezaniu według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni.” Pokusa sprowadzania wiary do przestrzegania przepisów religijnych jest olbrzymia. Dotyczy nas tak samo, jak „przybyszów z Judei” z czasów pierwszych chrześcijan. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego ciągle pojawiają się „przybysze”, którzy „sieją zamęt w naszych duszach”? To skutek grzechu pierworodnego, który zerwał naszą synowską relację z Bogiem. Dla dziecka jest czymś oczywistym, że relacja z jego ojcem jest czymś podstawowym, a przestrzeganie przepisów – wtórnym. Skoro jestem dzieckiem, to staram się nie zasmucać mojego ojca i dlatego przestrzegam jego poleceń. To jednak nie działa w drugą stronę: wyobraźmy sobie, że jest ktoś z ulicy, kto chciałby zostać dzieckiem króla. Studiuje wydane przez niego przepisy i stara się je przestrzegać co do jednego. W końcu przychodzi do króla i mówi: „zobacz, jak doskonale wypełniam twoje prawa. Wobec tego ty powinieneś mnie uznać za syna”. Co zrobi król? Uzna go za syna i nada mu tytuł księcia? Jezus przyszedł nie po to, aby nas nauczyć doskonale wypełniać prawa, ale aby odbudować naszą zerwaną relację z Ojcem. Uczynił to poprzez swoją śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie. Nie ma innej drogi do zbawienia – do wyrwania nas z mocy grzechu i przywrócenia relacji z Ojcem, poza Chrystusem. Łaska zbawienia pochodzi od Boga, a nie z naszego skrupulatnego wypełniania przepisów. To, że możemy żyć zgodnie z wolą Bożą, jest dziełem łaski, którą przyjmujemy i z którą współpracujemy.
- Dlaczego wielu ludzi patrzy na chrześcijaństwo jako na zbiór przepisów, które są ciężarem? Czy nie wynika to z tego, w jaki sposób przedstawiono im naszą wiarę? Czy w naszym głoszeniu Chrystusa zachowujemy właściwy porządek: najpierw relacja z Bogiem, potem dopiero nakazy moralne i religijne, czy też koncentrujemy się na nakazach i zakazach?
- Skąd biorą się spory o różne przepisy religijne (np. dotyczące szat liturgicznych, śpiewu, formy przyjmowania komunii, języka liturgicznego)? Dlaczego sprawy, które są tylko formą, tak łatwo przysłaniają nam to, co jest istotą chrześcijaństwa? Co nią jest?
2. Nowe Jeruzalem nie zostanie zbudowane przez ludzi. To miasto „zstępujące z nieba od Boga”. To obraz naszej przyszłości przeżywanej w bliskości Boga, w Jego chwale, w niebie, ale jednocześnie symbol działania Boga już teraz w naszej duszy. To ważny symbol: naszej relacji z Bogiem nie odbudujemy oddolnie, ale przyjmując to, co „zstępuje z nieba”. Każdy element tego obrazu warto przemyśleć i przemodlić. Źródło światła podobne do kamienia drogocennego, do jaspisu o przejrzystości kryształu – to symbol Bożego światła, które jest nam niezbędne, aby nie zagubić się duchowo. Jest ono czyste, niezmącone niczym, jak kryształ. Ludzkie poglądy, ludzkie teorie są zawsze niedoskonałe, niepełne, nieujmujące całej prawdy. Aby nie pobłądzić w życiu, potrzebujemy ciągle na nowo, każdego dnia, szukać Bożego światła, czytając Słowo Boże, słuchając Boga, rozeznając Jego wolę. Opis miasta świętego pasuje do wizji z końcowych rozdziałów Księgi Ezechiela, jednak ma charakter symboliczny. Dwanaście plemion Izraela, dwanaście bram – to ciągłość Bożego planu zbawienia, realizującego się w Starym Przymierzu wobec jego Ludu Wybranego, a znajdującego swą kulminację w osobie Chrystusa. Dalej zaś mamy dwanaście fundamentów, a na nich imiona dwunastu apostołów: tu bowiem jest kontynuacja planu zbawienia, a jednocześnie fundament naszej wiary. Jeśli pozostaniemy wierni Ewangelii Chrystusa, której strzeże Kościół zbudowany na tym fundamencie, osiągniemy zbawienie. Jeśli pójdziemy za różnymi ludzkimi teoriami religijnymi (nawet gdy z pozoru brzmią jak chrześcijańskie, ale nie trzymają się nauczania Kościoła), bardzo łatwo zboczymy z drogi.
- Dlaczego tak ważne jest, aby w życiu duchowym szukać zawsze Bożego światła, a nie tylko po ludzku roztrząsać różne „za” i „przeciw”? W jaki sposób w praktyce szukasz tego światła? Jak wsłuchujesz się w głos Boży?
- W jaki sposób możesz upewnić się, że twoje przekonania religijne nie są sprzeczne z nauczaniem Kościoła? Gdzie szukasz odpowiedzi? Jak często czytasz Katechizm Kościoła Katolickiego? Które encykliki ostatnich papieży przeczytałeś? Co z nich zapamiętałeś?
3. Jezus mówi: „jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę”. Tak często rozumiemy te słowa opacznie. Słowa Jezusa nie brzmią: „zachowuj moją naukę, a wtedy udowodnisz Mi, że mnie miłujesz”. Kolejność jest odwrotna: od miłości do zachowania nauki. Jeśli mamy co do tego jakiekolwiek wątpliwości, wczytajmy się w dalsze słowa: „kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów Moich”. Innymi słowy, ten, kto skrupulatnie wypełnia przepisy religijne, ale nie ma w nim miłości do Boga, ten nic nie osiągnie – bo w religii nie chodzi o przepisy, ale o relację z Bogiem. Tylko z tej relacji możemy czerpać siłę do wypełniania przepisów, do realizacji Bożej woli. Dlatego Jezus kontynuuje: „Paraklet, Duch Święty was wszystkiego nauczy”. Potrzebujemy żywego Ducha Bożego, który będzie działał w naszej duszy, aby rozumieć właściwie Boże nakazy, aby wypełniać Bożą wolę. To działanie Ducha przynosi naszej duszy wewnętrzny pokój, harmonię, której nie może dać ten świat.
Zastanawiające są słowa: „gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca…” Jak to – odejście Jezusa miałoby być dla nas dobre? Miałoby być powodem do radości? Ano tak: bo w ten sposób tworzy się przestrzeń do działania łaski w naszej duszy. Odejście Jezusa do Ojca to początek czasu Kościoła, czasu łaski, czasu naszego duchowego wzrostu. Do momentu tego odejścia uczniowie słyszeli głos Jezusa, ale go nie rozumieli, interpretując Jego słowa w opaczny sposób. Dopiero gdy zesłany został Duch Święty, ich duchowe oczy otwarły się i zaczęli myśleć i mówić o Jezusie w sposób właściwy.
- W jaki sposób miłość sprawia, że nasza wola uzgadnia się z wolą drugiej osoby? Spróbuj wyobrazić sobie relację małżeńską, w której nie byłoby miłości, a tylko lista nakazów i zakazów. Jak trwałe byłoby takie małżeństwo? Jak szczęśliwi byliby małżonkowie?
- Dlaczego miłość jest kluczem nie tylko do ludzkich relacji, ale także do naszej relacji z Bogiem? W jaki sposób miłość sprawia, że „dojrzewamy” w tej relacji? Pomyśl o tym, co najbardziej buduje relację między dwoma osobami (przebywanie z drugą osobą, dialog, słuchanie, czas poświęcany drugiej osobie, nasza energia i zasoby, które jej ofiarujemy); w jaki sposób odnosi się to do naszej relacji z Bogiem?
5 Niedziela Wielkanocna, rok C
Po czym wszyscy poznają, że jesteśmy uczniami Chrystusa? Po tym, że będziemy mieli najdoskonalszą, najprecyzyjniejszą doktrynę religijną? Po tym, że będziemy mieć najbardziej dostojną liturgię? Nie? Więc po czym?
I czytanie: Dz 14, 21 – 27
II czytanie: Ap 21, 1 – 5
Ewangelia: J 13, 31-33a. 34-35
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. „Umacniając dusze uczniów, zachęcając do wytrwania w wierze”. Gdyby dzisiaj zadać pytanie: „jakie jest najważniejsze zadanie apostoła? Na czym polega «umacnianie dusz» i «wytrwanie w wierze»” – jaką odpowiedź usłyszelibyśmy? Czy przypadkiem nie rozumiemy wiary tylko jako zbioru „prawd wiary”, których nauczyliśmy się na lekcjach religii? Owszem, wiara obejmuje wymiar intelektualny, ale jest czymś znacznie więcej – obejmuje bowiem całą osobę. Dalsza część zdania wyjaśnia nam, co znaczy „wytrwać w wierze” – „bo przez wiele ucisków trzeba nam wejść do królestwa Bożego”. Uciski, czyli przeciwności są tym, co sprawdza naszą wiarę oraz umacnia ją, jeśli przez nie przejdziemy. Łatwo jest mówić „wierzę”, gdy wszystko przychodzi łatwo. Gdy jednak pojawią się przeciwności – czy nadal wierzymy Bogu? Czy ufamy Mu, że to do Niego należy ostatnie słowo? Bóg dopuszcza „uciski”, bo tylko w ten sposób możemy dojrzeć duchowo (por 1P 1,7).
- Przeczytaj fragment 1P 1,6-7. W jaki sposób wyjaśnia on to, że „przez wiele ucisków trzeba wejść do królestwa Bożego”?
- Dlaczego potrzebujemy nawzajem zachęcać się do wytrwania w wierze? Dlaczego potrzebujemy też „starszych” (πρεσβυτέρους), dla których jest to podstawowe zadanie? W jaki sposób możemy to robić?
2. Nowe niebo i nowa ziemia, Nowe Jeruzalem – to symbole królestwa Bożego, do którego zdążamy. Najkrócej można je opisać słowami: „przybytek Boga z ludźmi”. W rzeczywistości doczesnej, w której żyjemy teraz, Bóg pozostawił nam autonomię – przestrzeń dla naszej wolnej woli i rozumu, abyśmy mogli podejmować decyzje, uczyć się, wzrastać duchowo, aż będziemy przygotowani do zamieszkania w tym wiecznym „przybytku”. Można powiedzieć, że Bóg wycofał się z rzeczywistości doczesnej na tyle, aby pozostawić nam przestrzeń do rozwoju; jednocześnie jednak nie pozostawił nas samych. Tak jak mądrzy rodzice czuwają nad swoimi dziećmi, ale pozwalają im odkrywać świat i doświadczać konsekwencji własnego postępowania, tak też Bóg czuwa nad nami, ale nie ingeruje natychmiast, gdy robimy coś nie tak, jak trzeba. Z tego „nie tak, jak trzeba” płyną oczywiście negatywne konsekwencje, których doświadczamy nie tylko my sami, ale całe nasze otoczenie. I stąd tyle łez, tyle cierpienia. W końcu jednak „oszlifowani” przez te trudy staniemy przed Bogiem, jako czysta i piękna oblubienica. Gdyby nie to szlifowanie, bylibyśmy tylko surowym kamieniem; dzięki „obróbce przez życie”, stajemy się klejnotem.
- W jaki sposób trudy, cierpienia, przeciwności wyrabiają nasz charakter, odzierają nas z pychy i uczą nas zaufania do Boga?
- Jak byłyby wychowane dzieci, gdyby rodzice rozwiązywali za nie wszystkie problemy? Jaki jest cel „doczesnego” wychowania? A jaki jest cel Bożego wychowania do „nowego nieba i nowej ziemi”? Jacy mamy się stać?
3. W rozmaitych religijnych dyskusjach i sporach bardzo często wpadamy w pułapkę stawiania tego, co drugorzędne przed tym, co absolutnie pierwszorzędne. Potrafimy spierać się o to, w jakim języku i formie powinna być sprawowana liturgia, o to, jak przyjmować komunię, o rozmaite kwestie teologiczno-duszpasterskie. A przy tym wszystkim gubimy wzajemną miłość. Tymczasem to właśnie wzajemna miłość jest kryterium bycia uczniem Chrystusa. Nie może mówić „miłuję Boga” ten, kto nie kocha swego brata (por. 1J 4,20). Św. Franciszek z Asyżu pisze w Napomnieniu 11.: „jakikolwiek grzech jakaś osoba popełniłaby i z tego powodu sługa Boży niepokoiłby się i gniewał, ale nie z miłości, gromadzi sobie winę”.
Chrystus mówi o „chwale”, którą jest otoczony. A św. Ireneusz z Lyonu pisze: „chwałą Boga jest żyjący człowiek” (Adv. haereses 4.20.7). Jak to zrozumieć? Chrystus, stając się człowiekiem, doświadczył trudu życia i śmierci w świecie skażonym grzechem, ale jednocześnie dowartościował nasze człowieczeństwo w najwyższym możliwym stopniu. I w Chrystusie odkrywamy prawdziwą godność człowieka: zarówno siebie samego, jak i naszych bliźnich. Jezus mówi: „Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony”. Mówiąc te słowa w momencie, gdy za kilkanaście godzin miało się dokonać odkupienie świata na Krzyżu, Jezus daje nam do zrozumienia, że właśnie ten moment jest kluczem do całej historii świata, jest w samym jej centrum; że poprzez przyjęcie krzyża przez Swego Syna Bóg zostanie otoczony chwałą; że droga do chwały wiedzie przez cierpienie. Zamiast toczyć jałowe spory teologiczne, lepiej wróćmy do Krzyża Chrystusa i pozwólmy, aby moc tej największej w świecie Miłości uleczyła nasze serca i pozwoliła nam naprawdę kochać Boga i naszych braci.
- Jak sądzisz, dlaczego w tak ważnym momencie Jezus wypowiada te właśnie słowa: „przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem”? Jaka była miłość Chrystusa, z której mamy czerpać wzór i moc?
- Co przekonuje ludzi do wiary? Mądre rozważania teologiczne? Kształt szat liturgicznych? Czy raczej miłość, która jest silniejsza niż zło i grzech? Jaki płynie z tego wniosek?
4 Niedziela Wielkanocna, rok C
4. niedziela wielkanocna to niedziela Dobrego Pasterza. Chrystus jest tym Dobrym Pasterzem, a Jego owczarnia to nie zamknięta zagroda, ale stado ze wszystkich ludów i plemion, które zna Jego głos i idzie za Nim.
I czytanie: Dz 13,14.43-52
II czytanie: Ap 7,9.14-17
Ewangelia: J 10, 27-30
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Paweł trzymał się zasady, aby głosić najpierw Słowo Boże Żydom, dopiero w drugiej kolejności – poganom. Bóg pozostał wierny swojemu przymierzu z Narodem Wybranym nawet wtedy, gdy Żydzi lekceważyli to przymierze i łamali je. Jego plan zbawienia świata nie ograniczał się jednak do Izraela. Gdy Żydzi odrzucili Ewangelię, którą głosił im Paweł – i to odrzucili zdecydowanie, bluźniąc i sprzeciwiając się jego słowom, Paweł zwrócił się do pogan. Ci okazali się bardziej chętnymi słuchaczami – skorymi do nawrócenia i uwierzenia Słowu Boga. We fragmencie tym zawarte są tajemnicze słowa: „wszyscy, przeznaczeni do życia wiecznego, uwierzyli”. Cóż znaczy, że ktoś „jest przeznaczony do życia wiecznego”? Czyżby Bóg jednych przeznaczył do życia wiecznego, innych – na wieczną zagładę? Teologowie przez wieki zmagali się z tym problemem i pojawiło się wiele błędnych interpretacji tzw. predestynacji (czyli – przeznaczenia). Kwestię tę podjął m.in. III Synod w Walencji (855), wskazując, że poprawnie rozumiana predestynacja oznacza, że Bóg wie, kto zostanie zbawiony, a kto – nie, ale w żaden sposób nie odbiera to wolnej woli konkretnym ludziom. „Przeznaczenie” do zbawienia nie jest więc jakimś determinizmem czy fatalizmem – nie możemy twierdzić, że jesteśmy źli i nie zbawimy się „bo Bóg tak postanowił” ani odwrotnie – że skoro Bóg postanowił, to będziemy zbawieni i już. Bóg nikomu nie narzuca zbawienia wbrew niemu samemu (mówi o tym Konstytucja Unigenitus pap. Klemensa XI, cz. 3. p.12-14, Denz. 1362-1364). Bóg szanuje naszą ludzką wolę i oferuje zbawienie, nawet gdy wie, że je odrzucimy.
Zastanawiające są słowa: „Żydzi podburzyli pobożne a wpływowe niewiasty i znaczniejszych obywateli”. Niestety szczególnie trudno dotrzeć łasce Bożej tam, gdzie są „pobożne a wpływowe niewiasty” oraz „znaczniejsi obywatele”. To pierwsze jest symbolem fałszywej, sentymentalnej religijności; to drugie – pomieszania religii z polityką. Jednego i drugiego musimy się strzec, aby nie stawiać zapory Słowu Bożemu!
- Jak sądzisz, co jest probierzem zdrowej religijności? Po czym można poznać religijność problematyczną? (kluczem jest słuchanie Boga – posłuszeństwo Słowu Bożemu). Co w twojej własnej religijności może być przeszkodą w słuchaniu Boga?
- Zastanów się, co znaczą słowa: „odrzucacie Słowo Boże i sami uznajecie się za niegodnych życia wiecznego”. Jaki wniosek płynie z nich, jeśli chodzi o to, kto będzie zbawiony, a kto nie?
2. Wielki tłum, który ujrzał Jan w swojej wizji to zbawieni ze wszystkich narodów świata, ze wszystkich kultur. Boża łaska, która prowadzi nas do zbawienia, nie jest ograniczona żadnymi ramami kulturowymi, etnicznymi czy językowymi. Trzeba o tym pamiętać, gdy przyjdzie nam ochota wynosić swój własny styl wyrażania wiary nad styl innych. Zbawienie zależy od tego, czy idziemy za Chrystusem, jesteśmy Mu posłuszni, a nie od tego, czy modlimy się po łacinie, grecku czy aramejsku. Ci, którzy „wybielili swe szaty w krwi Baranka”, będą zbawieni. Innego sposobu nie ma. Tu znowu dotykamy trudnej kwestii teologicznej (wyjaśnionej w deklaracji Dominus Iesus z 2000 r.). Nie ma innej drogi do zbawienia, jak tylko przez Jezusa Chrystusa. Jednak nie można z tego wyprowadzać wniosku, że Bóg ogranicza swoje działanie tylko do widzialnych struktur Kościoła. Duch wieje tam, gdzie chce i doprowadza ludzi do Chrystusa różnymi drogami. Deklaracja ta mówi: „Królestwo Boże — także rozpatrywane w swej postaci historycznej — nie jest tożsame z Kościołem jako rzeczywistością widzialną i społeczną. Nie można bowiem wykluczyć «działania Chrystusa i Ducha poza widzialnymi granicami Kościoła»” (n. 19).
Wizja Jana pokazuje, że wszyscy, którzy doznali zbawienia w Chrystusie, są blisko Boga, przed Jego tronem, w Jego świątyni. Wszystkie nasze pragnienia będą tam zaspokojone, nie będzie już cierpienia. Jednak nie ma innej drogi ku temu, niż przejście przez tajemnicę Paschy Chrystusa – przez cierpienie, które odkupiło nasz grzech. Każda inna droga jest złudzeniem.
- Dlaczego problemu grzechu nie da się rozwiązać żadnymi reformami społecznymi albo wprowadzaniem rygorystycznych praw? Jakie rozwiązanie tego problemu dał nam Bóg?
- Dlaczego ci, którzy poszli za Chrystusem, doznają „wielkiego ucisku”? W czym przejawia się ten „ucisk”? Jak podchodzisz do życiowych trudów i cierpień? Czy potrafisz przeżywać je w zjednoczeniu z Chrystusem?
3. „Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną, a Ja daję im życie wieczne” – to bardzo precyzyjnie ujęta droga do zbawienia. Jezus mówiąc o sobie jako Dobrym Pasterzu posługuje się obrazem zrozumiałym dla wszystkich: aby uniknąć zagrożeń, owce muszą znać głos swojego pasterza i iść za nim. Tak często szukamy innych sposobów, innych dróg rozwiązania naszych problemów, zamiast skupić się na tych słowach: mamy słuchać głosu Pana i iść za Nim. Po pierwsze: słuchać. Jak wiele razy irytowałeś się, że twoja modlitwa nie została wysłuchana? W rzeczywistości każda modlitwa zostaje wysłuchana przez Boga. Problem leży w tym, że my nie umiemy lub nie chcemy wysłuchać tego, co On do nas mówi. Rozeznawanie duchowe to niezwykle ważna umiejętność – Bóg bowiem nie krzyczy, nie narzuca się, ale przemawia w delikatny sposób do głębi naszego ducha. Aby Go usłyszeć, potrzebujemy wyciszyć inne głosy i nauczyć się rozpoznawać Jego głos. A gdy usłyszymy – mamy iść za Nim. Nie można zadowolić się samym tylko usłyszeniem głosu naszego Pasterza, ale trzeba iść tam, gdzie On prowadzi. A nieraz jest to nie ten kierunek, który sami chcielibyśmy obrać w życiu. Jeśli jednak posłuchamy Go i pójdziemy za Nim, możemy być pewni, że „nikt nie wyrwie nas z Jego ręki” – a mówiąc te słowa Jezus podkreśla jedność swoją oraz Ojca. Jeśli zaufamy Jezusowi, dojdziemy do domu naszego Ojca.
- Co możesz zrobić, aby słuchać głosu Chrystusa i odróżniać go od innych głosów? Po czym możesz poznać, że to faktycznie głos Chrystusa, a nie jakaś ludzka mądrość? Jakie są zasady rozeznawania duchowego?
- Co w twoim życiu oznacza teraz „iść za Chrystusem”? Jaką decyzję powinieneś podjąć, aby nie iść w swoją stronę, ale za twoim Pasterzem?
2 Niedziela Wielkanocna, rok C
Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Czy na pewno łatwiej byłoby nam wierzyć, gdybyś ujrzeli to, co widzieli Apostołowie? Jeśli tak myślimy, warto dobrze się zastanowić nad sensem Chrystusowego „dziewiątego błogosławieństwa”.
I czytanie: Dz 5, 12-16
II czytanie: Ap 1, 9-11a. 12-13. 17-19
Ewangelia: J 20, 19-31
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Czas ziemskiej posługi Jezusa wypełniony był głoszeniem Słowa Bożego oraz czynieniem znaków i cudów. Ten sam model działania przejęty został przez apostołów. Słowo Boże, znaki i… trzeci element, który łatwo przeoczyć. Zanim przeczytasz następne zdanie, zastanów się, czy wiesz, o co chodzi? Powinno to być oczywiste, a jednak często nie jest. Chodzi o słowa „trzymali się wszyscy razem”. Tu również model działania pierwszych chrześcijan był całkowicie zgodny z modelem działania Jezusa. Nie tylko nauczał On i czynił cuda, ale także stworzył wokół siebie wspólnotę: węższą – dwunastu apostołów, oraz szerszą – uczniów. Nie tylko w pierwszym pokoleniu, ale aż po kres czasów Kościół zobowiązany jest realizować ten właśnie model: głoszenie Dobrej Nowiny, czynienie znaków oraz trwanie w jedności, we wspólnocie. Rezygnacja z któregokolwiek z tych trzech elementów zawsze prowadzi do skrzywień. Kościół, który nie ewangelizuje, nie wychodzi na zewnątrz, głosząc wszystkim Dobrą Nowinę, traci dynamikę i zamyka się w sobie. Mentalność „oblężonej twierdzy” nie jest zgodna z zamysłem Chrystusa. Kościół, który nie czyni znaków (poprzez wieloraką posługę: m.in. przez uzdrawianie, sakramenty, modlitwę o uwolnienie duchowe), przestaje być wiarygodny, a chrześcijaństwo zaczyna być traktowane tylko jako pewna opcja światopoglądowa. Kościół, który nie jest wspólnotą, nie zapewni oparcia (duchowego, ale także ezgystencjalnego), zwłaszcza w trudnych chwilach.
- „Coraz bardzie też rosła liczba mężczyzn i kobiet przyjmujących wiarę w Pana”. Pomyśl, dlaczego dziś nie widać tak dynamicznego wzrostu, jak w pierwszym pokoleniu chrześcijan? Którego z trzech elementów brakuje najbardziej: jasnego głoszenia Słowa Bożego, znaków Bożej mocy czy miłującej się wspólnoty?
- Co możesz konkretnie zrobić w swojej wspólnocie, w grupie, w parafii, aby były one miejscem wzajemnej troski?
2. Siedem Kościołów i siedem świeczników. Świecznik w Biblii był symbolem kultu Boga, a jednocześnie świadectwa (por. Wj 37; Zach 4; Mt 5). Chrystus w wizji św. Jana znajduje się wśród siedmiu świeczników, a jednocześnie list pisany jest do siedmiu Kościołów. Kościół (zarówno w całości, jak i w każdej swojej komórce) jest miejscem kultu Boga, a jednocześnie – świadkiem wobec świata. Tych dwóch elementów nie da się rozdzielić. Kościół ma modlić się, żyć misterium paschalnym, a jednocześnie – świadczyć o Jezusie całemu światu. Również i tu konieczna jest równowaga. Gdy skoncentrujemy się tylko na realizacji misji, czynimy wprawdzie rzeczy „dla Boga”, ale niekoniecznie z Nim i Jego mocą. Gdy skupimy się jedynie na oddawaniu chwały Bogu (w liturgii, w modlitwie), grozi nam pokusa pozostawania w duchowym „ciepełku”, tymczasem na zewnątrz pozostają ludzie, którzy potrzebują głoszenia Ewangelii, którym nie ma kto jej głosić. Innymi słowy, nasza działalność w Kościele (czy to ewangelizacja, czy jakakolwiek inna) musi zawsze mieć oparcie w żywej relacji z Bogiem. Żywej – to znaczy stale odżywianej przez modlitwę, rachunek sumienia, odnoszenie Słowa Bożego do swojego życia. A nasza relacja z Bogiem powinna nas prowadzić do ludzi, do posługi realizowanej w mocy Ducha, który działa w naszych sercach. Przestańmy się obawiać o to, że nie damy rady: to nie nasze pomysły, nie nasze siły, nie nasze umiejętności mają przemienić świat, ale sam Chrystus, który jest „Pierwszy i Ostatni, i Żyjący”.
- Czy czujesz w sercu wezwanie od Boga, któremu nie umiesz podołać? Co frustruje cię, zniechęca, odbiera ci siły w realizacji twoich zadań w Kościele, w rodzinie, w społeczeństwie?
- Pozwól Bogu, aby twoje poczucie niemocy „pracowało w tobie”, aby przemieniało ciebie od wewnątrz, abyś nie realizował Jego powołania według swoich pomysłów, ale dając się prowadzić Temu, który „jest żyjący na wieki wieków”.
3. „Jak Mnie posłał Ojciec, tak i Ja was posyłam” – Jezus mówi wyraźnie, że to Apostołowie, a po nich kolejne pokolenia Jego uczniów, czyli także my mają to samo posłannictwo, co On. Mamy głosić ludziom Chrystusa, Zbawiciela świata. Mamy opowiadać im Dobrą Nowinę, pokazując, że zasadniczym problemem każdego człowieka, jak i całego świata jest grzech – i że Bóg w osobie Jezusa dał nam rozwiązanie tego problemu. Mamy słowem i życiem świadczyć o tym, że tak właśnie jest. Słowa „pokój wam!” – to nie tylko zwyczajowe pozdrowienie, ale ważne przesłanie: Chrystus przynosi prawdziwy pokój. Pokój, biorący się z rozwiązania problemu grzechu, z naprawienia zamętu, który istnieje w naszej duszy i uleczenia podziałów między ludźmi.
Być może tak jak apostoł Tomasz oczekujemy bezpośredniego doświadczenia, możliwości „dotknięcia” naszego Pana. Bóg jednak lepiej wie, co jest dla nas dobre. Mówiąc „błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”, Jezus pokazuje nam drogę wiary, która pozwala nam dojrzeć wewnętrznie do doświadczenia. Cóż z tego, że doświadczymy mocy Bożej, jeśli wewnątrz jesteśmy nieprzygotowani, jeśli myślimy po ludzku, a nie po Bożemu? Co zrobimy z takim doświadczeniem? Bóg nie przemieni nas na siłę, ale chce, abyśmy Mu wierzyli i pozwolili, aby powoli wyprowadzał nas z tego ludzkiego sposobu myślenia i wartościowania. Nie jest to łatwa droga i zajmuje ona wiele lat, ale jest ona dla nas błogosławieństwem. Jeśli ją przejdziemy, nie znajdziemy się w sytuacji tego, który pojawił się na uczcie Oblubieńca nieprzyodziany we właściwą szatę, czyli nieprzygotowany na spotkanie z Bogiem.
- Pomyśl o konkretnych problemach, których doświadczasz w swoim życiu? Czy potrafisz powiązać je z grzechem (twoim lub innych ludzi)? W jaki sposób uwolnienie od grzechu pozwoli rozwiązać te problemy?
- Co oznaczają dla ciebie słowa: „błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”? Co konkretnie powinieneś teraz zawierzyć Panu? W jakiej kwestii powinieneś Mu bardziej zaufać?
Niedziela Wielkanocna, rok C
„Przez Jego imię otrzymujemy odpuszczenie grzechów”. Wszelkie próby szukania rozwiązania problemów ludzkości zawiodą, jeśli nie sięgniemy do źródła tych problemów: do grzechu. A problemu grzechu nie jesteśmy w stanie rozwiązać sami – może to zrobić jedynie Bóg. I właśnie to uczynił, dając nam prawdziwego Zbawiciela – swojego Syna.
I czytanie: Dz 10, 34a. 37-43
II czytanie: Kol 3,1-4
Ewangelia: J 20,1-9
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Piotr zaczyna głoszenie Ewangelii od faktów. To bardzo ważne. Ewangelia to nie teoria. To nie doktryna religijna. To twarde fakty, z którymi zostajemy skonfrontowani: konkretna postać historyczna, która żyła pośród nas, którą widzieliśmy i słyszeliśmy. Jeśli nie osobiście – to za pośrednictwem świadków, którzy nam te fakty przekazali. Od faktów – przez dawanie świadectwa doświadczenia działania Boga – poprzez wezwanie do nawrócenia i przyjęcia Jezusa jako jedynego Zbawiciela – to najwłaściwszy sposób głoszenia Dobrej Nowiny. Nie moralizowanie, nie głoszenie doktryny, ale ukazywanie Jezusa i świadczenie o Nim. Jeśli wydaje nam się, że nasze otoczenie nie słucha nas, gdy mówimy o wierze, pomyślmy, czy faktycznie idziemy za tym apostolskim wzorcem głoszenia Ewangelii, czy też zaczynamy nie od tej strony, co trzeba.
- Co przekonało cię, że warto uwierzyć Jezusowi, warto oddać Mu swoje życie?
- W jaki sposób świadczysz o tym w swoim środowisku i wszędzie tam, gdzie Bóg cię postawi (pomyśl, jak w niekomfortowej sytuacji był Piotr, który głosił Ewangelię nie-Żydowi, komuś całkowicie spoza swojego kręgu społecznego)?
2. „Jeśli razem z Chrystusem powstaliście z martwych, szukajcie tego, co w górze”. Co znaczy „powstać z martwych razem z Chrystusem”? Aby powstać z martwych, trzeba najpierw umrzeć. Dlatego Paweł pisze „umarliście bowiem”. Grzech sprawia, że nie jesteśmy w stanie zrealizować dobra, którego tak bardzo pragniemy. W naszym życiu ciągle potykamy się o grzech, zarówno swój własny, jak i innych. Nieraz mówimy: „chciałem dobrze, a wyszło tak, jak zawsze…” Potrzebujemy doświadczenia frustracji, bezradności, cierpienia, aby w końcu dotarło do nas, że źródło naszych problemów nie leży w jakimś „systemie” i nie da się ich rozwiązać wprowadzaniem takich czy innych przepisów i zasad. Dopiero, gdy nasze próby realizacji dobra na własną rękę upadną, jesteśmy gotowi na powstanie z martwych razem z Chrystusem. Najpierw musimy umrzeć: doświadczyć porażki, zrezygnować z udowadniania sobie i innym, że damy radę. Musimy przyznać: problem jest we mnie. Gdy to się stanie, możemy wejść w Paschę Chrystusa – doświadczenie ciemności, z którego Bóg wyprowadza nas ku nowemu życiu. Ważne jednak, aby potem nie wracać do sposobu myślenia i postępowania sprzed tego przejścia przez nasze osobiste Morze Czerwone. Nie myślmy o swoim Egipcie, o sposobach i sztuczkach tego świata. Skoro pozwoliliśmy Bogu, aby przeprowadził nas przez ciemność, nie porównujmy się z ludźmi tego świata, którzy tego nie doświadczyli. Idźmy naprzód – ku górze, bo tam jest prawdziwe życie. Nie „łatwe” życie, ale właśnie: prawdziwe.
- Czy doświadczyłeś przejścia przez ciemność, śmierć twoich pragnień, planów, ambicji? Co jeszcze w twoim życiu „umarło”? Czy zaprosiłeś Boga do tych najtrudniejszych doświadczeń? Czy pozwoliłeś Mu, aby cię przeprowadził do prawdziwego życia?
- Popatrz na to, na czym ci zależy w życiu, czym się zajmujesz, co jest dla ciebie ważne. Czy te rzeczy są faktycznie „dążeniem do tego, co w górze”? Jeśli nie, czy jesteś gotów oddać je Bogu, aby doświadczyć pełniejszego życia?
3. Maria Magdalena, Piotr i Jan – to pierwsze osoby, które zobaczyły pusty grób Jezusa. Jaka była ich reakcja? Maria była skonsternowana, nie wiedziała, jak się zachować. Jan zawahał się. Piotr natomiast wszedł do wnętrza grobu, aby na własne oczy przekonać się, co się stało. Wszedł – i uwierzył. A w ślad za nim – także i Jan. Wiara bierze się z doświadczenia Boga, z faktów, a nie ze spekulacji. Owszem, intelekt może być wsparciem dla wiary, ale nie może jej zastąpić. Z myślenia o Bogu nie wynika wiele, dopóki nie pozwolimy Bogu, aby skonfrontował nas z faktami. Piotr i Jan słyszeli przecież od samego Jezusa, że zmartwychwstanie. A jednak nie trafiało to do nich, nie rozumieli tego. Dopiero, gdy ujrzeli pusty grób, płótna i chustę, nagle ich serce się otwarło i uwierzyli. Bóg także i do nas przemawia przez fakty, które dotykają naszego serca. Nieraz wcześniej nakierowuje nas w różny sposób, abyśmy odczytali te fakty. Czy będziemy mieli odwagę – jak Piotr i Jan – pobiec do grobu i pozwolić Bogu, aby otworzył nasze serce? Czy pozwolimy, aby z naszego doświadczenia lęku, konsternacji, zagubienia, słabości wyprowadził nas do życia?
- Spróbuj wyobrazić sobie, co czuli Maria Magdalena, Piotr i Jan, zanim poszli do grobu. Jakie myśli mogły krążyć po ich głowach? Czego mogli się spodziewać?
- Co jest twoim powodem do zmartwienia? Co cię przytłacza? Co sprawia, że tracisz nadzieję, że będzie lepiej? Pomyśl, czy właśnie to negatywne doświadczenie nie jest potrzebne, abyś zmienił swoją życiową perspektywę, abyś pozwolił poprowadzić się Bogu dalej?
Niedziela Palmowa (6. niedziela Wielkiego Postu), rok C
Tajemnicą naszego zbawienia jest posłuszeństwo. Posłuszeństwo Chrystusa, ale i nasze posłuszeństwo Bogu. Grzech pierworodny był buntem przeciwko Bogu, a zbawienie – to złamanie tego buntu i przywrócenie nam dziecięcej relacji do naszego Ojca.
I czytanie: Iz 50, 4-7
II czytanie: Flp 2, 6-11
Ewangelia: Łk 22, 14 – 23, 56
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. „Pan Bóg otworzył mi ucho” – te słowa odnoszą się do Sługi Jahwe: Chrystusa. Odnoszą się także do nas, uczniów Chrystusa. Nie ma uczniostwa bez słuchania mistrza. Nie chodzi tu o teologiczną wiedzę „o Bogu”, ale o słuchanie Boga, który kieruje swoje słowo do mnie samego. Nie mamy być posłuszni „przykazaniom religijnym”, ale Bogu, który jest autorem tych przykazań. Wielu ludzi nie dostrzega tu różnicy: przestrzegają litery prawa, koncentrując się na wypełnianiu przepisów, nie dostrzegają jednak celu prawa. Może się okazać, że tak podchodząc do Bożego prawa, zwrócimy się przeciw samemu Bogu, jak faryzeusze i uczeni w Piśmie. To, co robił Jezus, nie zgadzało się z ich interpretacją przepisów religijnych, odrzucili Go więc i wydali na śmierć. Bóg przychodzi do każdego z nas w osobie Jezusa, pokornego Sługi, który „poddał swój grzbiet bijącym i policzki rwącym Mu brodę”. Pragnie naszego serca, a nie legalizmu. Ten, kto chciałby się zbawić dzięki przestrzeganiu przepisów, nie osiągnie zbawienia, bo ufa samemu sobie, wierzy w swoje własne siły. Zbawi się natomiast ten, kto pojmie, że o własnych siłach nie zdoła wyrwać się z sideł grzechu i zwróci się z prośbą o ratunek do Jezusa, jedynego Zbawiciela.
- Niedziela Palmowa to dobry czas, aby zastanowić się nad tajemnicą naszego zbawienia. Dlaczego Bóg wybrał tak „trudną” drogę – przez mękę i śmierć Swojego Syna? Czemu kluczem do zbawienia jest posłuszeństwo, a nie wypełnianie przepisów?
- Jeśli doświadczasz życiowych trudów, niepowodzeń, cierpienia – oddaj je Bogu i pozwól, aby wykorzystał je dla pogłębienia twojej wrażliwości, abyś umiał „pomagać strudzonemu krzepiącym słowem”. Jakie słowa przynoszą prawdziwe pokrzepienie, a jakie są tylko płytkimi zapewnieniami „wszystko się ułoży”?
2. „Chrystus… nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi… stał się podobny we wszystkim do człowieka, z wyjątkiem grzechu”. W tych słowach zawiera się tajemnica naszego zbawienia. Poprzez swoje posłuszeństwo Jezus złamał siłę grzechu pierworodnego – buntu i nieposłuszeństwa wobec Boga. A ponieważ uczynił to w ludzkiej naturze, będąc prawdziwym człowiekiem, poniósł cały ciężar grzechu w imieniu całej ludzkości. Można powiedzieć, że jest to „rachunkowość” nie na zwyczajnych liczbach, ale na nieskończonościach. Tak jak grzech był nieskończenie wielką obrazą Boga, tak też przyjęcie na siebie kary za grzech przez kogoś, kto był doskonały, bezgrzeszny, w pełni zrównoważyło tę obrazę. To oczywiście język analogii – bo dla Boga liczą się relacje, nie rachunki, ale trudno nam w inny sposób opisać niewyobrażalnie wielkie zło, które przyniósł ze sobą grzech i niewyobrażalnie wielką miłość, która ten grzech odkupiła.
- Co znaczy, że grzech jest buntem przeciwko Bogu? Na czym polega zło buntu (pomyśl o buntownikach, którzy rozbijają jedność społeczną, skłócają jednych z drugimi, są nielojalni względem władzy)? Dlaczego bunt przeciwko Bogu, który jest absolutnym dobrem i źródłem wszelkiego dobra, jest tak groźny?
- Pomyśl o konkretnych grzechach: jaki nieporządek w życiu wprowadzają (np. kradzież, obmowa, wykorzystywanie innych, zaniedbanie swoich obowiązków, zdrada)? Jakie są ich skutki w dłuższej perspektywie? Czy łatwo je naprawić?
3. Opis Ostatniej Wieczerzy i Męki Pańskiej to materiał raczej do kontemplacji sercem niż do intelektualnego rozważania. Aby pomóc w takim kontemplatywnym spojrzeniu, zwrócę uwagę na trzy wątki:
– Gdy Jezus w postawie sługi umywa uczniom nogi (to wiemy z Ewangelii Jana), ci kłócą się, który z nich jest największy. To bardzo znamienne: tam gdzie świętość, tam też wrażliwość na innych, postawa służebna. Tam, gdzie grzech, tam wrażliwość na samego siebie, dochodzenie swoich praw i stawianie się nad innymi.
– Modlitwa w Ogrodzie Oliwnym pokazuje, że świętość nie chroni nas przed cierpieniem, przed odczuciem wewnętrznego bólu i lękiem. Żyjemy w świecie skażonym grzechem i skutki grzechu dotykają wszystkich, nie tylko bezpośrednio tych, którzy grzeszą. Uczeń Chrystusa to nie buddysta, który miałby zobojętnieć na cierpienie, ale ktoś, kto idzie w ślady Mistrza i oddaje swoje cierpienie Bogu, mówiąc: „niech będzie Twoja wola, nie moja”.
– Postawa Piłata, Heroda, członków Sanhedrynu, żołnierzy kontrastuje z postawą nawróconego złoczyńcy. CI pierwsi mieli w swym ręku władzę, mieli poczucie siły, byli pewni siebie. To prowadzi ostatecznie do odrzucenia Boga, do szyderstwa z Boga. Nawrócony złoczyńca miał natomiast tylko sumienie, które mówiło mu: jestem grzesznikiem, potrzebuję zbawienia. I to on właśnie otrzymał obietnicę zbawienia, a tamci utknęli w swej pysze, zbuntowani przeciw Bogu.
- Przeczytaj uważnie opis Męki Pańskiej. Nie spiesz się, pozwól, aby Bóg poruszył twoją wyobraźnię i uruchomił wrażliwość. Przez co Bóg najbardziej przemawia do twojego serca? Na co zwraca ci uwagę?
5. niedziela Wielkiego Postu, rok C
Oto Ja dokonuję rzeczy nowej. Zamiast skupiać się na przeszłości, zamiast opierać się wyłącznie na wcześniejszym doświadczeniu, możemy doświadczyć Bożej mocy, która przekracza to, co znamy. Nie oznacza to jednak bierności z naszej strony, ale aktywne podjęcie daru, który otrzymujemy od Boga
I czytanie: Iz 43, 16-21
II czytanie: Flp 3, 8-14
Ewangelia: J 8, 1-11
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Bóg nie wymazuje przeszłości, nie „kasuje” przeszłości, nie chce jednak, abyśmy tkwili w przeszłości. Nasza przeszłość ma wpływ na teraźniejszość, ale nie determinuje przyszłości. Bóg obdarzył nas wspaniałym darem: dał nam wolną wolę i zawsze, nawet w najtrudniejszych okolicznościach, możemy się tym darem posłużyć. Krótko mówiąc: zawsze masz wybór. Bóg działał w przeszłości – tak jak wtedy, gdy wyprowadził z niewoli Izraela i działa nadal. To, co po ludzku wydaje się niemożliwe, dla Boga jest możliwe. Istotne jest, abyśmy do Bożego daru nie podchodzili biernie. Bóg nie daje „gotowców”, ale każdy jego dar jest zaproszeniem do współpracy. Jest raczej „wędką” niż „rybą”. Dając głodnemu rybę nakarmimy go raz; dając mu wędkę, pozwalamy mu łowić rybę tyle razy, ile potrzebuje.
- Zastanów się nad swoim dotychczasowym życiem: w jakich momentach doświadczyłeś Bożej opieki? Bożego natchnienia? Bożego działania? Jakie dary i zdolności już otrzymałeś od Boga?
- Czy jest coś, co blokuje cię w życiu, nie pozwala się rozwijać, korzystać ze swoich zdolności? Jeśli tak, powierz to Bogu, aby „otworzył ci drogę na pustyni”. Pozwól jednocześnie Mu przeprowadzić się przez tą pustynię.
2. „Wszystko uznaję za stratę”. Paweł nie jest nihilistą, nie odbiera niczemu wartości. Pokazuje natomiast prawdziwą skalę wartości: wobec przeogromnej mocy Bożej, która ujawniła się w Chrystusie, wszystko jest po prostu małe (ale nie pozbawione znaczenia). Bez Chrystusa nasze wysiłki będą jak młócenie powietrza; z Nim natomiast – będą przynosiły owoce.
„Nie mówię, że już to osiągnąłem”: to ważne słowa. To, co otrzymujemy od Boga, także największy dar, jaki otrzymaliśmy: Jego Syn, wymaga naszej odpowiedzi. Tego wydaje się nie rozumieć część protestantów, którzy zbawienie rozumieją jak automat. Nie możemy sami uzyskać usprawiedliwienia – czyli naprawić naszej relacji z Bogiem popsutej przez grzech. Żadne uczynki nie są w stanie tego osiągnąć. Mówi o tym jasno Sobór Trydencki w Dekrecie o usprawiedliwieniu (kanon 1). Podkreśla jednocześnie, że człowiek musi współpracować z łaską (kanon 9). Mowa jest o naszej „dyspozycji” – czyli nastawieniu naszej woli. Znów więc pojawia się termin: wolna wola. Zbawienie nie dokonuje się na zewnątrz nas, ale musi dotknąć naszej woli. Jeśli pozostaniemy bierni, jeśli nie podejmiemy współpracy z Bogiem, nie możemy się zbawić. O tym właśnie bardzo jasno mówi dzisiejsze 2. czytanie. Jeśli ktokolwiek, być może pod wpływem protestanckich nauczań, będzie ci usiłował wmówić, że zbawienie jest czymś, co dokonuje się bez naszego udziału, wróć do tego fragmentu, przeczytaj go uważnie i wyciągnij wniosek. Kto ma rację: twój protestancki znajomy, czy św. Paweł, który pisze „nie mówię, że już to osiągnąłem, ale pędzę, abym też to zdobył [pełne powstanie z martwych]; wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę, w Chrystusie Jezusie”.
- Czy są w twoim życiu jakieś rzeczy, które wydają ci się tak wielkie, tak ważne, tak istotne, że przysłaniają ci Jezusa? Być może chodzi o jakieś wspomnienia, o poczucie krzywdy, o samotność, poczucie niezrozumienia, a może – o twoje niezrealizowane plany. Spróbuj popatrzeć na nie z perspektywy Jezusa, aby nabrały właściwego rozmiaru, aby nie mieć zaburzonej perspektywy.
- Pomyśl o konkretnej dziedzinie swojego życia. W jaki sposób możesz pozwolić Bogu, aby rozwiązał twój problem, pozwolił ci pójść do przodu? Co ty sam musisz zrobić, aby dobrze wykorzystać tę Bożą łaskę?
3. Sens sceny spotkania Jezusa z kobietą cudzołożną znajdujemy w ostatnim wersecie: „Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz”. Łaska Boża, dana nam w Chrystusie, jest pełna, nic jej nie brakuje. Całkowicie uwalnia nas od grzechu, nasza relacja z Bogiem zostaje naprawiona. Nie oznacza to jednak, że nie jest istotne nasze zaangażowanie, nasza wola, nasze czyny. Uwierzyć Bogu nie znaczy biernie przyjąć Jego łaskę, ale podjąć tę łaskę, współpracować z nią, tak by „już więcej nie grzeszyć”. To najważniejsze przesłanie dzisiejszej ewangelii.
Jest jednak jeszcze drugi wątek: postawa uczonych w Piśmie i faryzeuszów. Ich wiedza religijna nie zdała się na nic, bo zabrakło im Bożego spojrzenia, Bożego miłosierdzia. Liczyły się dla nich zasady i prawo, które ktoś złamał. Nie liczyła się osoba. Tak nie patrzy Bóg. Prawo jest dla osoby, a nie osoba dla prawa. Niestety my sami także bardzo często wpadamy w pułapkę faryzeizmu i „uczoności w Piśmie”. Tak często osądzamy innych, bo modlą się inaczej niż my, bo w inny sposób wyrażają swoją wiarę, bo nie spełniają takich czy innych zasad. Nie potrafimy zajrzeć w ich serce, ale wydaje nam się, że mamy prawo im dyktować, jak mają myśleć, jak mają żyć, jak się modlić. Wtedy staje przed nami Jezus i nic nie mówiąc, pisze palcem po ziemi. Nie wiemy, co pisał w obecności faryzeuszy. Pomyśl jednak, co napisałby tobie, gdyby miał rozliczyć wszystkie twoje niedociągnięcia, złamane zasady, lekceważenie innych ludzi, brak czasu dla Boga i inne twoje grzechy…
- Zrób rachunek sumienia, skupiając się na tym, co najbardziej ci ciąży (nie wyliczaj wszystkich grzechów, ale skup się na jednym). Pomyśl o tym, jaką krzywdę ten grzech wyrządza: tobie samemu, twoim relacjom z innymi, twojej relacji z Bogiem. Oddaj ten grzech Bogu, prosząc o wybaczenie i łaskę do poprawy.
- W jakich sytuacjach masz skłonność do osądzania, oceniania innych? Czy nie stawiasz prawa i zasad przed osobą? Czy potrafisz innych napominać z miłością (a nie z gniewem, oburzeniem, odrzuceniem)?
4. niedziela Wielkiego Postu, rok C
Olbrzymi grzech syna marnotrawnego i pełne przebaczenie ze strony ojca, który widzi syna wracającego do domu. A jednocześnie – nadal popsuta relacja między braćmi. To dobry obraz, który uzmysławia nam, że Boża miłość jest tak mocna, że może natychmiast naprawić naszą relację do Niego, a jednocześnie tak delikatna, że nie narzuca nic siłą i nie usuwa konieczności naszego wewnętrznego dojrzewania i naprawiania relacji z innymi ludźmi.
I czytanie: Joz 5, 9a. 10-12
II czytanie: 2 Kor 5, 17-21
Ewangelia: Łk 15, 1-3.11-32
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Od Paschy do Paschy. Wędrówka Izraelitów z Egiptu, rozpoczęta pierwszą Paschą i dramatycznymi wydarzeniami, które towarzyszyły wyjściu z kraju niewoli kończy się po 40 latach w całkiem odmiennych okolicznościach. Tu mamy opis sytuacji, która mogłaby się wydawać sielanką, gdyby nie te właśnie 40 lat trudu związanego z drogą przez pustynię, które ją poprzedziły. Może się wydawać niezrozumiałe, dlaczego Bóg, który sprawił tyle cudów, aby wyprowadzić swój lud z niewoli, uwalniając Izraelitów (fizycznie) z rąk faraona, musiał czekać aż 40 lat, dopóki Jego lud nie dojrzał (duchowo) do wejścia do Ziemi Obiecanej. Jest w tym bardzo ważna nauka dla nas. Bóg nie może uczynić cudu „nawrócenia nas na siłę” – bo w ten sposób złamałby naszą wewnętrzną wolność. Nie może nawrócić nas bez nas samych. Dlatego bardzo groźną iluzją jest oczekiwanie od Boga, że to zrobi, bez uczciwego podejmowania trudu nawrócenia każdego dnia. Zamiast czekać na mannę z nieba, trzeba otwierać swoje serce przed Bogiem i pozwalać Mu, aby dotykał tego serca, uzdrawiając nasze zranienia i powoli prowadząc do dojrzałości. Bóg pragnie, abyśmy ufali Mu jak dzieci, ale nie – żebyśmy byli emocjonalnie dziećmi, skoncentrowanymi na sobie, kapryśnymi, strzelającymi „focha” i przenoszącymi się do innej piaskownicy, gdy drugie dziecko zrobi coś nie po naszej myśli. Bóg nie chce, abyśmy żyli w kolejnych piaskownicach, ale – tak jak Izraelitów – tak i nas pragnie przeprowadzić przez pustynię, dopóki nie dotrzemy do najniższego punktu na ziemi, do naszego duchowego Jerycha (to najniżej położone miasto na naszej planecie).
- Spróbuj wczuć się w sytuację Izraelitów. Co w ich przypadku oznaczały słowa „zrzuciłem z was hańbę egipską”? Na czym polegała ta hańba? [Chodzi o niewolę, upokorzenie i co jeszcze?] Dlaczego Bóg potrzebował aż 40 lat, aby przygotować swój lud do wejścia do nowego życia w Ziemi Obiecanej?
- Co w sensie duchowym oznacza, że Bóg zdejmuje z nas hańbę? Na czym polega dramat niewoli „wewnętrznej”? Dlaczego do uwolnienia z tej niewoli nie wystarcza jednorazowy akt, jednorazowa deklaracja, ale potrzebny jest proces, trwający nieraz długie lata? Co jest twoim duchowym Jerychem – największym „dołem”, duchowym bólem, depresją, poczuciem krzywdy, niezrozumienia? Czy pozwolisz Bogu doprowadzić się do tego miejsca, aby się nim zajął?
2. „Nowe stworzenie” nie jest nowe w tym sensie, że Bóg neguje naszą naturę, usuwa naszą psychikę, anuluje to, co sam stworzył. Jest natomiast nowe, ponieważ „to, co dawne minęło”. Nasza przeszłość pozostaje w naszej pamięci, kształtuje nasze postawy, ale nie musi determinować naszej przyszłości. Bóg daje nam w Chrystusie wielką szansę: możemy przepracować tę przeszłość, wpuścić w nią Jego łaskę, która oczyści nasze wspomnienia, uleczy poczucie krzywdy i żalu, opatrzy duchowe rany. Grzechy przeszłości, zarówno te, które sami popełniliśmy (i mamy z tego powodu poczucie winy), jak i te, które popełniono przeciw nam (i czujemy się skrzywdzeni) zostają naprawdę zgładzone przez Chrystusa. Jego „posługa jednania” jest jak balsam, który zabliźnia rany, które wydawały się nie do uleczenia. Rozdarcie między nami a Bogiem zostaje uleczone natychmiast, gdy przyjmujemy Boże przebaczenie w Chrystusie. Natomiast rozdarcie w nas samych (wewnętrzny nieład) oraz rozdarcie między nami a innymi ludźmi wymaga czasu, aby mogło zostać uleczone. Wymaga także „posługi jednania” – nie jednorazowej deklaracji, ale właśnie posługi (gr. diakonia). Posługa zaś to nie narzucanie czegokolwiek, ale służba, z cierpliwością, aż do skutku. Nie „rozkazujemy”, nie „nakazujemy”, nie „oznajmiamy” w imię Chrystusa, ale „prosimy”. Jedyna sytuacja, gdy w posłudze słowo „nakazuję” jest właściwe – to egzorcyzm. We wszystkich innych niech będzie raczej: „proszę”! Tylko w ten sposób możemy coś zszyć, uleczyć, naprawić, a nie – powodować jeszcze gorsze rozdarcie.
- Dlaczego śmierć Chrystusa przynosi całkowite pojednanie w relacji z Bogiem, tak, że Bóg w ogóle już nie „poczytuje nam naszych grzechów”? Dlaczego nie usuwa automatycznie wszystkich konsekwencji grzechu (krzywda, zranienie, szkody duchowe i fizyczne, cierpienie)?
- Czy to, co robisz jako uczeń Chrystusa w domu, w pracy, w Kościele i we wspólnocie, jest faktycznie „posługą jednania”? Czy raczej „posługą narzucania swojego stylu, swojego punktu widzenia”?
3. Przypowieść o synu marnotrawnym jest tak bogata w znaczenie, że można by na jej temat napisać książkę. Znakomicie pokazuje bowiem dramat naszego ludzkiego losu, naszej popsutej relacji z Bogiem, naszym Ojcem, nasze skrzywione pragnienie wolności, niewłaściwe posługiwanie się „ojcowizną”, zerwane relacje z braćmi, a jednocześnie – szeroko otwarte ramiona naszego Ojca w niebie, który czeka na nasz powrót. Tu spróbuję zwrócić uwagę na trzy szczegóły:
„Roztrwonił swoją własność, żyjąc rozrzutnie”. Bóg stwarzając nas, dał nam na własność dary: naszą naturę, nasze talenty, naszą wrażliwość, nasz olbrzymi potencjał. Nie chodzi o to, żebyśmy to negowali, ale żebyśmy dostrzegli, że problemem jest sposób, w jaki to wszystko wykorzystujemy. Rozrzutność to bezsensowne wydawanie pieniędzy. Zamiast kupować to, co potrzebne, inwestować i pomnażać dobra, próbujemy mieć wszystko dla siebie, tu i teraz, nie patrząc na cenę. Tak właśnie bardzo często wykorzystujemy to, co dostaliśmy od Boga. Ostatecznie, zamiast tworzyć trwałe dobro, tracimy wszystko. Można to odnieść do wszystkich sfer życia: nieuporządkowanego podejścia do obowiązków zawodowych, do różnych hobby, do kultu rodziny („rodzina jest dla mnie wszystkim”), do zaangażowania społecznego, do twórczości, do seksualności. Bez powrotu do domu Ojca, czyli bez głębokiego nawrócenia, nie wykorzystamy dobrze naszych talentów. Bóg nie potrzebuje „działaczy”, „organizatorów”, „celebrytów”, ale ludzi nawróconych.
„On sam zaczął cierpieć niedostatek”. Borykamy się nieraz z pytaniem: dlaczego tyle cierpienia? Dlaczego tyle krzywdy? Powód jest jeden: grzech, odejście z domu Ojca. A grzech przynosi cierpienie, krzywdę, śmierć. Gdyby Bóg przebaczył nam grzech, a jednocześnie „anulował” konsekwencje grzechu, tak że nie byłoby cierpienia wynikającego z grzechu, nigdy byśmy się naprawdę nie nawrócili. Dopiero, gdy odczuwamy brak, głód, cierpienie, zaczynamy naprawdę pojmować, że grzech to zło, chcemy się od niego odciąć i wrócić do domu Ojca. Dobrobyt daje fałszywe poczucie, że „wszystko jest w porządku”. Przestajemy ufać Bogu, zaczynamy wierzyć we własne siły, wpadamy w pychę. A pycha kroczy przed upadkiem…
„Wrócił twój syn, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami”. Bóg wybacza zawsze , ludzie rzadko. Nasz własny grzech – pycha kryjąca się w głębi naszego serca, poczucie wyższości w stosunku do innych – wypacza nasze patrzenie na innych. Młodszy syn roztrwonił majątek ojca, ale niekoniecznie z nierządnicami (o tym nie mówi pierwsza część przypowieści). Tymczasem starszy syn już „wie”. On, nie znając serca swojego brata, już go osądził, a jednocześnie – osądził także swego ojca jako niesprawiedliwego i odciął się tym samym i od brata, i od ojca. Okazuje się, że łatwiej wrócić do domu ojca grzesznikowi, który żałuje niż temu, kto ma poczucie religijnej i moralnej wyższości. Zewnętrznie jest blisko Ojca, w sercu – najdalej, jak to możliwe…
- Popatrz na tę przypowieść z perspektywy młodszego brata: co w twoim przypadku oznacza „trwonienie” Bożych darów? Jak wykorzystujesz swoje talenty, swój czas, swoje zasoby materialne?
- Popatrz także z perspektywy starszego brata: czy twoja religijność nie wiąże się z poczuciem moralnej wyższości? Jak często zdarza ci się osądzać innych ludzi, przypisywać im jakieś niewłaściwe motywacje? Czy nie nosisz w sercu żalu do Boga z jakiegoś powodu?
3. niedziela Wielkiego Postu, rok C
Ubóstwo i dobrobyt. Brak i nadmiar. Głód i sytość. Co bardziej sprawia, że nasze serca kierują się ku Bogu? Odpowiedź wydaje się oczywista. Dlaczego więc nie umiemy wyciągnąć z tego wniosku i ciągle się „ubogacamy”, gromadzimy i często przejadamy się – także w sensie duchowym?
I czytanie: Wj 3, 1-8a. 13-15
II czytanie: 1 Kor 10, 1-6. 10-12
Ewangelia: Łk 13, 1-9
Komentarz i pytania do przemyślenia lub dyskusji
1. Krzew gorejący to znak Bożego objawienia. Jest czymś, co wzbudza naszą ciekawość, a jednocześnie lęk. „Pójdę się przyjrzeć temu niezwykłemu zjawisku”. Bardzo często nasze spotkanie z Bogiem rozpoczyna się od takich właśnie motywacji: ciekawości, zainteresowania, poruszenia naszych emocji. Bóg jednak prowadzi nas dalej. Każe nam – jak Mojżeszowi – zdjąć sandały z nóg, bo tam, gdzie On jest, tam jest ziemia święta. Nie możemy sami zbliżyć się do Boga. Żadne obrzędy, żadne modlitwy, żadne ofiary z naszej strony nie są wystarczające, abyśmy mogli przeskoczyć przepaść między Stwórcą a stworzeniem. Tylko Bóg może tę przepaść zasypać i to właśnie robi, wychodząc do nas. Nie jest obojętny, ale interesuje się moim i twoim losem – jak losem Izraelitów. „Dość się już napatrzyłem na udrękę mego ludu…” – mówi Pan. Bóg chce interweniować, chce działać w naszym życiu, jak w czasach Mojżesza. Wiemy jednak, co było dalej: choć Izraelici wyruszyli w drogę ku Ziemi Obiecanej, bardzo szybko zaczęli szemrać i ich serca odwróciły się do Boga. Zaczęli wspominać niewolę egipską, tęskniąc do warzyw, które tam jedli. Nie umieli znieść rzeczywistości pustyni. A droga do wypełnienia Bożych obietnic zawsze biegnie przez pustynię. Pustynia – to miejsce oczyszczenia naszych motywacji, naszych wyobrażeń, naszego postępowania. Jeśli chcesz, aby Boże obietnice spełniły się w twoim życiu, pozwól Bogu przeprowadzić się przez pustynię.
- Jaki jest twój obraz Boga? Kim jest dla ciebie? Czy kimś bliskim, czy odległym? Zrozumiałym, czy tajemniczym? Co czujesz, gdy myślisz o Bogu?
- Czy chcesz pozwolić Bogu, aby wyprowadził cię z tego, co cię zniewala? Jeśli tak – czy jesteś gotów na doświadczenie pustyni? Z czego powinieneś zrezygnować, aby nie zagłuszyć głosu Boga, nie hamować Jego działania?
2. Izraelici doświadczyli Bożego działania, widzieli Jego obłok, który ochronił ich w trakcie ucieczki z Egiptu, przeszli przez morze, spożywali mannę, a jednak… nie przeszli pustyni, nie dotarli do celu. Dlaczego tak się stało? W ich sercu ciągle mieszkała skłonność do złego. Boga traktowali jak narzędzie. Owszem, wierzyli w Jego moc, ale ich życiowe nastawienie pozostawało niezmienione. Boża moc miała służyć do zaspokojenia ich przyziemnych pragnień. Dlatego szemrali, gdy coś poszło nie po ich myśli. Szemranie to postawa, która wyraża niezadowolenie i bunt jednocześnie. To jedna z najbardziej destruktywnych postaw. Widząc problemy, możemy je na różny sposób podejmować. Możemy rozmawiać o nich z innymi, szukając razem rozwiązania. Możemy jednak także szemrać, czyli mówić jeden drugiemu „jak to jest źle”, szukając winnych, zamiast rozwiązania problemu. Taka postawa jest czymś, co zamyka nas i na innych ludzi, i na Boga. Taka postawa zawsze prowadzi do zagłady – do destrukcji. Nie szukajmy winnych. Nie porównujmy się z innymi (aby udowodnić sobie, że jesteśmy lepsi). Nie uważajmy się za lepszych. Ten, komu się zdaje, że stoi, niech uważa, żeby nie upadł. Jak mówi powiedzenie: „pycha kroczy przed upadkiem” – tak właśnie ten, który patrzy na innych z góry, osądza ich, doszukuje się w nich zła i winy, jest już o krok od upadku. A im wyższy piedestał pychy postawimy, tym ten upadek będzie boleśniejszy.
- Pomyśl, w jakich sytuacjach w życiu zamiast starać się konstruktywnie rozwiązywać problemy, narzekasz, szemrzesz, szukasz winnych? Pomyśl o swojej rodzinie, o miejscu pracy, o społeczeństwie.
- Dlaczego tak bardzo pragniemy postawić na swoim, udowodnić swoją rację? Jaki jest skutek takiej postawy – gdy wszyscy usiłują postawić na swoim i udowodnić swą rację?
3. Słowa Jezusa „Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami…” sugerują, że tak właśnie sądzili jego rozmówcy. Wyobrażali sobie, że nieszczęścia, które spadają na ludzi, to bezpośrednio Boża kara za ich grzechy. Jezus jednak mówi: „jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”. Nie dosłownie – przywaleni murem, ale w tym sensie, że źle skończymy, że nasza życiowa klęska przyjdzie niespodziewanie. Łatwo porównujemy się z innymi, myślimy „ja nie jestem taki zły, na mnie to nie przyjdzie”. To właśnie owa pycha krocząca przed upadkiem. Jeśli się nie nawrócisz, zginiesz.
Jezus podaje przykład nieurodzajnego figowca, który odnosi się zarówno do Jego bezpośrednich słuchaczy – Żydów, jak i do nas. Do Żydów, ponieważ byli tak przekonani o swojej niezwykłości w Bożych oczach, że nie potrafili przyjąć Jezusa-Mesjasza, którego posłał im Bóg. Do nas, bo i my nieraz mamy o sobie nazbyt wysokie wyobrażenie, tymczasem owoc, który przynosimy w życiu, jest marny albo żaden. Zamiast uznać, że potrzebujemy nawrócenia, pouczamy innych, wynosimy się nad nich. Mamy obfity nawóz duchowy, tylko nie korzystamy z niego. Efektem naszego religijnego ubogacania niestety często jest religijna pycha, a nie prawdziwa chrześcijańska wrażliwość, szczera miłość Boga i bliźniego.
Zastanów się, czy przypadkiem nie oceniasz religijności innych ludzi. Czy w swoim sercu nie osądzasz ich (bo inaczej się modlą, bo się nie modlą, bo inaczej śpiewają, bo…)?
Jaka jest twoja religijność? Jakie są jej owoce? Czy twoja modlitwa, uczestnictwo w liturgii, czytanie Słowa Bożego prowadzi do rzeczywistej przemiany twojego życia?
Autor: Maciej Górnicki
Wszystkie treści zamieszczone na tej stronie są chronione prawem autorskim. Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody autora jest zabronione. Można je wykorzystywać wyłącznie do użytku własnego oraz do celów formacyjnych w ramach wspólnoty.

